Marsze śmierci
Wtorek, 28 stycznia 2025 (11:17)Tych więźniów, którzy nie nadążali za współtowarzyszami, esesmani zabijali
Kiedy 27 stycznia 1945 r. do obozów Auschwitz-Birkenau-Monowitz weszli żołnierze Armii Czerwonej, pozostało w nich tylko kilka tysięcy chorych i wycieńczonych więźniów – mężczyzn, kobiet i dzieci różnych narodowości, którzy przeważnie nie byli w stanie już uczestniczyć w morderczych, pieszych marszach ewakuacyjnych, zwanych marszami śmierci. Ocaleni więźniowie manifestowali swoją radość, że udało się im przeżyć obozową gehennę. Paradoks tego dnia polegał jednak na tym, że żołnierze sowieccy będący przedstawicielami totalitaryzmu stalinowskiego wyprowadzili z obozu więźniów totalitaryzmu hitlerowskiego.
Drogi znaczone krwią
W połowie stycznia 1945 r. Niemcy rozpoczęli ostateczną likwidację KL Auschwitz i jego podobozów, skąd łącznie od 17 do 21 stycznia ewakuowali około 56 000 osób. Wówczas zdjęto także posterunki niemieckie z wież wartowniczych otaczających obóz Auschwitz-Birkenau i od tej pory jego teren był tylko patrolowany przez esesmanów.
Kolumny ewakuacyjne więźniów, pod strażą esesmanów, kierowane były przede wszystkim do Wodzisławia Śląskiego i Gliwic, skąd konwojowani więźniowie wywożeni byli w głąb Trzeciej Rzeszy koleją, w otwartych wagonach towarowych, do Mauthausen, Buchenwaldu i innych niemieckich obozów koncentracyjnych. Jedynie około 2200 więźniów z dwóch podobozów KL Auschwitz – Eintrachthütte w Świętochłowicach i Laurahütte w Siemianowicach – wywieziono 23 stycznia bezpośrednio transportem kolejowym. Najdłuższą trasę przebyło ponad 3000 więźniów z podobozu w Jaworznie. Prowadziła ona do KL Gross-Rosen na Dolnym Śląsku i wynosiła około 250 kilometrów. Marsz śmierci do Wodzisławia Śląskiego przebywali wraz z dorosłymi także małoletni więźniowie.
Kolumny ewakuacyjne miały się składać wyłącznie ze zdrowych więźniów, zdolnych do odbycia długiego pieszego marszu. W praktyce do wyjścia zgłaszali się jednak również więźniowie wycieńczeni i chorzy, ponieważ sądzili, że pozostając w obozie, zostaną zgładzeni.
Zmarła pod koniec ubiegłego roku w wieku 99 lat była więźniarka Zofia Stępień-Bator (nr obozowy 37255) tak wspominała marsz śmierci: „Szłyśmy całą noc. Najtragiczniej czułam się na tym odcinku, gdzie był las. Było tak ponuro, tak strasznie. Co jakiś czas było słychać strzały, co jakiś czas ktoś padał do rowu. Szłam zupełnie sama, bo koleżanki spotkałam później. Czułam się znowu tak strasznie sama i nieszczęśliwa, jak na początku pobytu w obozie”.
Podczas wszystkich marszów śmierci konwojenci strzelali zarówno do więźniów podejmujących ucieczki, jak i zabijali tych, którzy nie nadążali za współtowarzyszami z powodu krańcowego wyczerpania fizycznego. Trasy ewakuacji, zarówno piesze, jak i kolejowe, usłane zostały tysiącami zwłok więźniów, którzy zostali zastrzeleni przez esesmanów lub zmarli z wycieńczenia i przemarznięcia. Historycy szacują, że tylko na Górnym Śląsku zginęło około 3000 ewakuowanych więźniów. Ocenia się także, że w trakcie całej ewakuacji śmierć poniosło co najmniej 9000 więźniów KL Auschwitz.
Przerażające sceny z marszu śmierci tak relacjonowała była więźniarka Franciszka Pieczka (nr obozowy E-1570): „W pewnym momencie z naszej grupy odłączyła się kobieta, która osunęła się do rowu i zaczęła rodzić. Zatrzymałyśmy się obok niej, zastanawiając się, jak jej pomóc, gdy zbliżył się do nas jeden z esesmanów, który kazał się nam odsunąć, a następnie zastrzelił kobietę. To był straszny widok”.
Tamte tragiczne wydarzenia tak zapamiętał były więzień Józef Ciepły (nr obozowy 169400): „Między miejscowościami Miedźna i Ćwiklice widziałem największą liczbę zwłok rozstrzelanych więźniów. Były to ciała tych, którzy maszerowali przed nami. Trupy leżały bezładnie na drodze, trzeba je było omijać. Pamiętam, że jeden z kapów, Niemiec, usiłował odciągnąć na pobocze leżące na drodze zwłoki. Kiedy ruszył trupa, na drogę wylała się zawartość czaszki, która widocznie została rozsadzona przy wystrzale. Widok był tak makabryczny, że kapo zrezygnował z zamiaru i pozostawił zwłoki w pierwotnym położeniu”.
Nie sposób dokładnie ustalić liczbę ofiar marszów śmierci, ponieważ na drogach ewakuacji więźniów nikt nie prowadził takiej ewidencji. Ciała zmarłych lub zastrzelonych, znajdowane na poboczach dróg i linii kolejowych, były chowane przez miejscową ludność w zbiorowych mogiłach, często bez żadnej identyfikacji.
Niszczenie śladów zbrodni
20 stycznia 1945 r. na polecenie władz obozowych wysadzono w powietrze krematoria oznaczone numerami II i III, a w nocy z 26 na 27 stycznia – ostatnie z nich oznaczone numerem V, które do końca było zdatne do użytku. W tych dniach podpalono również tzw. Kanadę II, składającą się z baraków, w których znajdowało się mienie pozostałe po ofiarach zagłady.
W kompleksie obozowym pozostało blisko 9000 więźniów, w większości chorych i skrajnie wyczerpanych, których esesmani nie zdążyli wymordować. Oswobodzono ich w obozie macierzystym (Stammlager, Auschwitz I), Birkenau (Auschwitz II), Monowitz (Auschwitz III) i jego podobozach. Uniknęli oni zagłady.
SS zdążyła wymordować w obozie – m.in. w podobozach: Fürstengrube w Wesołej, Tschechowitz-Vacuum w Czechowicach i Blechhammer w Blachowni Śląskiej – około 700 więźniów żydowskich. W Auschwitz-Birkenau znaleziono około 6000 zwłok więźniów zastrzelonych oraz zmarłych z wycieńczenia w czasie wycofywania się esesmanów z terenów obozowych.
Ocalić ocalonych
W obozie macierzystym w Oświęcimiu, w Birkenau i w Monowitz doczekało uratowania około 7000 więźniów. Ocaleni, będący we względnie dobrym stanie fizycznym, opuszczali obóz i wracali w swoje rodzinne strony. Dla pozostałych zorganizowano pomoc medyczną na terenie obozu. Do szpitali trafiło ponad 4500 byłych więźniów z wielu państw, w większości Żydów. Wśród leczonych było także ponad 200 dzieci do 15 lat.
Ocaleni otrzymywali posiłki w niewielkich ilościach, by nie umarli z przejedzenia. Niektórzy z nich panicznie bali się kąpieli, bo prysznice kojarzyły się im z gazem. Inni bronili się przed zastrzykami, bo z kolei kojarzyły się im one ze śmiercionośnymi zastrzykami z fenolu. Część więźniów była jednak w takim stanie, że nie zdołano ich uratować. Do nich należał Tadeusz Sękowski, który urodził się 24 maja 1924 r. i był uczniem gimnazjum w Łodzi. Podczas okupacji niemieckiej wraz z ojcem i matką działał w konspiracji ZWZ/AK aż do czerwca 1943 r., kiedy to wszyscy zostali aresztowani przez Gestapo w Łodzi i wywiezieni do KL Auschwitz.
Po 27 stycznia 1945 r. jeden z polskich lekarzy przewiózł ciężko chorego Tadeusza Sękowskiego do szpitala w Krakowie, skąd wkrótce na kilkanaście dni przed śmiercią napisał on list do swojej siostry Teresy, mieszkającej w tym czasie w Milanówku. Warto przytoczyć jego fragment: „Jestem wolny! Muszę Wam jednak teraz zakomunikować pewną smutną wiadomość, której z obozu w Oświęcimiu nie mogłem napisać ze względu na cenzurę. Mianowicie w czerwcu 44 r. zachorowałem na płuca. […] Gdy Rosjanie zbliżali się, nastąpiła ewakuacja obozu. Wszyscy więźniowie wymaszerowali na piechotę z obozu pod eskortą SS. Zostali tylko chorzy w szpitalu. 21 stycznia 45 r. opuściło SS obóz, pozostawiając chorych na łasce losu. […] Obecnie leżę w szpitalu dla płucno-chorych na Prądniku [przedmieście Krakowa]”. Autor listu zmarł miesiąc później, 27 lutego 1945 r., w krakowskim szpitalu, mając niecałe 21 lat.
Dr Adam Cyra