Hipokryzja Unii sięga zenitu
Piątek, 27 grudnia 2024 (13:37)Rozmowa z Moniką Przeworską, dyrektorem Instytutu Gospodarki Rolnej
Unia Europejska znów uderza w rolnictwo – tym razem przez plany objęcia produkcji żywności systemem EU ETS3, czyli podatkiem od emisji gazów cieplarnianych. Czy to już przesądzone?
– Niestety, wszystko wskazuje na to, że tak. Dokument strategiczny wyznaczający kierunki działań nowej kadencji Ursuli von der Leyen nie pozostawia złudzeń: ograniczenie emisji w rolnictwie stało się priorytetem. A w unijnym żargonie „ograniczenie” niemal zawsze oznacza dodatkowe opodatkowanie. Rozszerzenie katalogu sektorów objętych podatkiem od emisji o rolnictwo wydaje się kwestią czasu. I to krótkiego. Zdrowy rozsądek w tej dyskusji jest jednak nieobecny – Unia Europejska z uporem ignoruje argumenty rolników. Przecież nawet dziecko rozumie, że wprowadzenie takiego podatku podbije ceny żywności, dodatkowo obciążając portfele europejskich konsumentów. Czy Unia się tym przejmuje? Absolutnie nie. Wygląda na to, że w Brukseli nie ma refleksji nad tym, iż podwyższone koszty produkcji sprawią, że europejska żywność stanie się mniej konkurencyjna na rynku globalnym. Co więcej, hipokryzja Unii sięga zenitu. Z jednej strony promuje ekologiczne rolnictwo i „zieloną transformację”, a z drugiej robi wszystko, by zalać nasz rynek tanią żywnością z krajów Mercosur czy Ukrainy. Importowane produkty, często wytwarzane w warunkach, które nie spełniają unijnych norm środowiskowych ani etycznych, mają konkurować z droższymi, lokalnymi produktami. Jak w tej sytuacji europejski rolnik ma przetrwać? Decydenci w Brukseli wydają się głusi na konsekwencje swoich działań. Dla nich liczą się wskaźniki i raporty o ograniczeniu emisji, a nie realia życia rolników czy przeciętnego obywatela, który zapłaci za te decyzje wyższymi rachunkami w sklepie. Czy unijny projekt zmierza ku ochronie środowiska, czy raczej ku destrukcji europejskiego rolnictwa? Niestety, odpowiedź wydaje się jasna.
Czy możemy już dziś przewidzieć, jak dokładnie będzie wyglądał podatek od emisji w rolnictwie?
– Konkretne wyliczenia dla Unii Europejskiej pozostają na razie w sferze domysłów, ale możemy przyjrzeć się przykładom z innych krajów, takich jak Dania – pioniera we wprowadzaniu podobnych regulacji. Duńczycy, jako pierwsi w Europie, zdecydowali się na opodatkowanie rolników w postaci dodatkowej opłaty, szczególnie obciążającej producentów bydła. Jak to wygląda w praktyce? Rolnicy płacą około 175 zł rocznie za każdą dużą jednostkę przeliczeniową zwierzęcia. Kwota może nie wydawać się astronomiczna, ale w skali całego gospodarstwa staje się już znacznym obciążeniem finansowym. Tym bardziej, że początkowe propozycje tamtejszego rządu były jeszcze bardziej rygorystyczne, a osiągnięty konsensus to wynik twardych negocjacji z sektorem rolniczym. Jednak czy to ostateczny poziom podatku? Obawiam się, że nie. Historia podatków uczy nas, że gdy raz wprowadzi się nowy mechanizm fiskalny, jego wysokość ma tendencję do stopniowego wzrostu. Możemy więc przypuszczać, że w Danii, i potencjalnie w innych krajach, stawka za emisję metanu – będącego produktem ubocznym hodowli zwierząt – będzie systematycznie podnoszona. Taka perspektywa oznacza, że rolnicy, już teraz zmagający się z rosnącymi kosztami produkcji, staną w obliczu jeszcze większych wyzwań.
Czy zatem możemy założyć, że nowy podatek obejmie przede wszystkim mięso i nabiał?
– Wszystko wskazuje na to, że tak. W centrum tych regulacji znajdzie się najpewniej cała produkcja zwierzęca, obejmująca zarówno hodowlę bydła mięsnego, jak i mlecznego. Niemniej jednak warto zwrócić uwagę, że dotknięte mogą zostać także inne sektory, takie jak drób czy trzoda chlewna. Przypomnijmy, że istnieje już dyrektywa dotycząca instalacji przemysłowych i emisji z nimi związanych, która włączyła fermy drobiu oraz trzody chlewnej w zakres tej regulacji. Te gospodarstwa uznano za źródła emisji przemysłowych, co wiąże się z koniecznością monitorowania i redukcji ich wpływu na środowisko. W przeciwieństwie do tego hodowla bydła była do tej pory wyłączona z tych regulacji, co pozostawia przestrzeń do dalszego rozszerzenia opodatkowania w przyszłości. W kontekście zapowiadanych zmian w systemie EU ETS 3, rozszerzenie na sektor rolnictwa wydaje się nieuniknione. Jeśli faktycznie dojdzie do jego wdrożenia, będzie to potężny cios wymierzony w producentów drobiu, trzody chlewnej i bydła, a pośrednio również w całą branżę mięsną i mleczarską. Tego rodzaju regulacje mogą wywołać lawinę konsekwencji – od rosnących kosztów produkcji po wzrost cen żywności na rynku, co ostatecznie uderzy w konsumentów.
Komisja Europejska zapewnia, że nie zamierza nikogo zmuszać do rezygnacji z mięsa, ale rzeczywistość, jaką kreują jej regulacje, mówi zupełnie co innego. Podnoszenie kosztów produkcji żywności za sprawą coraz to nowych podatków, przepisów i ekologicznych wymogów skutecznie wypchnie mięso i nabiał poza zasięg finansowy przeciętnego Europejczyka. Czy to przypadkiem nie jest forma subtelnego przymusu?
– Pod przykrywką troski o środowisko, mięso i mleko stają się luksusem, a zamiast nich coraz bardziej promowane są tzw. zamienniki – czy raczej, nazywajmy rzeczy po imieniu, podróbki. Produkty „na biało”, przypominające mleko czy mięso jedynie z nazwy, zyskują ogromne wsparcie unijnych polityk. Komisja Europejska jednoznacznie wskazuje, że należy rozwijać ten sektor, podczas gdy równocześnie dokłada kolejne obciążenia finansowe na tradycyjnych producentów. Weźmy choćby podatek od emisji gazów cieplarnianych w rolnictwie, który dotknie producentów bydła. Niby nie nazywa się go bezpośrednio podatkiem od mięsa, ale efekt końcowy jest ten sam. Zamiast prostego i uczciwego nazewnictwa mamy zabieg retoryczny – inna nazwa, ale cel identyczny. Dla opinii publicznej sprzedaje się to jako troskę o klimat, ale prawdziwym skutkiem jest dodatkowy cios w sektor produkcji zwierzęcej. W Polsce zaczęła się już debata nad tym, jak zminimalizować skutki nowych regulacji. Pojawił się pomysł wprowadzenia specjalnego ekoschematu, który miałby działać jak forma rekompensaty dla producentów, szczególnie mleka. Ten mechanizm, osadzony w Krajowym Planie Strategicznym Wspólnej Polityki Rolnej, zakłada wsparcie finansowe dla tych, którzy zredukują emisję gazów cieplarnianych w swojej produkcji. Innymi słowy, mleczarnie i producenci bydła mają otrzymywać płatności za działania proekologiczne i wysoką jakość produkcji zwierzęcej.
Czy Unia Europejska powtórzy scenariusz rodem z Wielkiej Brytanii, gdzie rolnik zmuszony jest płacić horrendalny podatek za przekazanie gospodarstwa nawet własnym dzieciom?
– Ta perspektywa budzi niepokój. Historia pokazuje, że pomysłów na utrudnienie życia rolnikom w ramach wspólnoty europejskiej nie brakuje. Przypomnijmy choćby dramatyczne wywłaszczenia w Holandii – sytuację wręcz absurdalną w XXI wieku, gdzie właściciele ziemi zostali zmuszeni do opuszczenia swoich gospodarstw. Wielka Brytania stanowi tu kolejne ostrzeżenie. Jeśli spojrzymy na tamtejsze przepisy, które nakładają gigantyczne podatki na przekazanie gospodarstwa – nawet w obrębie najbliższej rodziny – to widzimy, że takie regulacje mogą działać jak cichy mechanizm wywłaszczeniowy. Rolnik, aby sprostać finansowym wymaganiom, często nie ma innego wyjścia, jak sprzedać część ziemi. Efekt? Systematyczne rozdrabnianie gospodarstw, które z pokolenia na pokolenie budowały swój potencjał. Nie oszukujmy się, niewielu jest w stanie podołać takim obciążeniom finansowym bez poważnych konsekwencji. Tego rodzaju przepisy to test na skalę europejską – jak skutecznie pozbawić rolników ziemi pod pretekstem nowoczesnych regulacji fiskalnych. Z jednej strony mówi się o wspieraniu rolnictwa i zrównoważonym rozwoju, z drugiej wprowadza mechanizmy, które podważają fundamenty tego sektora. Takie działania rodzą obawy o przyszłość gospodarstw rodzinnych, które są esencją europejskiego rolnictwa.