Dam z siebie wszystko
Czwartek, 5 lipca 2012 (06:29)Rozmowa z Martą Walczykiewicz, wicemistrzynią Europy w kajakarskim sprincie
Lubi Pani srebro?
- Jako surowiec tak, ale w sporcie coraz mniej (śmiech). Gdy niedawno schodziłam z podium mistrzostw Europy, powiedziałam sobie: dość, kolejny medal musi być już złoty.
Właśnie się zastanawiałem, czy gratulować Pani tego wyniku, czy też nie.
- Z jednej strony pokazał mi, że utrzymuję wysoką formę, potrafię przygotować się do najważniejszych imprez. Tyle że liczyłam na więcej. Jechałam do Zagrzebia, by zostać najszybszą kajakarką w Europie. Byłam blisko, lecz się nie udało. Pocieszam się, że gdybym wygrała, to wszyscy okrzyknęliby mnie faworytką zmagań na olimpiadzie. A tak zaatakuję z dalszej pozycji, pod mniejszą presją.
Czy aby na pewno? Od dawna jest Pani przecież wymieniana jako mocna kandydatka do medalu w Londynie, nawet "US Today" w swych cytowanych na całym świecie olimpijskich prognozach umieszcza Panią regularnie jako murowaną faworytkę do złota.
- Początkowo byłam umieszczana na czwartym miejscu, potem drugim, a od kilku miesięcy na pierwszym. Fajnie, że ludzie daleko poza naszymi granicami dostrzegają mnie, ale sama jestem ciekawa, na czym Amerykanie opierają swoje prognozy. Przecież jak na razie regularnie plasuję się na drugich miejscach. Traktuję to wszystko z przymrużeniem oka. W Londynie zadebiutuję w igrzyskach. Niby sporo o nich wiem, o ich specyfice, wyjątkowości, ale to zawody nieporównywalne z żadnymi innymi. Jak każdy ambitny sportowiec marzę o medalu, najlepiej złotym. Gdybym stawiała przed sobą niższe cele, wróciłabym z niczym. Przede wszystkim jednak chcę dać z siebie wszystko. To mój cel.
Co podoba się Pani w kajakarskim sprincie, tym szalonym wyścigu niemal bez wytchnienia?
- Wszystko to, co pan wymienił. Sprint oznacza 40 sekund maksymalnego wysiłku, jazdy niemal bez wytchnienia, na 120 procent. Uwielbiam szybkość, dreszczyk emocji. Nigdy do końca nic nie wiadomo, na mecie różnice są minimalne, cały czas czuć na plecach oddech rywalki z innego toru. A do tego jestem sama, zależna od siebie, nadaję takie tempo, jakie w danym dniu mi pasuje.
Od startu do mety, przez 200 m, ma Pani choć moment na złapanie oddechu?
- Przez pierwsze 90 metrów płynę na maksa, z całych sił. Potem na chwilkę odpuszczam, ale minimalnie, dosłownie na ułamek sekundy, by ten oddech złapać. Choć koleżanki z kadry i trener powtarzają, że ja chyba w ogóle... nie oddycham. Często na zajęciach, po przepłynięciu testowego odcinka 100 metrów, w czasie około 20 sekund, mam na mecie taką zadyszkę, jakbym przez ten czas faktycznie nie łykała powietrza. Kajaki łączą się z ogromnym wysiłkiem. Na około minutę przed startem, gdy wpływam do bloków, mam tętno około 150 uderzeń na minutę. Po wszystkim wzrasta ono do 200.
Mówi się, że to sport galerniczy, tylko dla najsilniejszych. To prawda?
- Pewnie, że tak. Nie ograniczamy się tylko do schodzenia na wodę. Przerzucamy mnóstwo ton na siłowni (zdarza się, że około 30 na jednym treningu, a z podobną intensywnością ćwiczymy trzy, cztery razy w tygodniu), pływamy w basenie, biegamy, jeździmy na nartach, uprawiamy gry zespołowe. Przygotowania są urozmaicone, bo musimy dbać o wszystko, o najdrobniejsze nawet szczegóły. Miesięcznie wracamy do domu na dzień, może dwa, resztę czasu spędzamy na zgrupowaniach lub zawodach. I tak na okrągło przez dziesięć miesięcy w roku. Trzeba mieć mocny charakter, by to znieść. Wolne mamy tylko we wrześniu i październiku. W tym okresie całkowicie odstawiam kajak na ląd, nawet nie podbiegam do autobusu. Całkowicie się regeneruję. Po mniej więcej trzech tygodniach nicnierobienia zaczynam tęsknić za sportem. I o to chodzi.
Tuż przed igrzyskami intensywność pracy wzrosła?
- Przed igrzyskami, przed mistrzostwami świata, przed każdą wielką imprezą jest mocniej. Trenujemy po siedem dni w tygodniu, dwa razy dziennie, tylko w czwartki i niedziele mamy wolne popołudnia. Nie ma zmiłuj, ale też nie narzekamy. Taka jest bowiem droga do sukcesów, jedyna.
Jak zatem będzie w Londynie?
- Cztery lata temu kajakarze polecieli do Pekinu na cały miesiąc, byli na ceremoniach otwarcia i zamknięcia. Wszystko dzięki temu przeżyli, mogli chłonąć atmosferę. Teraz będzie inaczej, wybieramy się do Anglii nieco później, koncentrując się wyłącznie na startach. Jedno marzenie w Anglii spełnię, wystartuję na igrzyskach. Mam też drugie - sięgające medalu, najlepiej tego z najcenniejszego kruszcu.
Dziękuję za rozmowę.
Marta Walczykiewicz - czołowa polska kajakarka, nasza wielka nadzieja na olimpijskie podium w Londynie. Ma w kolekcji siedem srebrnych medali mistrzostw świata i Europy, ale wciąż czeka na złoto. Do sierpnia i igrzysk?
Piotr Skrobisz