Nie spoczywam na laurach
Sobota, 27 kwietnia 2013 (02:07)Z Adrianem Zielińskim, mistrzem olimpijskim w podnoszeniu ciężarów, rozmawia Piotr Skrobisz
Ostatnio coś o Panu cicho, opuścił Pan mistrzostwa Europy…
– Przed miesiącem zerwałem mięsień czworogłowy lewego uda, musiałem przejść delikatny zabieg. Do końca sam nie wiem, dlaczego stało się tak, jak się stało. Być może zbyt szybko dochodziłem do wysokiej formy, a mięśnie nie były jeszcze na to gotowe i nie wytrzymały. A co do mistrzostw – i tak nie planowałem startu. Owszem, przez moment zastanawiałem się, czy jeśli uda mi się osiągnąć bardzo dobrą dyspozycję, to z marszu w nich wystąpię, ale jeszcze przed urazem porzuciłem ten pomysł.
Jak zatem dziś się Pan czuje?
– Lepiej, już lepiej. To znaczy sztangistę zawsze coś pobolewa, ale idzie ku dobremu.
Kiedy będzie Pan mógł wrócić do treningów z pełnym obciążeniem?
– Za mniej więcej trzy miesiące.
To termin realny czy optymistyczny?
– Jak najbardziej realny. Zresztą staram się zbyt mocno nie wybiegać w przyszłość, niczego nie planować ze zbyt dużym zapasem. Teraz tak uczyniłem i nie skończyło się dla mnie najlepiej. Dlatego obecnie planuję wszystko z dnia na dzień albo co najwyżej z tygodnia na tydzień. Słucham swojego organizmu, reaguję na to, co mi podpowiada, i cały czas zachowuję czujność.
Kontuzja bardzo pokrzyżowała Panu plany przygotowań do mistrzostw świata, najważniejszej imprezy sezonu?
– Troszkę tak. Chcieliśmy stopniowo, krok po kroku, powoli dochodzić do wysokiej formy. Teraz wiem, że będę musiał mocno się spiąć. Mistrzostwa są za pół roku, ja będę miał trzy miesiące na intensywną pracę. Pracę mądrą, wykonywaną z głową, ale o wiele szybciej niż zazwyczaj. Jeszcze nigdy w swojej karierze nie znalazłem się w podobnej sytuacji.
Zatrzymajmy się na chwilę przy mistrzostwach Europy. Nasza reprezentacja wróciła do kraju z jednym medalem, ale nie był to wynik porywający.
– Przede wszystkim cieszę się, że Sabina Bagińska ten krążek zdobyła, bo dzięki temu podtrzymaliśmy medalową passę na mistrzostwach kontynentu. A co do występu mężczyzn – do Tirany pojechała młoda, niedoświadczona kadra. Zabrakło liderów: Bartłomieja Bonka, Marcina Dołęgi, Arsena Kasabijewa czy mnie. Każdy olimpijczyk po poprzednim sezonie potrzebował dłuższego odpoczynku niż zazwyczaj.
I okazało się, że bez was ciężko o sukcesy.
– Teoretycznie tak, ale niewykluczone, że za dwa, trzy lata to nasi koledzy będą stanowili trzon reprezentacji wyjeżdżającej na igrzyska do Rio. Mistrzostwa nie były może zbyt udane, jednak liczyło się obycie z imprezą tej rangi i zdobycie doświadczenia na dużych pomostach.
Pana na pomost nie ciągnęło?
– Ależ ciągnęło. Zawsze gdy ogląda się z boku rywalizację kolegów, to nabiera się wielkiej ochoty do treningu, pracy, startów.
Nie miał Pan problemów z wdrożeniem się do treningowego reżimu po roku olimpijskim?
– Pyta pan, czy nie zeszło ze mnie powietrze, nie opadły emocje? Nie. Nie, bo ja już żyję kolejnymi igrzyskami. To, co było, minęło. Zamknąłem pewien etap w życiu, zrealizowałem pewne plany i tyle. Teraz wyznaczyłem sobie nowe cele i będę do nich dążył. Nie mam zamiaru spoczywać na laurach, tylko dalej iść do przodu.
Ma Pan zatem plan czteroletni, ze zwieńczeniem w 2016 r. w Rio?
– Każdy zawodnik, który myśli o medalu w kolejnych igrzyskach, taki plan nakreślił. Wie doskonale, jakie będą w międzyczasie zawody, co może zdobyć, co ewentualnie może odpuścić. Cztery lata to z jednej strony dużo, a z drugiej niezwykle mało. Kto się zagapi, błyskawicznie odczuje to na własnej skórze. Ale plan musi być mądry, z głową, nie na łapu-capu. Przed Londynem też obrałem podobną strategię, zdobyłem medal. Mam nadzieję, że w Rio będzie tak samo.
Co chciałby więc Pan zdobyć przez te lata, które pozostały do kolejnych igrzysk?
– Przede wszystkim chciałbym dotrwać do Rio w zdrowiu. Albo inaczej – jak najmniejszym kosztem zdrowia odnosić sukcesy. Może pobić rekord świata?
Bardzo zmieniło się Pana życie po sukcesie w Londynie?
– W ogóle się nie zmieniło.
Nazwisko Zieliński nie otwiera drzwi?
– Może i otwiera, ale o tym nie wiem, bo nie próbowałem wykorzystywać go do ułatwiania sobie życia. Cały czas jestem czynnym sportowcem, obowiązują mnie pewne normy zachowania i postępowania. Dalej ciężko trenuję i nie czuję się od nikogo lepszy tylko dlatego, że mam olimpijskie złoto.
Zawsze tak twardo stał Pan na ziemi?
– Wychodzę z założenia, że mistrzem świata czy mistrzem olimpijskim jestem tylko do zakończenia danego sezonu. Potem wszystko rozpoczyna się od nowa, zapisuję nową kartę. Co roku muszę coś zdobywać i tak będzie zawsze, dopóki nie powiem „koniec”.
Na olimpijskie złoto spogląda Pan z dumą?
– Rzadko je oglądam. A jeśli już z czymś mi się kojarzy, to z wielką pracą, jaką wykonałem, by je zdobyć. Tego nawet nie da się opisać słowami. Trzeba samemu przeżyć, poczuć, trzeba samemu stracić zdrowie, poświęcić wszystko, całe życie.
Jest Pan już sportowcem spełnionym?
– Nie. Wciąż jestem strasznie głodny sukcesów.