Sawickiej się upiekło
Sobota, 27 kwietnia 2013 (02:05)Działania Centralnego Biura Antykorupcyjnego, podjęte wobec Beaty Sawickiej i byłego burmistrza Helu Mirosława Wądołowskiego, były bezprawne – orzekł wczoraj Sąd Apelacyjny w Warszawie, oczyszczając oboje z zarzutów korupcyjnych.
Zdaniem sędziego Pawła Rysińskiego, była posłanka Platformy Obywatelskiej ponosi w pełni odpowiedzialność moralną za swoje czyny. Ale nie karną. Sąd uznał, że dowody zebrane w tej sprawie, a więc podjęcie inwigilacji posłanki Platformy Obywatelskiej oraz decyzje o kontrolowanym wręczeniu korzyści majątkowych, odbyły się z naruszeniem prawa. W tym ustawy o CBA.
Sąd zakwestionował oraz uznał za bezprawne i pozbawione ustawowej podstawy prawnej podjęcie wobec Sawickiej tajnej inwigilacji operacyjnej pomiędzy 3 lutego a 16 czerwca 2007 roku. Bezprawne były też – w ocenie sądu – decyzje o wręczeniu korzyści majątkowej zarówno Sawickiej, jak i Wądołowskiemu.
W przypadku posłanki Platformy chodzi o podjęcie przez szefa CBA Mariusza Kamińskiego decyzji bez wydania odpowiedniego zarządzenia wskazującego na Sawicką jako osobę, której poleca wręczyć korzyść, a także bez uzyskania informacji o zamierzonym przestępstwie.
– Jedyne wydane w tej sprawie zarządzenie szefa CBA zawiera polecenie wręczenia kontrolowanej korzyści tylko Mirosławowi Wądołowskiemu – tłumaczył sędzia.
– Sąd apelacyjny zmuszony był uznać działania operacyjne CBA przeciw obojgu oskarżonym za sprzeczne z prawem, bo wykraczające poza przyznane CBA prawem uprawnienia i przeprowadzone z naruszeniem przewidzianych ustawowo rygorów dopuszczalności – tłumaczył sędzia Rysiński, przewodniczący składu, uzasadniając wyrok.
W związku z tym działania operacyjne nie mogą wywoływać skutków prawnych w sferze dowodowej. Wyrok jest prawomocny i podlega tylko kasacji, o którą będzie wnosiła prokuratura. Z wyrokiem nie zgadza się byłe szefostwo CBA.
– Sąd orzeka w oderwaniu od faktów. Jako prawnik nie mogę wyjść ze zdziwienia po usłyszeniu tego, co mówił przewodniczący składu sędziowskiego – wskazuje Ernest Bejda, były wiceszef CBA.
Inny z zastępców Mariusza Kamińskiego, Maciej Wąsik, określa wyrok mianem „niebywałego”. Obaj przypominają, że operację uruchomiono po tym, jak okazało się, że posłanka próbowała kupić wyniki egzaminów uprawniających do zasiadania w radach nadzorczych.
– Od tego momentu podjęliśmy szersze działania operacyjne. Gdyby przyjąć ten punkt widzenia, to działania policji i ABW też są bezprawne. Ten wyrok jest niepokojący i szokujący – ocenia Wąsik.
W sprawie legalności działań podjętych przez CBA lubelska prokuratura prowadziła odrębne śledztwo, które umorzyła. Potem zostało ono zaskarżone przez Sawicką, jednak rozpatrujący je sąd również nie znalazł żadnego powodu, dla którego mógłby uznać, że na jakimkolwiek etapie działania podjęte przez funkcjonariuszy Biura w tej sprawie były nielegalne.
– Przede wszystkim na wręczanie kontrolowanych korzyści była za każdym razem zgoda prokuratora generalnego, nie mówiąc już o samej zgodzie na rozpoczęcie operacji – podkreśla Bejda. To samo mówi Tomasz Kaczmarek, który wziął w tej operacji bezpośredni udział.
– Sąd zakwestionował procedury użycia kombinacji operacyjnej dotyczącej użycia funkcjonariuszy pod przykryciem. Te działania były zgodne z prawem i akceptowane przez prokuratora generalnego. Dziwi mnie uzasadnienie sądu, który nie kwestionował działań i zachowań Beaty Sawickiej, ale zakwestionował drogi proceduralne, które służyły do zdobycia dowodów. W mojej ocenie, materiał dowodowy jest jednoznaczny – komentuje.
Wyrok w pierwszej instancji
Rok temu sąd pierwszej instancji skazał Sawicką na trzy lata więzienia za żądanie łapówki i płatną protekcję, a Mirosława Wądołowskiego na dwa lata w zawieszeniu. Przez wiele miesięcy przygotowywał pisemne uzasadnienie wyroku. Skierował je do stron dopiero pod koniec ubiegłego roku. Wtedy Prokuratura Apelacyjna w Poznaniu zdecydowała, że wniesie apelację. Odwołanie składało się z części tajnej i jawnej.
Oskarżyciel kwestionował wysokość zasądzonej grzywny, kosztów postępowania, którymi nie obarczono skazanych. Prokurator domagał się podtrzymania wyroku skazującego Sawicką na trzy lata więzienia. Obrońcy oskarżonych wnosili o uniewinnienie lub ponowny proces, kwestionując m.in. legalność całej operacji przeprowadzonej przez CBA.
Mecenasi Jacek Dubois i Mikołaj Pietrzak domagali się uchylenia przez sąd statusu tzw. świadka anonimowego, którym jest Tomasz Kaczmarek. Informacje na jego temat są niejawne i może je uchylić tylko prokuratura. Podkreślali, że wyrok zapadł przede wszystkim na podstawie informacji, które wciąż pozostają tajne.
W ich ocenie, gdyby utrzymano wyrok skazujący, byłby to sygnał dla tajnych służb, że granice działań operacyjnych mogą traktować elastycznie. Prokurator nie miał jednak wątpliwości co do legalnego przebiegu operacji specjalnej, podkreślając, że nie można kwestionować całości i spójności podsłuchanych rozmów oskarżonych. Apelację obrony uznał za bezzasadną i będącą jedynie polemiką z ustaleniami sądu.
Już rok temu, skazując Sawicką, sąd w całości odrzucił sugestię o politycznym charakterze akcji CBA. Nie zgodził się również z próbą narzucenia mu opowieści o uwiedzionej, prześladowanej i wplątanej przez policjanta w intrygę kobiecie z opozycyjnej wówczas partii politycznej. Sędziowie uznali wówczas, że Sawicka, podejmując się pośrednictwa w ułatwieniu zakupu działki na Helu, nie kierowała się uczuciem czy chęcią udzielenia pomocy Tomaszowi Piotrowskiemu, a dziś Tomaszowi Kaczmarkowi (posłowi PiS i byłemu agentowi CBA), lecz osobistą korzyścią. W wyroku podkreślono, że dowody zebrane w sprawie wykluczały, by czynności CBA miały polityczny kontekst.
Sawicka i Wądołowski zostali zatrzymani 1 października 2007 r. krótko przed wyborami parlamentarnymi i rozwiązaniem koalicyjnego rządu PiS – LPR – Samoobrona. Przyłapano ich na gorącym uczynku w trakcie przyjmowania łapówek: Sawicka – drugiej raty ze 100 tys. zł, jakie zbierała na kampanię wyborczą, Wądołowski – teczki, w której było 150 tys. złotych. Pieniądze wręczyli agenci CBA, podający się za biznesmenów zainteresowanych kupnem atrakcyjnej działki na Helu, na której miał powstać kurort spa.
Sprawy sędziego Rysińskiego
Sędzia Paweł Rysiński przewodniczył składowi sędziowskiemu w wielu głośnych sprawach. W 2007 r. wypuścił z mokotowskiego aresztu za kaucją doktora G. oskarżonego przez CBA o korupcję. Uzasadniał swoją decyzję o zwolnieniu kardiochirurga tym, że prokuratura nie wykazała dużego prawdopodobieństwa, iż doktor G. dopuścił się umyślnego zabójstwa pacjenta. Uznał także, że nie istnieje realna obawa, że oskarżony będzie utrudniał śledztwo. Dwa lata temu sędzia Rysiński podtrzymał wyrok 3 lat pozbawienia wolności dla obywatela Rosji Tadeusza Juchniewicza, którego w grudniu 2010 r. skazał Sąd Okręgowy w Warszawie (przewodniczący Igor Tuleya) za szpiegostwo i pełnienie roli uśpionego agenta GRU w Polsce.
Natomiast jako sędzia Sądu Lustracyjnego w 2000 r. uznał za prawdziwe oświadczenie lustracyjne Lecha Wałęsy jako kandydata na prezydenta, wskazując, że ten nie współpracował ze służbami specjalnymi PRL. Co więcej, sąd uznał wtedy, że SB fałszowała akta na temat Wałęsy. W uzasadnieniu do wyroku napisano wówczas, że „nie można (…) ustalić z całą pewnością, (…) czy zapisy dotyczące TW ’Bolek’ w rejestrach SB są zapisami prawdziwymi, czy powstały w czasie rzeczywistym, a nie znacznie później, dla potrzeb kompromitacji Lecha Wałęsy”.
Sędzia Rysiński, znając treść ściśle tajnych materiałów ze śledztwa w sprawie niszczenia dokumentów przekazanych do Kancelarii Prezydenta przez UOP, wydał wyrok, nie wspominając publicznie o ich zawartości. Chodziło o teczki TW „Bolka”, w czasie gdy Lech Wałęsa pełnił funkcję prezydenta. Sędzia zamknął postępowanie, a na następnej rozprawie wydał korzystny dla Wałęsy wyrok.
– Pamiętam działalność sędziego Pawła Rysińskiego z tych czasów w Sądzie Lustracyjnym. Najbardziej skandalicznym wyrokiem był ten w sprawie Wałęsy – wspomina dr Piotr Gontarczyk, historyk, wówczas pracownik Biura Rzecznika Interesu Publicznego. Jak podkreśla, w tym czasie ukształtowało się kuriozalne – w jego ocenie – orzecznictwo sądowe, które przerodziło lustrację w farsę.
Maciej Walaszczyk