• Środa, 22 kwietnia 2026

    imieniny: Łukasza, Leona, Gajusza

Panie, ratuj!

Niedziela, 27 października 2024 (08:08)

Gdy Jezus wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. A słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: „Synu Dawida, ulituj się nade mną!”.

Jezus przystanął i rzekł: „Zawołajcie go”. I przywołali niewidomego, mówiąc mu: „Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię”. On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się na nogi i przyszedł do Jezusa.

A Jezus przemówił do niego: „Co chcesz, abym ci uczynił?”.

Powiedział Mu niewidomy: „Rabbuni, żebym przejrzał”.

Jezus mu rzekł: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą. (Mk 10,46b-52)

Rozważanie:

Żyjemy w świecie stanowiącym jeden, niekończący się wielogłos. Ponieważ wszystko krzyczy: reklama, politycy, serwisy informacyjne, showbiznes – koduje się przekonanie, że aby zwrócić na siebie uwagę, trzeba krzyknąć głośniej! Poruszyć emocje, uderzyć skandalem, sensacją, plunąć komuś w twarz. W konsekwencji przestajemy reagować na cokolwiek. Na Boży głos także. Albo hałas staje się cząstką nas. Stajemy się niemi i głusi, popychani bezwolnie przez napierający, zmanipulowany kłamstwem i rozhisteryzowany tłum.

Ale jest i dobry krzyk, ratujący życie, błogosławiony.

Co by się stało, gdyby Bartymeusz nie zauważył obecności Jezusa? Czy do końca życia byłby zdany tylko na ludzką litość, zamknięty w swoim kalectwie? Uratował go krzyk. Podobnie jak Piotra, który chciał chodzić po falach, a gdy zwątpił i zaczął tonąć, zawołał: „Panie, ratuj mnie!” (Mt 14,30). W obu przypadkach był to głos rozpaczy, bezradności. Po ludzku byli bez szans, obaj znaleźli się w apogeum własnej niemocy. I to ich uratowało.

Nie bez znaczenia dla właściwego rozumienia powyższego tekstu Ewangelii jest fakt, że Jezus jest w drodze do Jerozolimy. Idzie, aby dopełniło się dzieło zamierzone przez Ojca. W niedługim czasie z jego ust także wydobędzie się zduszony niemocą krzyk: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46) – w Jego śmierci Bóg „doświadczył”, czym jest umieranie człowieka. W wołaniu wybrzmiała rozpacz wszystkich opuszczonych, samotnych, złamanych cierpieniem, zmieściły się wszystkie oddziały onkologiczne świata, hospicja, placówki aborcyjne, pola bitewne i obozy śmierci… Stał się ich cząstką.

Moment, kiedy nie pozostaje nam już nic innego poza rozpaczliwym krzykiem: „Boże, ratuj! Boże, nie dam rady! To już koniec!”, może stać się błogosławieństwem. Nie musi, ale może. Warunek jest jeden: jeśli w sercu tli się choćby wątły płomyk wiary, nie ma w nim pełnej buntu pychy, arogancji i negacji Boga. Wtedy przywraca nas Stwórcy, ratuje przed wieczną zgubą, podprowadza pod krzyż. Jezus słyszy każde pełne wiary, ufności Bogu wołanie, nawet wtedy, gdy jest nieme, zduszone cierpieniem czy rozpaczą, tak jak usłyszał w jerychońskim zgiełku wołanie Bartymeusza.

Usłyszy ciebie i mnie. Wierzę w to! Dlatego gdy w życiu robi się przeraźliwie ciemno i pusto, wołam: Jezu, ufam Tobie! Jezu, Ty się tym zajmij!… Jezu, ratuj! Wiem, że będę wysłuchany.

Ks. Paweł Siedlanowski