Obudź się, Polsko!
Czwartek, 17 października 2024 (11:34)Ksiądz abp Mieczysław Mokrzycki 16 października wygłosił homilię podczas Mszy św. otwierającej Dni ze św. Janem Pawłem II w sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II.
Umiłowani Bracia i Siostry w Chrystusie Panu!
Drodzy słuchacze Radia Maryja i widzowie Telewizji Trwam!
Święty Paweł kreśli dziś przed nami dwie wizje postępowania, wobec których chrześcijanin musi się opowiedzieć. Z jednej strony to katalog grzechów szczególnie ciężkich. Z drugiej cnót, które budują królestwo Boże na świecie. Są one owocem Ducha Bożego, który w nas działa. Nie można zajmować stanowiska obojętnego. Albo coś jest złem i jest grzechem, albo jest dobrem i zasługuje na uznanie. Pan Jezus w Ewangelii natomiast przestrzega przed grą pozorów w zajmowaniu stanowiska wobec zła. Pokazuje, że w człowieku musi panować wewnętrzna zgodność między tym, co mówi,
i tym, co czyni. Najlepszym przykładem takiej postawy zgodności są święci. Są dzisiaj z nami siostry katarzynki, które przekazują relikwie swojej założycielki Błogosławionej Reginy Protmann miejscowemu sanktuarium.
Szczególnym motywem naszej dzisiejszej modlitwy jest to, że przypada dziś 46. rocznica wyboru naszego wielkiego rodaka Karola Wojtyły na Stolicę Świętego Piotra. Wielki
to był dzień dla Polaków, gdy dowiedzieli się o tym historycznym wydarzeniu. Wielu z nas pamięta tamten czas entuzjazmu, jaki pojawił się w sercach i umysłach: radość przeplatająca się z niedowierzaniem, otucha, której towarzyszyła obawa, czy nic nie będzie zagrażać nowemu Następcy Świętego Piotra. Obawa zresztą uzasadniona,
jak się potem okazało w dniu 13 maja 1981 r. Łzy radości
i szczęścia z jednej strony i złość ludzi przewrotnych i złej woli z drugiej. Ten dzień rozpoczął nowy etap w długim procesie zmagania się z bezbożnym systemem politycznym, etap, który doprowadził do jego upadku. Można by powiedzieć, że dzięki tej drodze wyszliśmy
z egipskiej ziemi niewoli i stanęliśmy na drodze do ziemi obiecanej. Celowo odwołuję się do tego obrazu, bo wydaje się, że jest on proroczy w odniesieniu i do naszej drogi.
Bo kiedy stanęliśmy na progu wolności, postanowiliśmy
tak naprawdę do naszej ziemi obiecanej nie wejść, zniechęceni koniecznością podjęcia wysiłku walki
z zajmującymi ją olbrzymimi Anakitami i innymi ludami symbolizującymi to, co obrzydliwe w oczach Pana, czyli to, co rodzi się z grzechu. Nie wierzyliśmy, że w tej walce Pan Bóg będzie z nami i że On wypleni swoją ręką zło.
Pewnie dlatego trzeba nam przez czterdzieści lat wędrować przez pustynię. Część drogi mamy już za sobą. Powiedziałbym, że mieliśmy szczęście, że Ojciec Święty
Jan Paweł II jak Mojżesz zapalał nam latarnie w ciemności, abyśmy mogli zmierzać do celu. W czasie niemal 27 lat pontyfikatu naszego Papieża przeżyliśmy wiele. Najpierw powstanie „Solidarności” i upadek bloku komunistycznego w Europie, do czego przyczyniło się jego nauczanie.
To wielkie wyzwolenie otworzyło szanse na rozwój
w krajach, w których system ekonomiczny oparty był
na niewolniczym wyzysku tak zwanej klasy pracującej.
Spośród 14 encyklik aż trzy zostały poświęcone przez Papieża bezpośrednio sprawom społecznym związanym
z kwestią robotniczą (Laborem exercens, Sollicitudo rei socialis, Centesimus annus). Sprawiedliwość społeczna była w nich wiodącym motywem, który podejmował. Także krzyk wołający o szacunek i respektowanie prawa do życia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci, jakim była encyklika Evangelium vitae. W szczególności dotyczyła prawa do życia dzieci nienarodzonych. Papież wołał w niej tym samym nieustannym wołaniem, jakie wychodziło z ust Błogosławionego księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Obok przypomnienia przykazania Bożego Nie zabijaj! brzmiała w nim przestroga dla całego społeczeństwa: Naród, który zabija własne dzieci, nie ma przed sobą przyszłości? Dziś jako Naród już wymarliśmy! Tyle w nas siły, że nie jesteśmy w stanie zatrzymać ujemnego przyrostu demograficznego. Może wielu ludzi w Polsce to nie obchodzi, ale trzeba o tym powiedzieć, bo Kościół to obchodzi, dlatego że życie jest największym darem Boga
i znakiem jego błogosławieństwa. A krew niewinnych woła o pomstę do nieba.
Uderzające jest, że najbardziej rozpasana kampania przeciw życiu odbywa się niestety tam, gdzie do miana ludzi nadających ton życia społecznego, pretendują
ludzie wykształceni, politycy, inteligencja? A najwięcej zrozumienia objawiają tu najczęściej ludzie nie zawsze legitymujący się dyplomami akademickimi, ale mądrzy?
Drodzy Bracia i Siostry!
Odwrócenie się od zła, od grzechu można porównać do naszego wyjścia z Egiptu, z domu niewoli. Dokonało się ono między innymi dzięki temu, że lud, który chciał się wybić na niepodległość, miał w Błogosławionym Stefanie
i Świętym Janie Pawle II, Błogosławionym księdzu Jerzym Popiełuszce, jasne punkty odniesienia. Byli oni niczym Boży obłok wiodący lud ku ziemi obiecanej. Oto doszliśmy do jej bram i – jak wspomniałem – zabrakło nam wiary, siły
i woli, że damy radę pokonać to, co obrzydliwe w oczach Pana. Tym, z czym nie może pogodzić się Bóg, jest zło, które nas bierze w niewolę, zło, które rani, wyniszcza, szpeci. Może kiedyś, ktoś z dzieci, wnuków, prawnuków tego pokolenia, bo ja zapewne tego nie dożyję, zada pytanie swemu ojcu, dziadkowi, pradziadkowi, przodkowi: Co wtedy robiłeś? Dlaczego nie starałeś się przynajmniej, aby ocalić swoją, a tym samym i moją wolność.
Co odpowie to pokolenie wobec Boga?
Tak! Do tego poziomu pozwoliliśmy sprowadzić nasze gusta i oczekiwania. My, Naród, który kiedyś miał ambicje być Winkelriedem dla innych nacji, uosobieniem bohatera
w walce o wolność. A dzisiaj ta wolność sprowadza się
do tego, o czym mówi Święty Paweł: „ich bogiem brzuch,
a chwała w tym, czego winni się wstydzić”.
Kiedyś jeden ze współczesnych naszych filozofów
pisał, że wielkość Europy leży w nieustannym jej samokwestionowaniu swoich własnych fundamentów,
na których się zbudowała. Tak się samozakwestionowaliśmy, że nie potrzebujemy
już żadnych fundamentów ani wartości. Myśmy się
wręcz znieprawili, staliśmy się głusi na głos Boży.
W drodze, jaką idziemy, nie chodzi o to, żeby nie stawiać sobie pytań. Kościół nie ma gotowych odpowiedzi na wszystko. Jest również tym, który stara się rozeznać,
co jest z Ducha Bożego, a co nie. Dlatego zasadna będzie zachęta: Młodzi ludzie, starsi ludzie! Stawiajcie pytania!
Starsi! Stawiajcie pytania również młodym! Ale przede wszystkim to pytanie: „Co jesteś w stanie zbudować?”.
Bo to, że jesteś w stanie zanegować wszystko
i wszystkiemu się sprzeciwić, to wiem. Ale co możesz
z siebie dać, czym wesprzeć innych, jakie dobro może wyjść spod Twoich rąk i zrodzić się w Twojej głowie?
Nawet głosować można przeciwko komuś, a nie za,
nie bacząc, nie mając świadomości, jakie wybór niesie za sobą konsekwencje. Można nawet wysiłki na rzecz czyjegoś dobra uznawać za nieuprawnione zło, bo zawsze się znajdzie przepis prawny.
To jest zasadnicze pytanie: Jakie dobro? Moglibyśmy zapytać, jakie dobro przyświecało organizatorom otwarcia igrzysk olimpijskich, że sparodiowali w nich obraz
Ostatniej Wieczerzy. Czy może takie, że jesteśmy
w stanie ośmieszyć wszystko?
Tak, człowiek może ośmieszyć wszystko, ale to właśnie jest zamysł szatana. Wszystko wyszydzić, aby do niczego nie być zobowiązanym. Jest to jednak również świadectwo
o szatanie. On może wszystko sparodiować i ośmieszyć, ale nie jest w stanie zbudować żadnego pozytywnego dzieła, żadnej myśli, żadnej treści. On tylko umie negować to, co dobrego stworzył Bóg i co dobrego istnieje pod słońcem. I właśnie jego naśladowcami są ci, którzy skupiają się na negacji. Przejawem jej jest tak częsty
w internecie hejt. Nie boję się powiedzieć: kto hejtuje
w sieci i gdziekolwiek indziej szatana ma za ojca.
Trzeba o tym mówić. Nam nie wolno o tym nie mówić.
Ale jeśli ktoś mówi, czy będzie dzielić los Jeremiasza,
który wołał przez lata: „Nawróćcie się”? I wołał na próżno?
Słuchajcież tego, narodzie nierozumny i bezmyślny,
co ma oczy, a nie widzi, uszy, a nie słyszy.
Nie boicie się Mnie […].
Naród ten ma serce oporne i buntownicze;
stają się oni odszczepieńcami i odchodzą.
Nie powiedzieli w swych sercach:
„Chcemy bać się Pana, Boga naszego,
który daje w swoim czasie deszcz wczesny i późny,
który zapewnia nam ustalone tygodnie żniw”.
Wasze grzechy to zniweczyły,
a wasze występki pozbawiły was dobrobytu (Jr 5,21-25).
Tak z bólem woła prorok Jeremiasz. Dobrobyt wydaje się dziś jednym ze słów kluczowych. Trzeba wszak pamiętać,
że i on jest owocem wolności. W zamysł Boży wpisana jest wolność człowieka. Taka wolność jest wolnością na wzór samego Boga. To znaczy taka, w której nie ma miejsca na wybór między dobrem a złem, jedynie wolność w wyborze realizowanego dobra. Nieszczęściem człowieka jest to,
że w mocy jego pozostaje również możliwość wyboru zła. Dziś legitymuje się swoją postawę subiektywnym poczuciem: „Czynię tak, bo w tym widzę swoją wolność”. Jeśli jednak nie ma ona na celu dobra ani wyższej normy, do której można by się było odwołać i która weryfikowałaby, czy moje postępowanie jest dobre,
to pozostaje tylko jedno kryterium: wola jednostki
i prawo siły.
Dla chrześcijanina normą jest Ewangelia. Ci, którzy spierali się z Chrystusem, legitymowali słuszność swojego widzenia rzeczywistości, mówiąc: Ojcem naszym jest Abraham. Rzekł do nich Jezus: Gdybyście byli dziećmi Abrahama,
to byście pełnili czyny Abrahama (J 8,39). Czy nie opisuje to naszej rzeczywistości? Po owocach poznaje się drzewo. Gdyby Abraham był naszym ojcem w wierze, a Chrystusa mielibyśmy za nauczyciela, nie byłoby tej mowy nienawiści, próżnych sporów, swarów i waśni, o których wspomina Święty Paweł. Szukalibyśmy dobra i chwały Bożej, bo tylko tam jest prawdziwa wielkość człowieka
i prawdziwe jego dobro.
A przecież, jak wielkimi i wspaniałymi się okazujemy, niosąc pomoc innym! Widać i dobro. Ono także woła do nieba. Woła o łaskę. Ogromna tragedia dotknęła wielu ludzi, kiedy nadeszła kolejna wielka powódź. Wielu z nich woda odebrała życie, jeszcze liczniejszym domy i majątek, wewnętrzny spokój. Wywołało to u wielu odruch serca,
o którym nie można mówić bez wzruszenia, tak jak
nie można mówić bez wzruszenia o cierpieniach poszkodowanych przez powódź. Być może tego nas to nieszczęście nauczy, że jeśli mamy na kogoś liczyć, to przede wszystkim na siebie wzajemnie. To już jest znakiem działania Boga w nas. To znak prawdziwej solidarności,
o której tak często mówił Jan Paweł II. To też daje nadzieję, że wzmocnimy się naszej wędrówce do ziemi obiecanej.
Docierało do mnie wiele relacji o powodzi. Niestety, również o żalu, który pozostaje w ludziach. W wielu przypadkach zostali pozostawieni samym sobie, między innymi dlatego, że wysiłki instytucjonalne okazały się niewystarczające. Zawsze można wyjść z założenia,
że ludzie jakoś sobie poradzą.
Dobrze, że ludzie z różnych stron Polski organizowali
się do pomocy. Pomogli wyżywić nie tylko powodzian, którzy potracili wszystko, ale i żołnierzy, i strażaków,
i wolontariuszy, i każdego, kto tylko spieszył z pomocą.
A jaką pomoc było w stanie zapewnić państwo? Czy to możliwe, żeby państwo nie miało zapasów na czas takiego kryzysu?! Może je ma, tyle że nie jest w stanie ich dostarczyć potrzebującym. To właściwie tak, jakby
ich nie miało.
Kształt życia społecznego jest zależny od tego, czym się
w nim kierujemy. Ojciec Święty u progu swojego pontyfikatu wołał:
Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi!
Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek.
On jeden to wie!
W Kościele pokładamy nadzieję, że mimo wszystko, mimo swej słabości został przez Ducha Bożego obdarzony siłą, która może nas z tego zaklętego kręgu niemocy wyrwać. Bo jest ciałem, które organizuje się wokół dobra, wokół Zbawiciela, wokół Boga. To prawda, że i Kościół poddany jest słabości, a jej symptomów i prasa nie omieszka ukazać. W prezentowanym przez nią obrazie można widzieć przede wszystkim skandale. Zło jest bardziej krzykliwe. Są one bolesne, ale też oczyszczające. Lepsza najgorsza prawda niż najlepsze kłamstwo. Jeden z naszych profesorów mawiał: „Jakie społeczeństwo, takie duchowieństwo”. Dlatego też wobec wyzwań dzisiejszego świata troska o formację kandydatów do kapłaństwa powinna być zdwojona. Lepiej, żeby ktoś księdzem nie został, niż żeby miał być powodem zgorszenia. Dziś trzeba światłych, Bożych kapłanów i wykształconych teologicznie, i humanistycznie, aby móc wyjść naprzeciw człowiekowi niosącemu w sobie różne pytania i wątpliwości, mogących dać prawdziwy pokarm duchowy, nawet jeśli go przyjmą nieliczni, a nie takich, którzy mają głowy pozatruwane tym samym, co ludzie wokół nich. To też było troską Papieża.
Chciał, aby kapłani Kościoła byli przede wszystkim świadkami wiary i ludźmi pełnymi wiedzy o człowieku. Odwoływał się często do słów proroka Malachiasza:
„Usta kapłana głoszą mądrość”. Był niezwykle wdzięczny szkole i ludziom, którzy go uczyli, że zaszczepili w nim miłość do Ojczyzny, do literatury, do kultury.
W Wadowicach cytował z pamięci fragmenty Antygony, kochał poezję Norwida, wielkiego chrześcijańskiego myśliciela, odwoływał się do wspaniałej, choć czasem
i tragicznej naszej historii.
Cóż dziś powiedzieć wobec tego, że odpowiedzialni
za polskie szkolnictwo wyrzekają się tego wszystkiego,
co w naszej historii i kulturze wielkie i wspaniałe, wobec tego, że odcina się korzenie, które świadczą o naszej tożsamości i tysiącletniej chrześcijańskiej kulturze. Wszak jesteśmy chyba jedynym przykładem Narodu, którego historia rozpoczyna się wraz z chrztem. Wolno się z nią
nie utożsamiać, ale nie wolno nie respektować. Jeśli odetniemy swoje korzenie, okaże się, że jesteśmy nikim
i że nie zasługujemy na szacunek innych.
Pamiętam, że kiedy chodziłem do szkoły w czasach PRL-u, urządzono akademię pod hasłem „nasza Ojczyzna ma
XXX lat”, a było to już po obchodach 1000-lecia chrztu Polski. Nie pierwszy raz więc próbuje się przekreślać nasz rodowód, to, co stanowi o tym, kim jesteśmy. Można się odciąć od tego, co uznają ojciec i matka, ale i tak czyimś dzieckiem się jest. Oni są zapisani w naszych genach. Ale przyjdzie czas, że kiedy synowi marnotrawnemu obrzydnie pokarm obczyzny, powróci do domu ucieszyć się tym,
co w nim ma.
Jeszcze odwołam się do swego doświadczenia ze szkoły.
Na korytarzach szkolnych były między innymi takie napisy: „Łatwo jest dla Ojczyzny żyć, trudniej umierać za nią, jeszcze trudniej pracować dla niej”. Mimo wszystko było coś prawdziwego w tych hasłach. Dzisiejsza szkoła mówi: „nie przejmujcie się pracą!”, No cóż! W domu mawiało się „bez pracy nie ma kołaczy”.
Czy komuś zależy na tym, żeby szkołę kończyli ludzie nie tylko nieumiejący stawiać pytań i dążyć do wiedzy, ale tacy, którym nawet nie chce się postawić pytania? Szkoła zamiast rozwijać człowieka przez umiejętne dostarczanie wiedzy i budzenie ciekawości świata, staje się instytucją formującą ludzkie konserwy – puszki, które coś zawierają, ale nie przepuszczają nic ze środka na zewnątrz, ani
z zewnątrz do środka. Mówi się im: bądźcie, jacy chcecie być, tylko nie kierujcie się tym, co mówi Bóg.
Każdy rodzic gotówby od niemowlęcia dać swojemu dziecku, co najsmaczniejsze i najzdrowsze, ale gdy idzie
o dobro wieczne, trwałe, nieusuwalne, o wiarę w Boga,
o to, co stanowi o sensie życia, niejeden mówi:
„jak dorośnie to wybierze”. To nie daj swojemu dziecku normalnego jedzenia, witamin, odżywek… Poczekaj,
aż dorośnie! Nabawi się krzywicy i zostanie mu na całe życie. Rodzice! Nie okaleczajcie swoich dzieci! Szkoło, dawaj uczniom wartościowy pokarm! Taki, jaki dostawał Jan Paweł II i pod względem ducha wyrósł na olbrzyma.
Nie śmiem przypuszczać, żeby komuś zależało na tym,
aby uczeń był odcięty od fundamentalnych pytań o wiarę, o to, co znaczy być człowiekiem, aby nie poznawał, jaką odpowiedź próbowali dawać na te pytania ci, którzy go poprzedzili w przeszłości. Ale to są pytania człowieka wolnego: „kim jestem?”, „po co żyję?”, „dokąd zmierzam?” „czego mnie uczy historia?”, „czym jest piękno?”, „jakie są ruchy gwiazd?”. Nie wolno było w dawnych czasach, żeby takie pytania stawiał niewolnik, bo był on zwykle tylko siłą roboczą, która miała produkować, zapewniać byt panom, którzy byli jego właścicielami.
Czy do takiej roli ma być sprowadzone nasze społeczeństwo? Wydajnej maszyny do produkcji, której wystarczy dla odpoczynku poleżeć na kanapie i popatrzeć na niewybredny program w telewizji? Nie tak widział naszą przyszłość Papież! Bardzo obchodził go nasz stan pod względem wiary, ale i pod względem tego, jak piękne
może być w nas to, co ludzkie.
W przywołanej już przeze mnie homilii na inaugurację swojego pontyfikatu Ojciec Święty odwołał się między innymi do literackiego obrazu z powieści Henryka Sienkiewicza. Kiedy Święty Piotr opuszcza Wieczne Miasto, uchodząc przed prześladowaniem, widzi Chrystusa zmierzającego w kierunku Rzymu i pyta: „Quo vadis, Domine?” – Dokąd idziesz, Panie?. To pytanie
pozostawało w Ojcu Świętym zawsze, ale skierowane
było do Narodu: „Dokąd idziesz, Polsko?”. Nie dawało
mu spokoju i bolało, kiedy słyszał, ile nienarodzonych dzieci się zabija, kiedy stłumiono niosące nadzieję światło „Solidarności” oznaczającej, że zawsze jeden z drugim,
a nigdy jeden przeciw drugiemu, kiedy przykazania
Boże się lekceważy, a nawet się z nich szydzi.
Czy i my w dniu rocznicy jemu poświęconej nie powinniśmy postawić sobie tego pytania: „Quo vadis?”
– Dokąd idziesz, Polsko? Czy nie powinniśmy na nowo wsłuchać się w ten głos Papieża, w którym słychać było doświadczenie miłości rodzinnego domu, tragizmu wojny,
a mimo to wiary w człowieka, nadziei i siły, jaką niesie
ze sobą Ewangelia, bliskości z Bogiem i zachwytu pięknem, jakie się w nim odkrywa? Może to czas, aby w obliczu niebezpieczeństwa zawołać: Tato, mamo, obudźcie się! Polsko, obudź się!
Może dużo było w dzisiejszym obrazie ciemnych barw,
ale jak napisała znana autorka: Podobno nic na świecie
nie jest tak zepsute, żeby Pan Bóg nie mógł tego naprawić. Módlmy się o Jego błogosławieństwo i pomoc dla nas i dla całej Ojczyzny za wstawiennictwem Jego świętego Sługi, Jana Pawła II i tych świętych i błogosławionych, których nam Pan Bóg dał jak latarnie dla oświetlenia naszej drogi!
Amen!
ks. abp Mieczysław Mokrzycki, metropolita lwowski