W obliczu tragedii ludzie się wspierają
Poniedziałek, 16 września 2024 (15:23)Z ks. Krzysztofem Maciejakiem, proboszczem parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Moszczance na Opolszczyźnie rozmawia Jacek Sądej.
Burmistrz Prudnika Grzegorz Zawiślak wzywał w ostatni weekend mieszkańców Moszczanki, Łąki Prudnickiej i części Prudnika przyległej do rzeki Złoty Potok do ewakuacji. Zagrożeni zalaniem mogli znaleźć schronienie m.in. w szkole w Łące Prudnickiej oraz Szkolnym Schronisku Młodzieżowym „Dąbrówka”. Jak teraz wygląda sytuacja?
– Rzeka górska jest nieobliczalna. Nie wiadomo, czego się należy spodziewać w tak niebezpiecznej sytuacji i co się może wydarzyć. I w związku z obawami związanymi z możliwością przerwania tamy burmistrz wolał podjąć decyzję, żeby jednak ewakuować ludzi. Bo co by się wydarzyło, gdyby poszła 8-metrowa fala? To było zagrożenie życia i zdrowia ludzkiego, nie mówiąc już nawet o mieniu. Niedzielny alarm, że mamy wszyscy się ewakuować w bezpieczne miejsce ze względu na zagrożenie przelania się zbiornika w Jarnołtówku, był więc uzasadniony. Trochę ludzi zostało, ale większość pojechała i została ulokowana m.in. w Prudniku i na Chocimiu: mieszkańcy Łąki Prudnickiej, Moszczanki, Pokrzywnej i Jarnołtówka. Natomiast w tej chwili wygląda to tak, że wszystko się normuje, rzeka wraca do koryta. Służby monitorują wszystko: stan dróg, które są pozrywane, także niebezpieczne miejsca i sytuacje, tak by nikomu nie stała się krzywda. Natomiast oficjalnego pozwolenia związanego z powrotami do domów nie ma. Trzeba w tym miejscu podziękować strażakom, sołtysom z Moszczanki i z Łąki Prudnickiej oraz wszystkim osobom, które przyczyniły się do utrzymania bezpieczeństwa.
Co w tej chwili dzieje się na miejscu?
– Czekamy, aż opadnie woda, zniknie z piwnic i będzie można podjąć akcję sprzątania. Dopóki jednak wypuszczają wodę z tamy, to nie będzie pozwolenia na powroty do domu.
A jak wygląda kwestia transportu?
– Główne drogi są przejezdne – do Prudnika i w stronę Opola. Służby na razie czekają, aż woda opadnie, żeby zacząć szacować straty i rozpocząć porządkowanie. Nie ma nadal prądu, więc to działanie jest utrudnione.
W jaki sposób zareagowali mieszkańcy, parafianie na postępujące zagrożenie powodziowe?
– Oni są nauczeni doświadczeniem z 1997 roku, ponieważ wiele osób pamięta tamten czas. W tym roku woda była większa niż w pamiętnym 1997 roku, dlatego tym bardziej rosło przerażenie ludzi. Człowiek jest tutaj właściwie bezradny, bo nie da się żywiołu zatrzymać, nie ma siły, która mogłaby to zrobić. Ludzie, którzy mieszkali nad samą rzeką, uciekli wyżej, bo bali się, że nie przetrwają nocy. Zresztą w takim przypadku sytuacja może się zmienić w każdej chwili i tutaj trzeba po prostu pilnować wszystkiego. Jednak ci, którzy mogli, uciekali po prostu na wyżej położone tereny: do swoich rodzin, znajomych czy sąsiadów, którzy mieszkają w bezpieczniejszej lokalizacji.
Spotkanie z żywiołem to traumatyczne doświadczenie?
– Jeśli chodzi o tego typu odczucie, chociażby przerażenie, to mieszkańcy pamiętają 1997 rok, dlatego tym bardziej tutaj nikt tego nie bagatelizuje.
Jak to aktualnie przekłada się na życie parafii i jak z tym dramatem radzą sobie parafianie?
– W związku z zaistniałą sytuacją kościół był zamknięty w sobotę, niedzielę i w poniedziałek. Widać jednak, że parafianie się zbierają. Pomagają sobie, przyjmują potrzebujące rodziny do swoich domów.
Czyli w obliczu trudności widać, że Naród potrafi się jednoczyć i udzielać wsparcia w poczuciu wspólnoty?
– Tak, jeśli chodzi o taką solidarność międzyludzką, jest to bardzo widoczne. W takiej sytuacji ludzie nawzajem się wspierają i rozumieją. Nawet sąsiedzkie spory, różne konfliktowe sprawy, dawne urazy w obliczu tej tragedii schodzą na bok.