• Piątek, 24 kwietnia 2026

    imieniny: Grzegorza, Fidelisa

W obliczu tragedii ludzie się wspierają

Poniedziałek, 16 września 2024 (15:23)

Z ks. Krzysztofem Maciejakiem, proboszczem parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Moszczance na Opolszczyźnie rozmawia Jacek Sądej.

Burmistrz Prudnika Grzegorz Zawiślak wzywał w ostatni weekend miesz­kańców Moszczanki, Łąki Prudnickiej i części Prudnika przyległej do rzeki Złoty Potok do ewakuacji. Zagrożeni zalaniem mogli znaleźć schronienie m.in. w szkole w Łące Prudnickiej oraz Szkolnym Schronisku Młodzie­żowym „Dąbrówka”. Jak teraz wygląda sytuacja?

– Rzeka górska jest nieobliczalna. Nie wiadomo, czego się należy spo­dziewać w tak niebezpiecznej sytuacji i co się może wydarzyć. I w związku z obawami związanymi z możliwością przerwania tamy burmistrz wolał pod­jąć decyzję, żeby jednak ewakuować ludzi. Bo co by się wydarzyło, gdyby poszła 8-metrowa fala? To było za­grożenie życia i zdrowia ludzkiego, nie mówiąc już nawet o mieniu. Nie­dzielny alarm, że mamy wszyscy się ewakuować w bezpieczne miejsce ze względu na zagrożenie przelania się zbiornika w Jarnołtówku, był więc uzasadniony. Trochę ludzi zostało, ale większość pojechała i została uloko­wana m.in. w Prudniku i na Chocimiu: mieszkańcy Łąki Prudnickiej, Mosz­czanki, Pokrzywnej i Jarnołtówka. Na­tomiast w tej chwili wygląda to tak, że wszystko się normuje, rzeka wraca do koryta. Służby monitorują wszystko: stan dróg, które są pozrywane, także niebezpieczne miejsca i sytuacje, tak by nikomu nie stała się krzywda. Na­tomiast oficjalnego pozwolenia zwią­zanego z powrotami do domów nie ma. Trzeba w tym miejscu podziękować strażakom, sołtysom z Moszczanki i z Łąki Prudnickiej oraz wszystkim oso­bom, które przyczyniły się do utrzy­mania bezpieczeństwa.

Co w tej chwili dzieje się na miejscu?

– Czekamy, aż opadnie woda, zniknie z piwnic i będzie można podjąć akcję sprzątania. Dopóki jednak wypuszczają wodę z tamy, to nie będzie pozwolenia na powroty do domu.

A jak wygląda kwestia transportu?

– Główne drogi są przejezdne – do Prudnika i w stronę Opola. Służby na razie czekają, aż woda opadnie, żeby zacząć szacować straty i rozpocząć po­rządkowanie. Nie ma nadal prądu, więc to działanie jest utrudnione.

W jaki sposób zareagowali miesz­kańcy, parafianie na postępujące za­grożenie powodziowe?

– Oni są nauczeni doświadczeniem z 1997 roku, ponieważ wiele osób pamięta tamten czas. W tym roku woda była większa niż w pamiętnym 1997 roku, dlatego tym bardziej rosło przerażenie ludzi. Człowiek jest tutaj właściwie bezradny, bo nie da się ży­wiołu zatrzymać, nie ma siły, która mogłaby to zrobić. Ludzie, którzy mieszkali nad samą rzeką, uciekli wy­żej, bo bali się, że nie przetrwają nocy. Zresztą w takim przypadku sy­tuacja może się zmienić w każdej chwili i tutaj trzeba po prostu pilnować wszystkiego. Jednak ci, którzy mogli, uciekali po prostu na wyżej położone tereny: do swoich rodzin, znajomych czy sąsiadów, którzy mieszkają w bez­pieczniejszej lokalizacji.

Spotkanie z żywiołem to traumatyczne doświadczenie?

– Jeśli chodzi o tego typu odczucie, chociażby przerażenie, to mieszkańcy pamiętają 1997 rok, dlatego tym bardziej tutaj nikt tego nie bagatelizuje.

Jak to aktualnie przekłada się na życie parafii i jak z tym dramatem radzą sobie parafianie?

– W związku z zaistniałą sytuacją kościół był zamknięty w sobotę, niedzielę i w poniedziałek. Widać jednak, że pa­rafianie się zbierają. Pomagają sobie, przyjmują potrzebujące rodziny do swo­ich domów.

Czyli w obliczu trudności widać, że Naród potrafi się jednoczyć i udzielać wsparcia w poczuciu wspólnoty?

– Tak, jeśli chodzi o taką solidarność międzyludzką, jest to bardzo widoczne. W takiej sytuacji ludzie nawzajem się wspierają i rozumieją. Nawet sąsiedzkie spory, różne konfliktowe sprawy, dawne urazy w obliczu tej tragedii schodzą na bok.

Dziękuję za rozmowę

Jacek Sądej