Paradygmat kozła ofiarnego
Wtorek, 23 kwietnia 2013 (02:15)Społeczne lekceważenie ofiary życia żołnierza rodzi negatywne skutki dla rodziny. W przypadku ofiar takich jak załoga rozbitego w Smoleńsku Tu-154M dochodzi jeszcze atmosfera nagonki i oskarżeń.
– Kiedy coś się wydarzy, zaczyna się szukać winnych. Próbuje się znaleźć kozła ofiarnego. Nawet nie po to, żeby go ukarać, ale by zmniejszyć poczucie własnej winy i zaniedbań w systemie – mówi dr Radosław Tworus, kierownik Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie. To zespół tej kliniki pracuje nad profilem psychologicznym załogi Tu-154M, zleconym przez prokuraturę.
Rodziny poległych na służbie polskich żołnierzy z goryczą patrzą na rangę nadawaną pamięci o ich kolegach w armiach państw Zachodu. W Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii bliscy tych, którzy oddali życie za ojczyznę, bez względu na czas i okoliczności są otaczani troską państwa, cieszą się społecznym uznaniem, ku ich czci są organizowane uroczystości z udziałem najwyższych władz. W Polsce ofiara tych, którym już nie było dane wrócić z misji, jest niedoceniana.
– Inaczej przeżywają żałobę matki i żony żołnierzy. Rodzi się potrzeba sublimacji tego zdarzenia. Przecież on nie mógł zginąć niepotrzebnie. Jeśli zginął, to ma to jakiś sens. Pojechał tam nie jako najemnik, żeby się dorobić, ale jako reprezentant państwa z woli jego najwyższych władz. A więc nie może to być ani zapomniane, ani strywializowane. W Polsce te misje nie są traktowane w kategoriach racji stanu, a przecież oni walczą także w polskim interesie, chociaż nie tak bezpośrednio. To, że starają się wykonywać jak najlepiej swoją pracę, nie wystarczy – mówią psychiatrzy wojskowi, na co dzień udzielający pomocy żołnierzom i ich rodzinom. To samo dotyczy osób, które wprawdzie wracają żywe, ale z poważnymi problemami i urazami.
MON tnie program
Sami żołnierze rzadko używają górnolotnych określeń takich jak „służba Polsce”, ale żal im, że w odbiorze społecznym nie ma to takiego wydźwięku. – Nagła strata osoby młodej jest odbierana zawsze przez rodziny podobnie. Oczywiście ma znaczenie, w jakich okolicznościach zginął, że zginął w walce, w jakiejś słusznej sprawie. Niedocenianie jego ofiary wywołuje równie przykre skutki u rodzin – tłumaczy dr Radosław Tworus. W przypadku takich ofiar jak załoga rozbitego w Smoleńsku Tu-154M dochodzi jeszcze atmosfera nagonki i oskarżeń o złe przygotowanie, błędy czy wręcz spowodowanie katastrofy.
W 2010 r. rząd wydał rozporządzenie „Narodowy Program Zdrowia Psychicznego” na pięć lat. Jeden z segmentów tego programu należy do właściwości ministra obrony narodowej. – W jego ramach zarezerwowano środki w wysokości jednego miliona złotych rocznie, z czego 250 tys. na inwestycje, a 750 tys. na prewencję, badania zagrożeń, epidemiologii samobójstw, zaburzeń depresyjnych itd. – mówi założyciel kliniki płk prof. Stanisław Ilnicki. Okazuje się jednak, że w 2011 r. z tej kwoty nie wydano ani złotówki. W następnym roku klinika Ilnickiego uzyskała pewną sumę na kurs dla psychologów, lekarzy i kapelanów wojskowych. Udało się odbyć tylko jeden turnus, mimo ogromnej popularności resort zablokował program.
Dłuższa nieobecność w domu żołnierza – syna, męża i ojca – może wpłynąć na rodzinę dezintegrująco. Po powrocie z misji potrzebna jest odbudowa związku. – Spotykają się ludzie, którzy patrzą na siebie innymi oczami. Powrót do domu to nie jest przejście z pokoju do pokoju, ale do zupełnie innych konstelacji zdarzeń, wartości, sytuacji, ludzi – wyjaśnia profesor Ilnicki. Stres bojowy występuje u wszystkich uczestników misji bojowych w różnym nasileniu. Jego źródłem są czynniki stresogenne (stresory) występujące w strefie działań wojennych: lęk przed zranieniem, śmiercią, trudne warunki klimatyczne, obce kulturowo środowisko, tęsknota za rodziną, obciążenia związane z misją, wysiłkiem, niedoborem snu. Gdy działanie tych bodźców przekroczy możliwości adaptacyjne żołnierza, pojawia się u niego tzw. stres traumatyczny, forma urazu bojowego. Jego następstwem jest zespół stresu potraumatycznego (PTSD). Jego główne objawy to uporczywe reminiscencje związane z traumatycznym przeżyciem, koszmary senne, unikanie rozmów i sytuacji, które przypominają doznany uraz. Szczególnie przykre dla bliskich są wahania nastroju żołnierza, drażliwość, wybuchy złości, agresji, nadużywanie alkoholu.
Rodzina żołnierza lub weterana nie potrafi zazwyczaj właściwie ocenić jego zmienionego zachowania, jest skłonna obwiniać się o niewłaściwą opiekę nad nim, podczas gdy bliscy są zupełnie niewinni, a chodzi o problem wymagający profesjonalnej interwencji psychiatry, często połączonej z pobytem w specjalistycznym ośrodku zamkniętym. Pomocy według szacunków specjalistów potrzebuje 5-10 proc. żołnierzy po misjach bojowych za granicą.
Problemem tego rodzaju zaburzenia jest uporczywa negacja zauważanej przez najbliższych nieprawidłowości zachowania i oskarżanie ich. – Często żołnierz trafia do kliniki, gdy objawy się nasilą, gdy nie może już normalnie funkcjonować. Niekiedy dopiero pod groźbą żony, że jeśli nie podejmie leczenia, małżeństwo się rozpadnie – opowiada prof. Ilnicki. W takich sytuacjach pomocy psychologicznej potrzebują też rodziny.
Żołnierze rzadko zgłaszają się ze swoimi problemami do psychologów we własnych jednostkach z obawy o obmowę i stygmatyzację w małych środowiskach niewielkich społeczności, na przykład garnizonów leśnych. Zaledwie 2 proc. żołnierzy po stwierdzeniu objawów PTSD samodzielnie deklaruje chęć poddania się terapii. Wynika to z mentalności wojskowych. – Żołnierz jest twardy. Do słabości przyznają się tylko ci, którzy się do niczego nie nadają. Ma zapewnić opiekę społeczeństwu, rodzinie, a nie zajmować swoimi słabościami, według takich zasad są wychowywani – mówi dr Tworus.
Cień wojownika
Odrębnym zagadnieniem są problemy psychiczne weteranów. – Jesteśmy u progu problemów, z którymi mają do czynienia inne kraje w większej skali. Już teraz perspektywy życiowe postrzegane przez żołnierzy są gorsze niż średnie dla ich populacji – ocenia Stanisław Ilnicki. Wiąże się to m.in. ze zbliżaniem się końca dwunastoletniego kontraktu u pierwszych roczników korpusu szeregowych zawodowych. – Człowiek nagle z wysoko wyspecjalizowanego i cenionego fachowca w wykonywaniu zadań za granicą musi zetknąć się ze środowiskiem cywilnym. Przez 12 lat nie martwił się o swoją przyszłość i funkcjonowanie swoje i rodziny, nagle zderza się z brutalną rzeczywistością rynku pracy. I z tego supermana, wojownika zostają tylko wspomnienia, a w życiu następuje zagubienie – mówi mł. chor. sztabowy w stanie spoczynku Tomasz Kloc, prezes Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza Granicami Kraju.
Resort obrony tych zagrożeń zdaje się nie widzieć. Samobójstwa poza służbą i po jej zakończeniu nie są przedmiotem badań ani zainteresowania odpowiednich komórek MON. Doktor Tworus ma nadzieję na powstanie narodowego programu opieki nad weteranami i ich rodzinami, z czym wiązałoby się uruchomienie pewnych środków. – Ustawa o weteranach w przypadku psychiatrii w ogóle się nie sprawdza – zaznacza. – Przykro nam z tego powodu. To nie jest tak, że żołnierz to jest tylko ten w mundurze, w trakcie służby zawodowej. To także ten w rezerwie, w stanie spoczynku. Wojskowa administracja powinna się nimi interesować, odnotowywać każdy incydent, przypadek samobójstwa i je analizować – dodaje Tomasz Kloc. To pozwoliłoby poznać realną skalę zjawiska. – Musimy wiedzieć, jakie są rzeczywiste koszty wojny. Nie tylko zabici, ranni, ale też skutki społeczne – podsumowuje prof. Stanisław Ilnicki.
Po likwidacji służby zasadniczej ogólna średnia ilość samobójstw spadła z 17 do 11 przypadków rocznie, czyli mniej niż wśród cywilów w tym samym wieku. Jednak obecnie są to niemal wyłączne żołnierze po jednej lub kilku misjach zagranicznych. Statystyka nie obejmuje weteranów po zakończeniu służby.
– Do 2009 r. śledztwa w sprawie nagłych śmierci prowadziły prokuratury wojskowe. Prokuratury wojskowe z racji zainteresowań pozaprocesowych (w tym profilaktycznych) starały się dociec, na ile to jest możliwe, etiologii zdarzenia: motywów, okoliczności. Obecnie, jeżeli samobójstwo ma miejsce poza jednostką wojskową, śledztwa prowadzą prokuratury cywilne, które trzymają się ściśle przepisów, to znaczy chodzi im tylko o to, czy ktoś pomagał, podżegał do samobójstwa. Nie dociekają głębszych przyczyn. Nie przesłuchują nawet dowódcy jednostki czy psychologa jednostki. A to, że nie było przestępstwa, nie zamyka sprawy – tłumaczy profesor Ilnicki. Klinika prowadzi badania tych zjawisk, także dla celów związanych z postępowaniami odszkodowawczymi względem wojska. Wkrótce ma przy niej powstać Oddział Ekspertyz Psychiatrycznych i Psychologicznych. W zakresie badania przypadków samobójstw Naczelna Prokuratura Wojskowa udzieliła mu już pewnych pełnomocnictw.
Piotr Falkowski