Bomby w pobliżu klasztoru
Piątek, 23 sierpnia 2024 (16:02)„Żyjemy między dwoma ogniami. Z jednej strony izraelskie bomby, a z drugiej Hezbollah ze swoimi rakietami” – opowiada przełożony klasztoru Franciszkanów w Tyrze.
Ojciec Toufic Bou Mehri wyznał, że „strach jest wielki” i często słyszy krzyki zdesperowanych Libańczyków, którzy mają już dość i są przerażeni możliwością eskalacji konfliktu.
Franciszkanin opowiedział o życiu chrześcijan w miasteczku Deir Mimas. Leży ono nad rzeką, która schodzi ku dolinie, w której ukrywają się bojówkarze Hezbollahu. Miasteczko znajduje się 2 km od izraelskiego miasta Metula i sąsiedniego Kyriat Shmona, tuż przy granicy między Izraelem a Libanem.
Między dwoma ogniami
Miasteczko liczy ok. 3 tys. mieszkańców, chrześcijan różnych wyznań – łacińskich katolików, grekokatolików, prawosławnych i protestantów. Kiedyś połowa z nich mieszkała tam cały rok. Dziś, z powodu wojny, pozostało tylko 180 osób. Co może ich czekać – mówi leżące nieopodal miasto Kfarkela, prawie całkowicie zrównane z ziemią przez bombardowania.
Ojciec Toufic Bou Mehri powiedział włoskiej agencji SIR, że „pomimo rakiet i bomb” przynajmniej raz w tygodniu dojeżdża do chrześcijan w Deir Mimas. Miasteczko oddziela od Tyru 30 km. Dla garstki wiernych odprawia niedzielną Eucharystię, wszystkim potrzebującym dostarcza świeże warzywa i owoce. „Dzięki moim współbraciom z Kustodii Ziemi Świętej pomagamy także tym, którzy schronili się w Bejrucie z powodu wojny. Potrzeby są ogromne” – podkreślił franciszkanin. Wyznał, że wśród ludzi panuje wielki strach i ogromna niepewność o przyszłość.
Krzyże na domach obroną przed złem
„Panorama Deir Mimas coraz bardziej jest naznaczona słupami dymu unoszącymi się po każdym wybuchu bomby i rakiety wystrzelonej między armią izraelską a bojówkami Hezbollahu” – podkreślił o. Toufic Bou Mehri. Zauważył, że krzyże, które zdobią domy i pola tamtejszych chrześcijan, są jak obrona przed złem i „akt zawierzenia Bogu” całej wioski. Franciszkanin powiedział, że w poprzednich tygodniach rakiety i bomby spadały na pola, teraz skróciły zasięg ostrzału i w ostatnich dniach spadły kilkaset metrów od pierwszych domów i małego franciszkańskiego klasztoru. Zakonnik wyznał, że coraz trudniej jest mu wierzyć w sukces prowadzonych negocjacji. „Patrząc na to, co się dzieje wokół nas, widzimy, że jak dotąd są one bezskuteczne” – powiedział.
Zatrute pola i gaje oliwne
Kto tylko mógł, opuścił te obszary i udał się do Bejrutu. Spalone pola nie dają nadziei na plony, a tym bardziej bezpieczną przyszłość. „W miasteczku zostali ludzie najbiedniejsi i najbardziej bezbronni. Jednak od kilku tygodni obserwujemy powrót niektórych rodzin, które nie są w stanie utrzymać się w stolicy Libanu. To ważna decyzja: wybrać godną śmierć w wiosce, w której się urodziliśmy, a nie głodować na wygnaniu” – podkreślił zakonnik.
W Kraju Cedrów ponad 120 tys. Libańczyków zostało wysiedlonych z obszarów przygranicznych z Izraelem. „Pozostali tam praktycznie ci, którzy nie mieli pieniędzy, by gdzieś wyjechać” – powiedział o. Toufic Bou Mehri. Franciszkanin wyznał, że Libańczycy nie radzą sobie z ogromnym kryzysem gospodarczym, ale też z koniecznością utrzymywania 2 mln syryjskich uchodźców i 500 tys. Palestyńczyków. „Brakuje wszystkiego, nawet bezpieczeństwa. Ludzie żyją w ciągłym strachu. Krzyczą «dość!», bo nie mogą już tego znieść” – powiedział franciszkanin. Zauważył, że zwłaszcza mieszkańcy południowego Libanu zastanawiają się, dlaczego muszą płacić rachunek za wojnę w Strefie Gazy, której nikt nie chce. „Oni chcą po prostu żyć w pokoju i z godnością. Nie proszą o nic więcej” – podkreślił zakonnik z franciszkańskiej Kustodii Ziemi Świętej.