• Sobota, 25 kwietnia 2026

    imieniny: Marka, Jarosława, Erwiny

Rozbrajania polskiej armii ciąg dalszy?

Sobota, 10 sierpnia 2024 (19:52)

Z prof. Romualdem Szeremietiewem rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak odbiera Pan czystki w Wojsku Polskim? Po gen. Jarosławie Gromadzińskim ze stanowiskami pożegnali się generałowie: Robert Głąb, Ryszard Parafianowicz, Roman Kopka i Grzegorz Skorupski.

– Za rządów Zjednoczonej Pawicy stanowiska generalskie w Wojsku Polskim obejmowali oficerowie Rzeczypospolitej, którzy kończyli studia na uczelniach NATO-owskich, którzy mieli też doświadczenie, jeśli idzie o dowodzenie zdobyte na operacjach, jakie nasze wojsko wykonywało w ramach misji NATO. Czasami się mówi, że poprzednicy obecnej władzy też usuwali generałów ze stanowisk. Z tym że to nie to samo. To jest retoryka, która ma przykryć czy usprawiedliwić działania ekipy Donalda Tuska. Za czasów Zjednoczonej Prawicy, owszem, usuwano generałów, ale tych, którzy mieli inną przeszłość niż obecni. Mianowicie – byli to ludzie, których korzenie wojskowe tkwiły w Ludowym Wojsku Polskim, którzy byli kształceni na uczelniach niekoniecznie NATO-wskich, choć bywało, że później uzupełniali wiedzę na uczelniach NATO. I to jest pierwsza różnica – obecnie rządzący pozbywają się wojskowych kadr, których dochowała się III RP, ale jednocześnie przywracają na stanowiska, do pełnienia różnych funkcji, czasem tylko doradczych z uwagi na wiek, wojskowych proweniencji LWP. I to jest sytuacja dość niepokojąca.

Jednych się odwołuje, a innych się powołuje, czy przywraca do łask, bo jak inaczej określić powrót do MON w roli doradcy m.in. gen. Mieczysława Gocuła?   

– To jest jedna z postaci, ale nie jedyna, bo mówi się głośno, że kolejną z osób, która ma wpływ i doradza Donaldowi Tuskowi, jeśli chodzi o resort obrony, jest obecnie senator Trzeciej Drogi gen. Mirosław Różański. Kojarzę Różańskiego z bardzo niedobrą rzeczą, jaką były zmiany w systemie dowodzenia Siłami Zbrojnymi, który wymyślono w BBN-ie. Była to, zdaje się, koncepcja ówczesnego szefa BBN gen. Kozieja, czemu prawdopodobnie patronował prezydent Komorowski. Tak czy inaczej gen. Różański tę koncepcję realizował i m.in. dzięki temu załatwił sobie stanowisko, stając na czele Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych. O tym, że ta koncepcja była nadzwyczaj szkodliwa, mówiłem wielokrotnie w naszych wcześniejszych rozmowach.

Natomiast z przykrością trzeba stwierdzić, że do dziś – także za rządów Zjednoczonej Prawicy – nie uporano się z tym systemem dowodzenia, który został zainstalowany w polskich Siłach Zbrojnych. Owszem, prezydent Andrzej Duda wnosił jakieś ustawy, które miałyby zmienić ten stan, ale wszystko pozostało po staremu. Pamiętajmy, że system kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi to nie jest kierowanie wojskiem podczas defilady, bo to nie to samo. To jest system, który ma być skuteczny w wypadku zagrożenia wojennego. Dlatego między pokojowym a wojennym systemem kierowania i dowodzenia Siłami Zbrojnymi nie może być zbyt dużo różnic, ale musi być łagodne przejście ze stanu pokoju do stanu wojny. I tak musi być skonstruowany system dowodzenia Siłami Zbrojnymi, który wciąż nim nie jest.

Kto był autorem koncepcji ujawnionej przez min. Mariusza Błaszczaka dotyczącej obrony w razie zagrożenia ze strony Rosji dopiero na linii Wisły i tym samym pozostawienia na pastwę losu całej Polski Wschodniej?     

– To było oczywiście za tzw. pierwszego Tuska, a więc za rządów koalicji PO – PSL. Na czele ówczesnego Ministerstwa Obrony Narodowej stali politycy Platformy, jak Bogdan Klich czy Tomasz Siemoniak, ale nie można też zapomnieć, że wiceministrami byli politycy PSL-u. Dlatego nie jest tak, że PSL było wtedy wolne od współodpowiedzialności. Teraz sytuacja jest jeszcze bardziej jaskrawa, ponieważ szefem MON-u został polityk PSL-u Władysław Kosiniak-Kamysz, a osobą wpływową w resorcie jest sekretarz stanu, o którym się mówi, że to on kieruje resortem obrony – mianowicie Cezary Tomczyk. Do tego dochodzi wspomniany już wcześniej gen. Różański, obecny senator. To jest pierwsza kwestia.

Druga sprawa, to warto pamiętać, jakie były nasze Siły Zbrojne za rządów koalicji PO – PSL w latach 2007-2015, jakimi możliwościami dysponowaliśmy i jakimi aktywami dysponowali dowódcy. To nie były siły, z którymi można by w sposób sensowny planować obronę kraju. I jeżeli Sztab Generalny Wojska Polskiego dostał za zadanie, aby przygotować plan obrony kraju, to biorąc pod uwagę siły, jakimi dysponowało Dowództwo Wojska Polskiego, wniosek byłby tylko jeden: granice bronimy lepiej lub gorzej i cofamy się, żeby dotrwać do momentu, kiedy z pomocą przyjdą nam sojusznicy z NATO.

Zdaje się, że wyliczono, iż to opóźnianie będzie polegało na tym, że dopiero na linii Wisły będzie można się bronić bardziej zdecydowanie. Dopiero później pójdzie jakaś kontrofensywa przy założeniu, że NATO zdoła jakieś siły zgromadzić i nam przysłać. Podsumowując, powiedziałbym, że tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Wobec tego w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego opracowano koncepcję obrony Polski na linii Wisły. I to jest wniosek oczywisty z tamtego czasu, ale to jest kwestia odpowiedzialności polityków, którzy wtedy oraz dzisiaj odpowiadają za Polskie Siły Zbrojne. Jakie są dzisiaj te nasze Siły Zbrojne, jak uzbrojona i jak jest wyszkolona polska armia oraz jak jest dowodzona, za to wszystko odpowiada polityka państwa i aktualnie rządzący.

Jak te roszady – mam na myśli usunięcie ze stanowisk kolejnych generałów i przywracanie do łask wojskowych, którzy mają swój rodowód w PRL-u – ma się do wiarygodności Polski wśród naszych sojuszników z NATO?

– Jeśli chodzi o struktury wojskowe, to na ile znam praktykę funkcjonowania innych państw, innych armii NATO-owskich, to tam nie ma zdarzeń, że państwo nagle podważa kompetencje swoich wojskowych i odwołuje ich ze struktur międzynarodowych, zastępuje ich innymi itd. Co więcej, u nas sugeruje się, że ci wojskowi, którzy się znaleźli w strukturach NATO-wskich, to są „jacyś podejrzani”. Przecież coś takiego, taki zarzut pojawił się w przypadku gen. Jarosława Gromadzińskiego, którego odwołano z funkcji dowódcy Eurokorpusu. Zrobiono aferę, Służba Kontrwywiadu Wojskowego wszczęła postępowanie kontrolne wobec gen. Gromadzińskiego i sprawa do dziś jest niewyjaśniona, bo wciąż nie wiadomo, co takiego mogło być w biografii tego zasłużonego wojskowego, żeby mu odebrać certyfikat bezpieczeństwa.

Generał Gromadziński nie jest jedynym, którego potraktowano w ten sposób przez rząd „koalicji 13 grudnia”. Ostatnio mamy przykład gen. Artura Jakubczyka.

– Z gen. Arturem Jakubczykiem, którego obecne kierownictwo MON odwołało z Międzynarodowego Sztabu Wojskowego w Kwaterze Głównej NATO, to już w ogóle jakaś paranoidalna historia, bo decyzją MON są zaskoczeni przełożeni w Połączonym Departamencie Wywiadu i Bezpieczeństwa w NATO. Zdaje się, że jednym z zarzutów jest to, że wspierał on na jakieś stanowisko oficera z Polski. To tak jakby nie było można Polakowi wspierać Polaków. Z drugiej strony gen. Jakubczykowi zarzucono homofobię, rasizm czy coś tam jeszcze, a więc rzeczy absolutnie absurdalne – jakieś banialuki w stylu genderowej poprawności. To są wszystko rzeczy absolutnie niedopuszczalne, skandaliczne zarówno jeśli chodzi o traktowanie przez obecne władze w Polsce wysokich szczeblem wojskowych, ale także cywilów piastujących ważne stanowiska i pretendujących do jeszcze wyższych funkcji w Sojuszu Północnoatlantyckim.

Mam na myśli Tomasza Szatkowskiego – ambasadora RP przy NATO, o którym wiemy, że miał szanse, aby w nowym rozdaniu zostać jednym z zastępców Sekretarza Generalnego NATO. Tymczasem odwołano go ze stanowiska w przededniu szczytu Sojuszu Północnoatlantyckiego w Waszyngtonie. Chyba nikomu nie trzeba mówić, co oznaczałaby obecność w kierownictwie NATO Polaka, kogoś z naszego regionu. Byłby to ogromny walor, tyle że ostatnio zostało to zmarnowane, zaprzepaszczone przez władzę z Tuskiem na czele. To jest niepowetowana szkoda, strata. Jeśli inni nasi partnerzy z NATO widzą, że Polska dezawuuje własnych przedstawicieli wojskowych wysyłanych do różnych ważnych instytucji, to jaki autorytet może mieć taki kraj wśród sojuszników?

W czyim interesie prowadzi politykę rząd z Tuskiem na czele?  

– To, co robi rząd Tuska, to na pewno nie jest polityka w interesie Polski. W czyim? Możliwości tutaj jest bez liku.

A co dzieje się w temacie modernizacji polskiej armii? W ostatnich dniach głośno się zrobiło wokół zakupu śmigłowców szturmowych AH-64E Apache…

– Jeśli chodzi o zakup śmigłowców AH-64E Apache, to obecne kierownictwo podpisało umowy offsetowe z firmami Boeing i General Electric. Są to umowy dotyczące serwisu i napraw podzespołów tych śmigłowców w polskich zakładach. Natomiast nie podpisano wciąż umowy o zakupie samych śmigłowców. Oczywiście rozumiem, że w końcu trzeba było tę umowę offsetową zawrzeć i chwała Bogu, że wreszcie to uczyniono. Mam też nadzieję, że zostanie poczyniony kolejnych krok i te amerykańskie śmigłowce Apache trafią na wyposażenie polskiej armii – zwłaszcza że są one nam bardzo potrzebne. Od dawna przecież mówię, i nie tylko ja, że jeśli Polska potrzebuje jakichś śmigłowców, to w pierwszym rzędzie śmigłowców uderzeniowych.

Dlatego też byłem przeciwnikiem francuskich śmigłowców Caracal, które przy swoich wadach i zaletach są śmigłowcami transportowymi, a nie pola walki. I taka maszyna nie jest nam potrzebna, biorąc pod uwagę zadania, jakie trzeba będzie realizować przez Polskie Siły Zbrojne w sytuacji zagrożenia na wschodniej flance NATO. Natomiast jeśli chodzi o śmigłowce uderzeniowe, to są nam jak najbardziej potrzebne. Dlatego – jak wspomniałem – chwaliłem decyzję ministra obrony w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Mariusza Błaszczaka, kiedy ogłosił, że takiego zakupu dokonamy – zakupu śmigłowców AH-64E Apache. Zresztą chyba nawet przeszkolono już w Stanach Zjednoczonych polskich pilotów, tylko że jeszcze nie mają na czym latać. Wprawdzie na uzbrojeniu mamy jeszcze śmigłowce Mi-24, ciężkie śmigłowce bojowe, kiedyś maszyny bardzo groźne, ale dzisiaj muszą zostać zastąpione nowoczesnym sprzętem.   

                    Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki