• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Przestroga przed rosyjską lipą

Sobota, 20 kwietnia 2013 (02:04)

Prokuratorzy wojskowi przestrzegają rodziny, by nie traktowały rosyjskiej dokumentacji sekcyjnej zbyt dosłownie. Powód? Jest w niej dużo błędów i rozbieżności.

 

Przy identyfikacji ciała Anny Walentynowicz nie doszło do żadnej pomyłki. Jego podstawą było rozpoznanie pana Janusza Walentynowicza – podkreśla Dymitr Książek, lekarz Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, który w kwietniu 2010 r. był w moskiewskim prosektorium. Książek uczestniczył we wczorajszym posiedzeniu parlamentarnego zespołu smoleńskiego. 11 kwietnia 2010 r. był w Moskwie razem z grupą innych lekarzy LPR. To właśnie on, poza rodziną, uczestniczył w identyfikacji ciała legendy „Solidarności” Anny Walentynowicz. – Bez trudu można ją było rozpoznać. Miała nieuszkodzoną twarz, wyglądała, jakby spała. Byłem pewien, że jest to pani Anna Walentynowicz – relacjonował lekarz. – Każde słowo, które wypowiedziałem na temat identyfikacji ofiar, powtórzę, gdy zajdzie taka potrzeba – zapewniał. Pod protokołami rozpoznania podpisywali się polscy urzędnicy. Jeśli więc dziś z mównicy sejmowej przedstawiciel prokuratury mówi, że rodzina się pomyliła, to kto się podpisał pod błędnym protokołem z identyfikacji zwłok? – pytał Książek, nawiązując do mowy prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, który obarczył rodziny winą za błędną identyfikację ciał ich bliskich.

Wystąpienie Seremeta miało miejsce tuż po tym, kiedy okazało się, że ciała Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej zostały zamienione. – Towarzyszyłem panu Januszowi przy identyfikacji pani Walentynowicz i wiem na pewno, że rozpoznał ciało na sto procent – twierdzi Książek, dodając, że rodzina mogła przyjrzeć się zwłokom kilkakrotnie, mogła też porównywać inne ciała. – Zacząłem udzielać się publicznie, bo byłem oburzony tym, że pan Seremet zarzuca kłamstwa rodzinie, która przecież rozpoznała swoją zmarłą, potęgując dodatkowo ich traumę – mówi lekarz. Uczestniczący w posiedzeniu zespołu Piotr Walentynowicz stwierdził, że o ile nie było problemu z rozpoznaniem ciała w Moskwie, o tyle trudność ta pojawiła się w Polsce podczas sekcji zwłok w Zakładzie Medycyny Sądowej we Wrocławiu (ciało było pozbawione głowy). Rodzina deklaruje, że podejmie w związku z tym pewne kroki prawne. Szczegółów nie ujawnia. – Pan prokurator Seremet z uporem maniaka za wszelkie nieprawidłowości w identyfikacjach obciąża rodziny.

Tymczasem kiedy zapoznawaliśmy się w prokuraturze z dokumentacją sekcyjną przysłaną przez Rosjan, kilkakrotnie słyszeliśmy uwagi ze strony prokuratora, by nie brać tak dosłownie tej dokumentacji, bo jest w niej dużo błędów i rozbieżności. Jeśli prokuratorzy wiedzą, że ta dokumentacja jest mało wiarygodna, to jak może o tym nie wiedzieć prokurator generalny – dopytywał Piotr Walentynowicz. Ciało Anny Walentynowicz rozpoznali też bliscy Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej. – Naszą ciocię rozpoznaliśmy dopiero po okazaniu nam czwartego ciała. Mimo wszystko poprosiliśmy o wykonanie badań DNA – zaznaczył Jerzy Wojtczak, siostrzeniec wiceprezes Fundacji „Golgota Wschodu”. Wyniki badań genetycznych rodzina otrzymała już po czterech godzinach. Czy jest to możliwe w tak krótkim czasie? Zdaniem dr. Andrzeja Ossowskiego, genetyka z Zakładu Medycyny Sądowej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego – tak. – Wszystko zależy od tego, w jakim stanie jest ciało, i od tego, jakim materiałem porównawczym się dysponuje. Ale technologicznie jest to możliwe – twierdzi genetyk.

Rzeczy we wraku

Rodziny są zbulwersowane nie tylko faktem ich wiktymizacji przez prokuratora generalnego, ale i brakiem konkretnych działań rządu w sprawie zwrotu wraku tupolewa, który jest istotnym dowodem w postępowaniu polskiej prokuratury. Na przełomie września i października ubiegłego roku polscy biegli zabezpieczyli ponad dwieście próbek ze szczątek maszyny przechowywanych w prowizorycznym „hangarze” na smoleńskim lotnisku. Przy tej okazji wydobyli też z wraku osobiste rzeczy ofiar: duży męski płaszcz, torbę podróżną, koszulę ze spinkami i kilka par butów. Przedmioty te przywieziono do Polski na początku grudnia. – To tylko wskazuje na to, że wcześniej, tj. po katastrofie, nie zostały przeprowadzone w sposób właściwy oględziny wraku. Rodziny powinny otrzymać już dawno wszystkie rzeczy, które należały do ich bliskich zmarłych. To, że po dwóch i pół roku rzeczy te jeszcze znajduje się we wrakowisku samolotu, to skandal – ocenia Dariusz Fedorowicz, brat Aleksandra Fedorowicza, prezydenckiego tłumacza, który zginął pod Smoleńskiem.

Anna Ambroziak