• Sobota, 20 lipca 2019

    imieniny: Czesława, Hieronima

W pułapce unii bankowej

Środa, 4 lipca 2012 (07:33)

Po latach katastrofalnej polityki regulacyjno-stymulacyjnej, która przyniosła nam kryzys, Unia Europejska nadal uważa, że jest wszechmocna i interwencjonizm wszystko załatwi, a aktualni urzędnicy są w stanie naprawić to, co zepsuli ci wcześniejsi.


Unia Europejska nie od dzisiaj nie ufa rynkowi, a wierzy w mądrość swoich urzędników, w szczególności niemieckich. Dlatego jednym z ważniejszych punktów tworzonej dla upadającej strefy euro unii bankowej ma być powołanie w ramach Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie "silnego europejskiego nadzoru bankowego", "aby egzekwować przepisy i kontrolować ryzyko".

Do tego w przyszłości mają dojść wspólne dla eurolandu regulacje dotyczące gwarancji depozytów bankowych oraz kontrolowanej upadłości banków.

Pytanie zasadnicze brzmi: skąd ta pewność, że nowe, dodatkowe przepisy będą lepsze dla rynku bankowego, który już i tak jest tak bardzo przeregulowany interwencjonizmem państwowym, że trudno go w ogóle nazwać rynkiem? Otóż nie będą lepsze nie tylko dlatego, że nowe regulacje nigdy nie załatwią żadnej sprawy, jak myśli każdy socjalista, nie tylko unijny.

Przede wszystkim nie tutaj tkwi problem, bo pierwotnym powodem kryzysu w strefie euro nie są banki, lecz nadmierne zadłużenie publiczne państw członkowskich. A z tym niewiele zrobiono. Wręcz przeciwnie, od czasu wybuchu kryzysu zadłużenie zarówno państw strefy, jak i całej Unii Europejskiej znacznie się zwiększyło. Jak podaje Eurostat, w 2008 roku łączne zadłużenie publiczne państw strefy euro wynosiło niecałe 6,5 biliona euro (70,1 proc. PKB), a w 2011 roku - już ponad 8,2 biliona euro (87,2 proc. PKB). Oznacza to wzrost w ciągu tych trzech lat aż o prawie 27 procent!

Zmiany na papierze


Co poza tym unijni przywódcy uzgodnili w ramach unii bankowej? Wzorem prezydenta USA Baracka Obamy - kilka różnych form szkodliwej dla gospodarki stymulacji finansowej.

Po pierwsze, możliwość bezpośredniego dokapitalizowania banków przez Europejski Mechanizm Stabilizacyjny kwotą 500 mld euro, co ma zatrzymać zwiększanie długu publicznego, tak jak to miało miejsce do tej pory, gdy pieniądze do mających problemy banków kierowano za pośrednictwem rządów krajowych. Ale czy oprócz zmiany na papierze będzie to miało jakiś wpływ na gospodarkę? Przecież tak czy inaczej pieniądze trafią do krajowego systemu finansowego.

Po drugie, przyjęto Pakiet Wzrostu i Zatrudnienia o wartości 120 mld euro na prowzrostowe inwestycje, które mają być przeznaczone głównie na wsparcie małych i średnich firm oraz na zwiększenie zatrudnienia. To typowa polityka keynesowska, która może pomóc w krótkim okresie, a w dłuższym - zakończy się katastrofą. Bo niby skąd unijny urzędnik wie, jakie inwestycje są prowzrostowe i jakie w ogóle inwestycje są potrzebne? Tak samo "trafnie" inwestowali biurokraci za PRL, pogrążając gospodarkę w coraz większym marazmie i degrengoladzie. I skąd urzędnik z Brukseli ma wiedzieć, jak zwiększyć zatrudnienie, skoro nigdy nie pracował w prywatnym biznesie? No chyba że ma na myśli zwiększenie zatrudnienia w urzędach, jak nasz rząd PO - PSL, który opanował ten fach do perfekcji.

Po trzecie, o 60 mld euro ma być zwiększona zdolność pożyczkowa Europejskiego Banku Inwestycyjnego poprzez podniesienie jego kapitału o 10 mld euro z kieszeni unijnych, w tym polskich, podatników. Wyliczono, że w wyniku nowych kredytów w całej Unii dodatkowe inwestycje wyniosą 180 mld euro.

Po czwarte, ma zostać uruchomiony pilotażowy projekt obligacji inwestycyjnych gwarantowanych przez EBI i budżet Unii Europejskiej, co ma wygenerować 4,5 mld euro na transgraniczne inwestycje infrastrukturalne. Łatwo wyliczyć, że kwotą ponad 800 mld euro unijny decydenci chcą uleczyć strefę euro, a skutek - jak zwykle w przypadku działań wbrew rynkowi - będzie odwrotny do zamierzonego.

Napływ dodatkowego pieniądza nie może skończyć się dobrze. Oprócz obecnego kryzysu finansów publicznych będziemy mieli jeszcze głębszy kryzys gospodarczy. Profesor Jesus Huerta de Soto z Uniwersytetu Króla Juana Carlosa w Madrycie dowodzi niemożliwości tego, co chcą zrobić unijne władze, mianowicie "wymuszenia rozwoju gospodarczego społeczeństwa przez sztuczne zachęcanie do inwestycji i wstępne finansowanie ich ekspansją kredytową, jeśli podmioty gospodarcze nie są gotowe dobrowolnie wesprzeć takiej polityki przez większą oszczędność".

Chodzi o to, że sztucznie wywołane przez urzędników inwestycje nie mają ekonomicznego uzasadnienia, przez co powodują "zakłócenie koordynacji różnych podmiotów gospodarczych" i nie mogą zakończyć się sukcesem "ze względu na brak realnych zaoszczędzonych zasobów". W rezultacie wyzwala to "proces powstawania kryzysu, który ostatecznie koryguje błędy popełnione w przedsiębiorczości". Dlatego gospodarka nie powinna być stymulowana pieniędzmi, których nie wytworzyła, a źle zarządzane banki powinny najzwyczajniej w świecie zbankrutować, a nie być ratowane pieniędzmi podatników.

Skok na pieniądze


Na szczycie przywódcy strefy euro uzgodnili także, że dalej będą pracować nad unią fiskalną, czyli wzmocnieniem kontroli nad budżetami krajów członkowskich oraz wzmocnieniem koordynacji polityk budżetowych, jak np. polityka podatkowa czy przepływ pracowników.

Unijny nakaz ograniczania deficytu budżetowego (a najlepiej jego całkowity zakaz) mógłby być dobrym rozwiązaniem, ale wspólna polityka podatkowa, która prawdopodobnie doprowadziłaby do równania wzwyż, czyli podnoszenia podatków w takich krajach jak Polska (choćby CIT, a być może także PIT i nieszczęsny podatek katastralny), już niekoniecznie. Należy równocześnie podkreślić, że tego typu regulacje oznaczałyby jeszcze głębszą integrację i wiązałyby się z utratą dalszych cząstek suwerenności państw narodowych na rzecz Brukseli.


Zarówno premier Donald Tusk, jak i minister finansów Jan-Vincent Rostowski nie przedstawili swojego stanowiska wobec unii bankowej, a stwierdzili jedynie, że ponieważ Polska nie jest w strefie euro, to na razie należy się tym działaniom tylko przyglądać.

Jednak jeszcze przed szczytem strefy euro pojawiły się inne niepokojące wieści. Otóż z powodu obawy przed upadkiem eurolandu i utratą oszczędności coraz więcej Europejczyków wycofuje swoje depozyty z banków. W związku z tym, jak informowała prasa, ministrowie finansów państw Unii Europejskiej rozważali możliwość zamrożenia kont bankowych i wprowadzenie limitu kwoty, jaką można wybrać z bankomatów.

To nic innego jak planowany skok na nasze ciężko zarobione pieniądze, a wśród ministrów nie pojawił się ani jeden przeciwnik takiego zamachu na prawo własności! I tego trzeba się obawiać w pierwszej kolejności. Ratunkiem zarówno dla strefy euro, jak i dla całej Unii Europejskiej nie jest ani pogłębiona integracja polityczna (o której coraz głośniej mówią najwyżsi przedstawiciele władz Niemiec, Francji czy Hiszpanii), ani dodatkowe ogólnounijne regulacje, ani też planowana stymulacja unijnych władz, lecz działania na poziomie krajów członkowskich zmierzające do szybkiego zmniejszenia zadłużenia publicznego poprzez radykalne cięcia wydatków publicznych.

To jedyna droga mogąca długofalowo ocalić mieszkańców Europy przed życiem w stagnacji gospodarczej, którą zafundowały nam nadmiernie zadłużające się władze krajowe, a te unijne nic sobie z tego do tej pory nie robiły. Niestety z ostatniego szczytu wynika, że nic takiego nie nastąpi i czeka nas permanentny stan kryzysowy.

Tomasz Cukiernik, prawnik, ekspert Instytutu Globalizacji