Do Soczi po medal
Czwartek, 18 kwietnia 2013 (00:53)Z Mateuszem Ligockim, czołowym polskim snowboardzistą, rozmawia Piotr Skrobisz
Minionej zimy mówiliśmy dużo o olimpijskich perspektywach Justyny Kowalczyk, skoczków narciarskich, biatlonistek czy panczenistów, ale i Pan zgłosił swoją kandydaturę do obsadzenia podium w Soczi. Medal igrzysk stał się Pana celem?
– Za mną udany sezon. Nie rozpoczął się co prawda zbyt pomyślnie, ale z biegiem czasu było coraz lepiej, aż wygrałem zawody Pucharu Świata w Veysonnaz. Po drodze trzykrotnie stawałem na najwyższym stopniu podium w Pucharze Europy, zająłem trzecie miejsce w jego klasyfikacji generalnej, byłem 15. na mistrzostwach świata, czyli było nieźle. Cieszę się, że wyciągnąłem wnioski z kilku nieudanych startów, że mądra, konsekwentna praca zastąpiła nerwy i niepokój, który miał prawo się pojawić. Plasuję się obecnie na 6. pozycji w światowym rankingu i z takiej pozycji ruszam w olimpijski sezon, gdzie kwalifikację na igrzyska zdobywa 40 najlepszych zawodników, zatem praktycznie już ją posiadam.
A co do medalu: w minionym sezonie chciałem zbudować szczyt formy na luty, bo w tym miesiącu odbędą się igrzyska. Nieco się spóźniłem, bo trafiłem na marzec, ale nie narzekam, bo wiele elementów zagrało tak, jak planowałem.
Wygrana w Veysonnaz umocniła Pana wiarę, że i w Soczi może być podobnie, że stać Pana na wszystko?
– Zawsze z takim nastawieniem stawałem na starcie. Ale snowcross jest konkurencją bardzo loteryjną. W jednym miejscu i o jednym czasie sześciu zawodników z ogromną prędkością rywalizuje ze sobą na trasie naszpikowanej przeróżnymi przeszkodami, zatem trudno cokolwiek przewidzieć z dużym prawdopodobieństwem. W minionym sezonie, będąc na 52. miejscu w rankingu, wygrałem pucharowe zawody i przesunąłem się natychmiast na 12. pozycję. Z kolei Amerykanin Seth Wescott, mistrz olimpijski i wielka gwiazda snowboardingu, po jednym zwycięstwie w Pucharze Świata zaczął jeździć mizernie.
Ostatni sezon miał jednak swojego bohatera – był nim Australijczyk Alex Pullin, bezkonkurencyjny zarówno w PŚ, jak i mistrzostwach świata.
Poprzednie pucharowe zawody wygrał Pan w marcu 2008 roku, pięć lat wcześniej. Co się z Panem przez ten czas działo?
– We wrześniu 2008 roku stanąłem na podium Pucharu Świata w argentyńskim Chapelco. Powtórzyłem ten sukces zaraz po igrzyskach w Vancouver, w marcu 2010 roku we włoskim Valmalenco. Osiem razy docierałem też na podium zawodów niższej rangi, wygrałem międzynarodowe mistrzostwa Niemiec, mistrzostwa Polski i Puchar Europy. Miałem trochę przygód ze zdrowiem, mimo to nieustannie dążyłem do celu, by być po prostu jak najlepszym. Faktycznie, na kolejną wygraną Pucharu Świata musiałem poczekać. Dlaczego? Nie ma jednej łatwej odpowiedzi. Wydaje mi się, że długo podchodziłem do wielkich nazwisk snowboardu z przesadnym szacunkiem. Zastanawiałem się, co się stanie, jeśli je pokonam. Dopiero teraz tego respektu się pozbyłem. Nie patrzyłem na listy startowe, niczego nie planowałem, tylko skupiałem na sobie i robiłem swoje. Szyki pomieszała mi też poważna kontuzja pod koniec sezonu 2011/2012, przez którą pół roku nie mogłem nawet truchtać. Uraz, ból, strach zostały mi w głowie na długo, co często wracało podczas pucharowych zawodów, na których pędzimy z zawrotną prędkością, skaczemy, pokonujemy przeszkody. Tak naprawdę dopiero w Veysonnaz tego lęku się pozbyłem.
Co w snowcrossie decyduje o sukcesie?
– Istotą snowcrossu jest bezpośrednia walka z pięcioma innymi przeciwnikami na torze. To konkurencja, gdzie wymagane są bardzo dobre umiejętności jazdy freestylowej i alpejskiej. Szybka jazda po muldach, skoczniach, nierównościach terenu to sedno snowboard crossu. W tej konkurencji trzeba mieć niesamowicie rozwinięty zmysł równowagi, balans ciała i koordynację wzrokowo-ruchową. Trzeba umieć podejmować decyzje w ułamku sekundy, zazwyczaj przy prędkościach przekraczających 70-80 km/h. Wydaje mi się, że te umiejętności w największym stopniu decydują właśnie o sukcesie.
Nie wspomniał Pan o kwestiach sprzętowych?
– Jako członek międzynarodowego, fabrycznego teamu, Voelkl Snowboards mam zapewniony sprzęt z najwyższej półki. Ale na tym kończą się podobieństwa z rywalami z czołówki. Jako kadra narodowa SBX od lat jeździmy na zawody niestety tylko z jednym trenerem, który de facto pełni funkcje trzech innych osób. Konkurenci pod tym względem są daleko z przodu. Także zawodnicy z biedniejszych teamów oraz takich, które osiągają znacznie gorsze wyniki niż my, mają do dyspozycji trenera głównego, jego asystenta, który często pełni funkcję fizjoterapeuty i serwismena. Do igrzysk w Vancouver, kiedy to trenerem naszej grupy był Marcin Sitarz, byliśmy jedną z najgorszych pod względem zaplecza reprezentacji występujących w międzynarodowych zawodach. Po Vancouver, gdy kadrę objął Mariusz Kufel, niewiele się zmieniło. Trener dalej musi tyrać i harować za kilka osób jednocześnie.
Wymaga się od nas medali, ale jak osiągać dobre rezultaty, skoro mój trener – z racji tego, że jest sam – nie ma przez kogo podać mi jakiegokolwiek komunikatu, cennej wskazówki przez walkie-talkie, nie ma kontaktu z metą, nie wie nawet, co dzieje się na trasie, bo nigdy ze startu nie widać całego toru. Na starcie nieustannie musi przygotowywać nasze deski, a przed samymi zawodami z racji nadmiaru obowiązków pracuje przy nich do rana.
Taki stan osobowy powoduje też, że nie ma kto reagować w kontrowersyjnych sytuacjach. Gdy w Vancouver z powodu awarii aparatury pomiarowej nie zmierzono mi czasu w kwalifikacjach, dopiero interwencja rodziców siedzących na trybunach (!) pozwoliła mi wystartować w finale. Czy tak powinien wyglądać sport wyczynowy, ten kwalifikowany? Chyba nie. Mogę mieć tylko nadzieję, że to się wkrótce zmieni.
Czyli dotarliśmy wreszcie do tematu pieniędzy i ich niedoboru.
– Wiem, że wielu naszych olimpijczyków, czołowych reprezentantów Polski i wybitnych zawodników mimo zbliżającego się sezonu olimpijskiego nie ma zapewnionych podstaw egzystencji. Na wyjazdy kadrowe, treningi, zawody jeżdżą – i trzeba to twardo powiedzieć – na zasadach wolontariatu, czyli za jedzenie i dach nad głową. Są i tacy, którzy chcąc się rozwijać, osiągać jak najlepsze wyniki sportowe, wkładają w to dodatkowo własne środki.
Faktem jest, że na górze panuje przekonanie, iż wszystko jest dobrze, a na dole zagryzamy wargi i liczymy każdy grosz.
Dla całego środowiska zawodniczego wielkim ciosem było nowe ministerialne rozporządzenie pozbawiające możliwości przyznania stypendium m.in. za wyniki w pierwszej szóstce Pucharów Świata i Europy. Niejednokrotnie było ono tym, co trzymało reprezentantów przy sporcie. Obawiam się, że wkrótce wielu z nas będzie musiało szukać innych zajęć. Nie jesteśmy przecież juniorami, którzy mogą żyć na garnuszku rodziców, tylko poważnymi ludźmi, poświęcającymi się w stu procentach dla dobra Ojczyzny. Błędne jest założenie wielu działaczy, z którym się często spotykam, a co jest niezwykle smutne, że w sporcie, w tym na igrzyskach, liczą się tylko miejsca 1.-3., ewentualnie pierwsza ósemka. Przecież do punktacji międzynarodowej liczą się lokaty w pierwszej szesnastce, a i miejsca dalsze mają swoją wielką wartość z punktu widzenia promocji Polski poza jej granicami. „W życiu ważny jest nie triumf, lecz walka; istotną rzeczą jest nie zwyciężać, lecz umieć toczyć rycerski bój” – mawiał Pierre de Coubertin.
Chcemy ubiegać się o organizację zimowych igrzysk w Krakowie w 2022 roku. Popieram ten pomysł całym sobą i ze wszystkich sił, ale obawiam się, że takie rozporządzenia stypendialne, bijące w dobro zawodników, mogą spowodować, że polskie igrzyska odbędą się bez udziału reprezentacji Polski, chyba że będzie się ona składała tylko z juniorów, „szalonych rodziców” i kilku skoczków narciarskich.