Pierwsze sukcesy bostońskiego śledztwa
Środa, 17 kwietnia 2013 (23:28)Z nadkom. Dariuszem Lorantym, byłym funkcjonariuszem wydziału do walki z terrorem kryminalnym, rozmawia Izabela Kozłowska
Kto jest odpowiedzialny za poniedziałkowy zamach?
– Na podstawie kryminalistycznej oceny przebiegu tego wydarzenia i zbudowaniu modus operandi z zastrzeżeniem, że wypowiadam się tylko i wyłącznie na podstawie przekazu medialnego, te zamachy świadczą o działaniu zorganizowanej grupy.
Jak dotąd Al-Kaida odcięła się od ataku na Maraton Bostoński....
– Trudno powiedzieć, czy była to Al-Kaida. Na pewno była to sprawnie zorganizowana grupa terrorystyczna, o kierunku działania wymierzonym w społeczeństwo. Chodziło o wywołanie paniki wśród Amerykanów. Jest to charakterystyczne dla grup terrorystycznych, dla których podłożem jest fundamentalizm islamski.
W chwili obecnej trudno powiedzieć, jaki był to rodzaj grupy terrorystycznej. Z całą pewnością wymagało to koordynacji i udziału co najmniej paru osób. Są pewne elementy, które przemawiają za tym, że może być to grupa terrorystyczna, bowiem motywem terrorystów jest zawsze cel polityczny – wywołanie terroru, czyli strachu.
Wybór czasu i miejsca zamachu nie jest przypadkowy?
– Boston jest symbolem początku walki o wolność, słynna bostońska herbatka. Jest to miasto starej amerykańskiej tradycji. Zamach ten centralnie skierowany jest na ludzi. Jego technologia jest jednoznaczna: najpierw wybuch, tłum popada w panikę, ludzie się przemieszczają i kolejny wybuch. Przekazano także, że przygotowane były kolejne materiały. Na podstawie podmiotu domyślnego to, co służby zdementują, jest prawdą. Zakładam, że wyłączono całkowicie łączność telefoniczną. Sprawcy rozłożyli te ładunku, a planowali zdetonować za pomocą telefonów komórkowych.
Jak przebiegają działania służb, policji? Jak Pan ocenia śledztwo?
- Amerykańskie służby dokładnie i skutecznie zadziałały, wyłączając system łączności. Dzięki czemu nie doszło do kolejnych wybuchów. Metodyka działania służb jest klasyczna w przypadku tego typu zdarzenia. Wszystko tak naprawdę zależy od środków i techniki zaangażowanej w proces „wykrywczy”, czyli przede wszystkim w badanie miejsca zdarzenia, ustalenie składu chemicznego, aby dowiedzieć się, jaki jest rodzaj materiału wybuchowego. Badanie miejsca wybuchu pod kątem wykrycia sposobu detonacji ładunku, ponieważ zawsze jakieś elementy bomby pozostają.
Kolejnym etapem jest ustalanie świadków i przeglądanie monitoringu z miejsca zdarzenia. Oczywiście Amerykanie ustalają centralne miejsce, w którym nastąpił ten wybuch – co do tego nie ma wątpliwości. Sam fakt tego, co służby podały w mediach, czyli ujawnienie wizerunku, to jeszcze nie wszystko. Pamiętajmy, że ten wizerunek trzeba jeszcze zidentyfikować, a przecież w Stanach Zjednoczonych nie ma dowodów tożsamości, systemu meldunkowego. Nie zakładam jednocześnie, takiej bezczelności czy może „braku profesjonalizmu” ze strony zamachowca, że przyszedł w to miejsce bez jakiejkolwiek zmiany wizerunku, czyli tak jak naprawdę wygląda. To zupełnie nieprawdopodobne.
Z całą pewnością ujawnienie osoby, która ostatnia znajdowała się w miejscu wybuchu i zostawiała pakunek, torbę lub inny przedmiot, świadczy o dosyć sprawnym działaniu i właściwym kierunku odszukiwania sprawców tego zamachu – podkreślam – sprawców.
Do Bostonu przybędzie prezydent Barack Obama. Czy to może mieć jakiś wpływ na przyśpieszenie śledztwa i ogłoszenie zidentyfikowania zamachowcy?
– Oczywiście każde służby – na całym świecie – działają w ten sposób, że podporządkowują się swoim przełożonym, starając się wykryć sprawcę. To jest tak jakby naturalny mechanizm działania policji czy też innych służb: przyjeżdża nasz przełożony, więc starajmy się mu „przypodobać” i pokażmy swoje działania. Pokażmy, że coś mamy. Zresztą to się wpisuje w propagandę wewnętrzną stosowaną przez wszystkie kraje, nie tylko Stany Zjednoczone. Tu mamy taki przypadek jakby na dłoni. Być może ma to jakiś związek, ale to jeszcze nie jest identyfikacja indywidualna konkretnej osoby.
Dziękuję za rozmowę.
Not. IK, MM