• Środa, 25 marca 2026

    imieniny: Marii, Wieńczysława

Pękła jakaś granica

Środa, 17 kwietnia 2013 (12:13)

Rozmowa z Arkadiuszem Skrzypińskim, dwukrotnym zwycięzcą Maratonu Bostońskiego wkategorii handbike’ów

Czym jest Maraton Bostoński dla sportowca?

– Marzeniem. To jeden z najsłynniejszych maratonów na świecie, i zarazem najstarszy. W tym roku odbył się pod raz 117., co stanowi liczbę aż nadto wymowną. Wystartowałem w nim trzykrotnie, trzykrotnie stanąłem na podium. Dwa razy wygrałem. Boston jest najbardziej europejskim spośród miast Ameryki, mam tam wielu przyjaciół. Od 1996 roku, gdy rozpocząłem starty w maratonach, marzyłem, by tam kiedyś wystąpić.

Już na miejscu czuł Pan, że startuje w zawodach wyjątkowych i niepowtarzalnych?

– Samo hasło „maraton bostoński” jest dla sportowców pewnym kluczem, symbolem. Mamy kwiecień, już wkrótce rozpocznie się, albo przynajmniej powinna się rozpocząć, procedura zgłaszania do przyszłorocznej edycji tej imprezy. Chętnych rokrocznie są setki tysięcy, organizatorzy są w stanie przyjąć około 25 tysięcy osób. W tym roku wystartowało nieco ponad 23 tysiące. W przeciwieństwie do innego wielkiego maratonu, nowojorskiego, w którym o przyjęciu decyduje losowanie, w Bostonie wygrywają najszybsi, czyli decyduje kolejność zgłoszeń. Tak samo jest m.in. w Berlinie, gdzie lista startowa otwiera się 1 października, a już po kwadransie jest zamknięta, bo wszystkie 40 tys. miejsc zostało obsadzonych. Na tym polega specyfika, czar słynnych maratonów.

Jak Pan wspomina swoje starty w Bostonie?

– Najmocniej pamiętam pierwszy, w 2007 roku. Było wtedy potwornie zimno, zerwała się niesamowita wichura, padało, właściwie lało jak z cebra, ocean wylewał się na północ od miasta. Przez ponad 42 km jechaliśmy i biegliśmy pod wiatr, w strasznych warunkach. Ale czułem się wtedy niesamowicie mocny, byłem w świetnej formie. Długo jechałem obok swojego najgroźniejszego rywala, w pewnym momencie pozwoliłem mu odjechać, spodziewając się, że szybko się zmęczy. A to mnie zabrakło sił i przegrałem. Powiedziałem sobie wówczas, że za rok znów muszę przyjechać do Bostonu i tym razem zwyciężyć. Udało się.

Maratonowi Bostońskiemu można wbić tylko jedną małą szpileczkę. Organizatorzy nie za bardzo przepadają za handbike’ami. Jesteśmy dla nich trochę za szybcy, burzymy ich misternie opracowane plany. Najlepsi biegacze do osiągnięcia mety potrzebują około dwóch godzin i pięciu minut, my jesteśmy na niej dwa razy wcześniej, po godzinie i pięciu, dziesięciu minutach. Pod względem podejścia do osób niepełnosprawnych Europę oceniam wyżej.

Dla Amerykanów Maraton Bostoński jest sportowym świętem czy imprezą ważną, ale jedną z kilku?

– Ważną, ważną. Często ubolewam nad tym, że w Polsce relacje z maratonów rozpoczynają się od rozmów ze wściekłymi kierowcami, którzy nie wiedzieli, że będą utrudnienia w ruchu i musieli swoje odstać w korkach. Smutne to, ale prawdziwe. Tymczasem na cały weekend można zamknąć Berlin, można zamknąć pół Bostonu i ludzie się cieszą. Obstawiam, że w Bostonie na kilka tygodni przed zmaganiami na każdej latarni wisiały informacje o zbliżających się zawodach czy wizerunki najlepszych zawodników sprzed roku. Ludzie tym żyli, o czym świadczą choćby tłumy wokół trasy. A jak ważny jest ten maraton dla mieszkańców, najlepiej chyba widać na starcie, ulokowanym na przedmieściach Bostonu. Ludzie wychodzą tam przed swoje domy, siadają na krzesełkach i przez wiele, wiele minut biją uczestnikom brawo. Domy są oczywiście przystrojone amerykańskimi flagami, tam nikt nie wstydzi się swego patriotyzmu. Organizatorzy maratonu w Berlinie chwalą się, że wokół trasy gromadzi się milion widzów, ale nigdzie kibice nie zarażają takim entuzjazmem, nigdzie nie uskrzydlają tak jak w Stanach.

Zwracał Pan do tej pory uwagę na organizację tych zawodów, kwestie bezpieczeństwa?

– Jak na każdej tego typu imprezie na świecie w Bostonie cała trasa jest obstawiona przez policję, wojsko, strażaków, tysiące wolontariuszy. Nie stoją może pół metra od siebie, ale w zasięgu wzroku. Na starcie nie mamy oczywiście żadnych dokumentów, telefonów i osobistych rzeczy, wkładamy je do specjalnych worków z naszymi numerami i na ich podstawie możemy je odebrać na mecie. Porządek jest i być musi, gdy rywalizuje kilkadziesiąt tysięcy osób. Nigdy nie myślałem o sprawach związanych z bezpieczeństwem. Oczywiście musiałem nastawiać oczy do zdjęcia, oddawać odciski palców, byłem dokładnie sprawdzany, ale nie robiłem z tego problemów, bo nie miałem niczego na sumieniu.

Co Pan pomyślał, gdy dowiedział się o zamachu?

– Że stała się tragedia, że został zaatakowany sport i to sport najczystszy z możliwych. W Bostonie po wynik i pieniądze biegło może 50 osób, ponad 20 tysięcy dla przyjemności. Zapewniam pana, że nawet ostatni na mecie cieszył się tak jak pierwszy. Albo cieszył do tej pory, bo teraz radości być nie mogło.

Nie wiem, czy kiedykolwiek pojadę jeszcze ścigać się do Bostonu. Z zawodów trzeba bowiem czerpać radość, to podstawa, a czy w tym miejscu będzie to jeszcze możliwe? Pękła jakaś granica, bariera, stało się coś bardzo złego.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz