• Niedziela, 26 kwietnia 2026

    imieniny: Marzeny, Klaudiusza

Ewangelia i rozważanie

Niedziela, 14 kwietnia 2024 (08:28)

Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba.

A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: „Pokój wam!”.

Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: „Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie Mnie i przekonajcie się: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam”. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi.

Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: „Macie tu coś do jedzenia?”. Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i spożył przy nich. Potem rzekł do nich: „To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach”. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma.

I rzekł do nich: „Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jeruzalem. Wy jesteście świadkami tego”. (Łk 24,35-48)

Rozważanie:

Proklamowany dziś opis objawienia się Zmartwychwstałego uczniom stanowi w Ewangelii według św. Łukasza kontynuację opisu spotkania z uczniami idącymi do Emaus. Pamiętamy ich wątpliwości, uniwersalne w swojej wymowie: „A myśmy się spodziewali”, Chrystusową katechezę i wreszcie radość, gdy „poznali Go przy łamaniu chleba”. Zniknął im wtedy z oczu – w sensie fizycznym. Dlaczego? Bo od tego momentu jest przemieniony, pod postacią Eucharystii. Jest obecny inaczej, choć w całej pełni.

Jezus ukazuje się ponownie swoim uczniom. Podobnie jak podczas spotkania z Tomaszem uwiarygodnia się przez swoje rany – stanowią one pieczęć prawdziwości cudu zmartwychwstania, ale też każdego wcześniej wypowiedzianego słowa, nadają sens każdej przypowieści. Bez nich nie ma Kościoła, nie ma chrześcijaństwa. Nie wolno o tym zapominać. Chrystus bez ran jest falsyfikatem.

Chrześcijaństwo pozbawione odniesienia do krzyża przypomina zwietrzałą sól, jest niczym światło ukryte pod korcem. Kościół od początku nie był – i nigdy nie będzie – rzeczywistością idylliczną, kuszącą ułudą mitycznej szczęśliwości, którą można zbudować tu i teraz. Bez bólu, wyrzeczenia, cierpienia. To twarda walka o kształt codzienności: „Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: ’znam Go’, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy” – pisze św. Jan. To wspólnota ludzi grzesznych, poranionych w widzialnych i niewidzialnych bitwach. Do bólu realna. Posiada jednak – dzięki ranom Chrystusa – moc przywracania utraconej jedności.

Bez dotyku Chrystusowych ran realna staje się pokusa budowania rzeczywistości, którą Michael Voris w swojej książce „Kościół walczący. Jak wskrzesić autentyczny katolicyzm” nazywa „Church of nice” – polski wydawca przetłumaczył te słowa jako „milutki Kościółek”. Dbający, aby nikomu się nie narazić, niosący dobre samopoczucie i nieporuszający sumienia, stanowiący „połączenie napędzanego emocjami kompromisu ze światem, którego celem jest to, by nie obrazić nikogo – z wyjątkiem Boga”. Niedrażniący wiernych opowieściami o krzyżu, cenie odkupienia, wycinający z nauczania całe Kazanie na górze. Oparty na ludzkich wyobrażeniach i im całkowicie podporządkowany. To droga donikąd.

 

Ks. Paweł Siedlanowski