• Niedziela, 14 kwietnia 2024

    imieniny: Justyny, Waleriana

Przemysł zbrojeniowy musi być w polskich rękach

Poniedziałek, 18 marca 2024 (18:33)

Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem

Spróbujmy podsumować wizytę prezydenta
i premiera w Białym Domu. Mamy finalizację umowy zakupu 96 śmigłowców szturmowych Apache oraz potwierdzenie przez prezydenta Dudę budowy w Polsce elektrowni jądrowej. Tylko czy proniemiecki rząd Tuska będzie kontynuował ten amerykański kierunek?

– Tego nie wiemy i zdaje się tego nie wiedzą też obecnie rządzący w Polsce. Decyzje, które zapadły za rządów Zjednoczonej Prawicy, zarówno jeśli chodzi o zakup amerykańskiego uzbrojenia, jak i wybór firmy Westinghouse jako wykonawcy pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej, były – jak wiemy – kwestionowane przez ekipę Donalda Tuska. Zdaje się jednak, że nacisk Amerykanów rozstrzygnął o tym, że rządzący zmienili zdanie. Czy jednak do końca, wcale nie jestem o tym przekonany, bo – jak wiemy – można się zgodzić na różne rzeczy, ale realizować przedsięwzięcie to inna sprawa, jak to już raz było za rządów koalicji PO – PSL, kiedy rząd przyjął uchwałę o rozwoju energetyki jądrowej, była mowa o wręcz cywilizacyjnym wyzwaniu, powstała nawet spółka ds. budowy elektrowni atomowych, szef tej jądrowej spółki zarabiał ładne pieniądze, a efekty były takie, że nawet nie wybrano miejsca lokalizacji. Biorąc więc pod uwagę doświadczenia i wiarygodność tej „koalicji 13 grudnia”, można w tej chwili powiedzieć, że nic nie wiemy. W tych dziwnych czasach, czasach chaosu, pomieszania pojęć,
w całym tym rozgardiaszu w sferze politycznej, gospodarczej, ideologicznej, jaki ma miejsce w Unii Europejskiej, efekty tego dotarły też do nas i mają wpływ na sytuację w Polsce. Źle to wygląda.

Zauważył Pan, że nawet rządzący dzisiaj chyba nie wiedzą, czy wspomniane projekty strategiczne, biorąc pod uwagę kierunek, będą kontynuowane. Wygląda więc na to, że o ile wcześniej decyzje dotyczące m.in. sfery militarnej i energetycznej zapadały
w Warszawie, to teraz będą podejmowane
w Berlinie.      

– Wyraźnie istnieje sprzeczność interesów między tym, co chce osiągnąć Berlin, a tym, co chciałby czy chce osiągnąć Waszyngton. W tę sprzeczność uwikłała się polska polityka, a rządząca „koalicja 13 grudnia” wyraźnie dystansuje się od Waszyngtonu i woli raczej słuchać Berlina. Z drugiej strony Stany Zjednoczone mają duże wpływy, bo jest to supermocarstwo i z pozycji Tuska trudno się takiemu graczowi postawić.    

Czyli Polska wyrasta na głównego sojusznika Stanów Zjednoczonych w Europie, tylko że obecna władza niekoniecznie chce przyjąć to do wiadomości?

– Tak to mniej więcej wygląda. Stany Zjednoczone chcą oczywiście utrzymać istniejący ład międzynarodowy, który gwarantują w świecie – ład, który powstał po rozpadzie Związku Sowieckiego. Tylko że sytuacja w świecie jest dynamiczna, zmienia się, w efekcie powstały poważne siły, które nie tylko kwestionują ten Pax Americana, co chcą mu zagrozić. W związku z tym Stany Zjednoczone znalazły się w nieciekawym położeniu. Dlatego po stronie Waszyngtonu pojawia się bardzo poważna obawa, czy dysponuje wystarczającymi siłami, aby zapanować nad sytuacją we wszystkich punktach zapalnych, gdzie wspomniany ład będzie zagrożony. Nic więc dziwnego, że Amerykanie szukają partnerów, z którymi mogliby wspólnie ten ład utrzymać – zakładając, że ci partnerzy też będą zainteresowani współpracą, aby ten nowy ład powstały po rozpadzie Związku Sowieckiego zachował swoją wartość. Jeśli chodzi o Europę, to nic dziwnego, że ze strony poprzedniego amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa padały bardzo ostre, wręcz strofujące wypowiedzi o tym, że Niemcy nie chcą łożyć na obronę ustalonej w NATO składki w wysokości 2 procent PKB. Waszyngton miał świadomość, że Berlin woli gospodarczo współpracować
z Moskwą, a więc z ośrodkiem, który w tej chwili najbardziej kwestionuje amerykański ład międzynarodowy. W związku z tym już nie Niemcy są dziś głównym partnerem Stanów Zjednoczonych – jak to było w czasach tzw. zimnej wojny – ale Polska zaczęła się jawić jako ośrodek współpracy. Zjednoczona Prawica w ten projekt weszła i Polska zaczęła odgrywać rolę głównego sojusznika Stanów Zjednoczonych w Europie. Tylko że teraz – po
13 grudnia 2023 roku – mamy sytuację, że nastąpiła zmiana władzy, a nowa ekipa pod przywództwem Donalda Tuska nie chce się tak mocno jak poprzednicy angażować
w związki amerykańskie, upatrując raczej korzyści
w symbiozie z Niemcami. I stąd wynika cały problem.

Nic więc dziwnego, że po wizycie w Białym Domu Tusk pojechał zdać relację do Berlina, gdzie spotkał się kanclerzem Scholzem
i prezydentem Macronem. Jaką rolę Tusk pełni we wskrzeszonym formacie Trójkąta Weimarskiego?

– Myślę, że było to wezwanie na dywanik po to, żeby go zdyscyplinować, żeby za dużo nie myślał, i przywołać go do porządku. Tuskowi nie wypadało wymiksować się z wizyty w Białym Domu i Amerykanie, zdaje się, zakomunikowali mu, że zależy im bardzo, żeby Polska dalej spełniała rolę oparcia europejskiego dla Stanów Zjednoczonych.
W związku z tym, wracając do Warszawy, musiał stanąć przed majestatem Trójkąta Weimarskiego i zameldować Scholzowi i Macronowi, czego sobie życzą w Waszyngtonie. Natomiast jako prezent w ramach wdzięczności Tusk otrzymał dla Polski 2,1 miliona euro na zwiększenie zdolności produkcyjnych amunicji artyleryjskiej.

Różnie jest interpretowany ten „bezmiar” unijnej łaski. „Koalicja 13 grudnia” mówi, że sprawę zawalił rząd PiS, bo to za poprzedniej władzy zostały złożone aplikacje do konkursu, z kolei obecna opozycja odbija piłeczkę i twierdzi, że można było renegocjować umowy. Tak czy inaczej nawet łączna suma pół miliarda euro, jakie Komisja Europejska wysupła ze swojej kasy na produkcję amunicji artyleryjskiej, jest śmieszna w porównaniu z setkami amerykańskich miliardów dolarów?

– Dokładnie. To są żarty, pieniądze są rzeczywiście niewielkie. Przekonanie, że za pomocą 500 milionów euro uda się odbudować potencjał zasobów amunicyjnych
w magazynach armii państw europejskich, jest wręcz humorystyczne. To prawda, że jeszcze rząd Zjednoczonej Prawicy składał te wnioski, wiadomo też, że do programu zgłosiły się trzy polskie firmy: Dezamet, Nitrochem i Mesko. Polska wnioskowała o blisko 11 milionów euro, a otrzymaliśmy zaledwie 2,1 miliona euro, zaś Niemcy
– 3 spółki potentata Rheinmetall w Niemczech, Hiszpanii
i na Węgrzech – dostaną łącznie aż 170 milionów euro. To pokazuje, że nawet w tym – jak się mówi – wskrzeszonym przez Tuska Trójkącie Weimarskim Polska nie jest traktowana poważnie.

Czego należało oczekiwać?

– Myślę, że niezależnie od tego, za jakiej władzy te wnioski były składane, ważne było, żeby Polska te środki otrzymała. Nie są to jakieś astronomiczne kwoty, ale tu chodzi bardziej o pozycję i poważne podejście, poważne potraktowanie naszego kraju. Wspomniane zakłady wnioskowały o 11 milionów euro i trudno mi powiedzieć, dlaczego tylko tyle, być może uznano, że nie są w stanie więcej zaabsorbować, ale nie w tym jest sedno. Problem nie jest też w tym, że od tych unijnych środków zależą nasze zapasy amunicyjne, bo cały ciężar spoczywa na naszych władzach i na naszej zbrojeniówce, żeby nasze zasoby były odpowiednie. Tym bardziej nie ma co liczyć tutaj zwłaszcza na Komisję Europejską, że środkami zewnętrznymi uda się coś poprawić. Natomiast chodzi raczej o kwestię współpracy, autorytetu, szacunku, a więc o to, jak traktowana jest Polska przez głównych decydentów, czyli – po pierwsze – przez Berlin i Paryż, a po drugie – przez Waszyngton. Jak wygląda ten szacunek ze strony Niemiec i Francji, to widać chociażby przy podziale środków na dofinansowanie produkcji amunicji czołgowej i artyleryjskiej. Z kolei od Stanów Zjednoczonych jest zgoda na zakup 96 śmigłowców szturmowych Apache, co więcej, otrzymamy pożyczkę
w wysokości 2 miliardów dolarów na zakup tego sprzętu.
I to jest wymierny efekt współpracy czy traktowania partnera, sojusznika. Jak to się ma do 2 milionów euro od Komisji Europejskiej, to chyba nie ma co komentować.

Tylko że Tusk przed wyborami mówił, że w Europie to nikt go nie ogra.

– Donald Tusk mówił i mówi różne rzeczy, ale chyba nikt poważny nie wierzy w jego obietnice. Zresztą jak można tej ekipie wierzyć, skoro dwóch „liderów” tej formacji: Radosław Sikorski i Jan Rostowski, kiedyś naśmiewało się na słynnych taśmach, że obietnice wyborcze zobowiązują tylko tych, którzy w nie wierzą, a dwa razy obiecać to jak raz dotrzymać. I taka jest wiarygodność tych ludzi. Nic więc dziwnego, że Donald Tusk obiecuje na prawo i lewo, co więcej, uważa, że to wystarczy, ale to świadczy o tym, jak traktuje Polskę i Polaków.

Czy 0,42 proc. z puli 500 milionów euro, jakie otrzyma polski Dezamet, nie należy traktować jako karę za to, że kupujemy sprzęt w Stanach Zjednoczonych, a nie od Niemiec czy Francji?

– To jest bardzo prostackie zachowanie wobec Polski, co świadczy przede wszystkich o unijnych decydentach, partnerach politycznych Donalda Tuska i całej tej „koalicji 13 grudnia”. Natomiast to pokazuje też, na kogo możemy liczyć, na pewno nie na Unię Europejską. Szkoda tylko, że kolejny raz musimy się o tym przekonywać, ale ważne, czy potrafimy z tego wyciągnąć wnioski. Musimy sobie wreszcie uświadomić, że ze strony unijnej żadnej pomocy nie będzie. Skoro nie było wsparcia w 1939 roku, to na próżno liczyć, że inaczej byłoby dzisiaj. Obyśmy się tylko nie musieli o tym gorzko przekonywać.

Wracając jeszcze do kwestii owych 2,1 milionów euro z unijnej kasy na wsparcie artyleryjskie, to dzisiaj wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz spotkał się
z ministrem obrony Niemiec Borisem Pistoriusem. Skoro według niektórych polski przemysł zbrojeniowy jest niewydolny,
to  Niemcy nie będą próbowali nam „pomóc”?

– Nic mi nie wiadomo, żeby niemiecki przemysł zbrojeniowy stał aż tak dobrze, żeby brać z niego przykład. Niemiecki Rheinmetall wprawdzie ma otrzymać 170 milionów euroz unijnej puli liczącej 500 milionów euro, ale to – biorąc pod uwagę materię – jest raczej na chusteczki do nosa. Nie ma więc o czym mówić. Natomiast rzeczywiście były minister obrony w rządzie Zjednoczonej Prawicy, Mariusz Błaszczak, mówił ostatnio, że podobno po stronie rządzącej „koalicji 13 grudnia” pojawił się pomysł, żeby polskie zakłady produkujące amunicję sprzedać Niemcom, że Niemcy ponoć są tym obszarem zainteresowani. I to rzeczywiście jest bardzo niebezpieczne. Przemysł zbrojeniowy musi być w polskich rękach. Pozbyliśmy się już przemysłu śmigłowcowego i nie powiem, żeby to nam wyszło na  dobre. Natomiast jeśli pozbylibyśmy się jeszcze dodatkowo przemysłu produkującego amunicję, i to na rzecz Niemców, to chroń nas, Panie Boże.

            Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki