• Środa, 25 marca 2026

    imieniny: Marii, Wieńczysława

Tylko dla twardzieli

Czwartek, 11 kwietnia 2013 (02:05)

Z Tomaszem Zakrzewskim, mistrzem świata w bojerach,
rozmawia Piotr Skrobisz

 

 

Bojery to bodaj jedyna sportowa dyscyplina, w której do końca nie wiadomo, czy, kiedy i gdzie rozegrane zostaną najważniejsze imprezy.

– Może nie tyle nie wiadomo, czy się odbędą, ale gdzie. Decydującą rolę odgrywają warunki pogodowe. Często się zdarza, że kraj X organizujący zawody musi jechać do kraju Y, by tam je przeprowadzić. Przykładowo, mistrzostwa Europy, które w marcu odbyły się na Jeziorze Siemianowskim, przeprowadziła flota fińska. O szczegółach dowiadujemy się niekiedy na cztery dni przed startem. Do tego czasu siedzimy na walizkach, czekając na oficjalny komunikat.

Nie jest to męczące?

– Bywa, jeśli okazuje się, przykładowo, że będziemy musieli podróżować promem. Z drugiej strony ten czynnik niewiadomej jest wpisany w istotę bojerów, możemy podróżować do wielu krajów Europy, nie tylko mroźnych. Rywalizowaliśmy już na węgierskim Balatonie czy jeziorze Lipno w Czechach. Bojery to przygoda…

…która w tym roku okazała się dla Pana wyjątkowo udana. Mistrzostwo świata i wicemistrzostwo Europy to chyba powód do wielkiej satysfakcji?

– Oczywiście, to najlepszy rok w mojej karierze, choć mistrzem świata już byłem wcześniej. Wszystkie te sukcesy były wynikiem kilku bardzo złożonych projektów, które od pewnego czasu prowadzę z moim sparingpartnerem Robertem Graczykiem. Postawiliśmy przed sobą cel, by w ciągu trzech lat zacząć stawać na podium najważniejszych imprez. Udało się go zrealizować w stu procentach, w tym sezonie ja zdobyłem na mistrzostwach świata złoto, a Robert srebro.

A potem Pan został wicemistrzem Europy, a Karol Jabłoński mistrzem. Dlaczego Polska jest bojerową potęgą?

– Z kilku przynajmniej powodów. Jednym jest spuścizna pozostawiana przez dawnych mistrzów. Nie jest bowiem tak, że sukcesy zaczęliśmy odnosić teraz, wspaniałych zawodników mieliśmy już przed 40 laty. Ich doświadczenie przekazywane następcom dawało nam istotną przewagę nad konkurentami. Było na kim się wzorować, skąd czerpać informacje na temat przygotowania technicznego czy taktycznego. Polską flotę tworzyło i tworzy środowisko bardzo otwarte na wymianę wiedzy, na wspólne treningi, poszukiwania nowych rozwiązań. Ta otwartość powoduje, że jesteśmy w stanie do regatowego życia szybciej wdrażać każdego rodzaju rozwiązania. Poza tym spędzamy na lodzie wiele godzin. Sezonu nie zaczynamy w grudniu, gdy przy sprzyjających warunkach w Polsce pojawiają się takie możliwości, tylko w połowie listopada regatami Wszystkich Świętych w Finlandii. Zdarza się, że wędrujemy aż pod koło podbiegunowe, czyli pokonujemy prawie dwa tysiące kilometrów, by przez dwa, trzy dni potrenować w miejscu, gdzie dzień trwa pięć godzin i nie zawsze wieje wiatr. To jest poświęcenie, to jest wyrzeczenie, które potem owocuje wynikami. Z Finlandii udajemy się zazwyczaj na regaty do Szwecji, no a gdy warunki lodowe pojawiają się w Polsce, zaczynamy regularną pracę. Jesteśmy bodaj jedyną nacją, która tak dużo podróżuje, trenuje, stara się doskonalić swoje umiejętności.

Bojerowcy to hobbyści w całym tego słowa znaczeniu?

– W całym. Bojery to doskonały obszar do wydawania pieniędzy, o ich zarabianiu nie ma mowy. Nawet nagrodą za mistrzostwo świata nie są pieniądze, tylko puchar, i to przechodni, który trzeba oddać, gdy się tytułu nie obroni. U zawodnika pozostanie wówczas co najwyżej okolicznościowa plakietka. Chcąc zatem rywalizować na najważniejszych zawodach, trzeba co chwilę optymalizować budżet. W lata nieparzyste mistrzostwa świata odbywają się w USA lub Kanadzie, w parzyste w Europie. W tym drugim przypadku możemy w ciągu tygodnia zamknąć blok mistrzostw świata i Europy, w pierwszym trzeba szykować dwie odrębne wyprawy.

Zdobywanie na nie pieniędzy jest dodatkowo utrudnione przez zakaz umieszczania reklam na żaglach.

– Przepisy zabraniają umieszczania reklam nie tylko na żaglach, ale i na pozostałych elementach wyposażenia z wyjątkiem małego logo producenta. Bojery są sportem białym, amatorskim. Oczywiście zawodnicy mogą mieć cichych sponsorów, ale ci nie mają co liczyć, że nazwa ich firmy przy okazji zawodów gdzieś się pojawi.

Co pięknego dostrzega Pan w bojerach?

– Prędkość. Możemy rozpędzić się do grubo ponad 100 km/h. Wrażenie, proszę mi wierzyć, jest niesamowite, lecimy (warto pamiętać, że my latamy, nie pływamy) w pozycji horyzontalnej mniej więcej 30 centymetrów nad lodem i wydaje nam się, że pędzimy znacznie, znacznie szybciej niż w rzeczywistości. Bez możliwości zahamowania, tylko z opcją zmiany kursu. To sport szalenie dynamiczny, widok kilkudziesięciu ślizgów okrążających znak w ciągu kilku-kilkunastu sekund robi wrażenie. To sport techniczny, w którym ogromną rolę odgrywa przygotowanie sprzętu. Nie znosi fuszerki, bezlitośnie punktuje wszystkie błędy zawodnika, który gdzieś się pomylił albo coś zaniedbał. To sport dla twardzieli. Startujemy przy temperaturach rzędu minus 15 stopni Celsjusza, przy wysokich prędkościach odczuwalna temperatura wynosi około minus 30. Jesteśmy ubrani tylko w polarową bieliznę, na którą zakładamy elastyczny kombinezon. Na nogach mamy kolce lekkoatletyczne. Regaty są tak wyczerpujące, że kończymy je totalnie spoceni.

Co w większym stopniu decyduje o sukcesie: człowiek czy sprzęt?

– Czołówka rywalizuje na praktycznie identycznym sprzęcie. Jest dwóch producentów masztów i żagli, także płozy zdominował jeden rodzaj stali. Jadąc na mistrzostwa świata, trzeba się liczyć z wydatkiem rzędu 100 tysięcy złotych. Wygrywają ci, którzy potrafią najlepiej zoptymalizować swój sprzęt i przygotować go do różnych warunków – czy to lodowych, czy wietrznych. Czasami lód jest czarny, czasami pokryty wodą lub śniegiem – mokrym albo suchym. Dopasowanie płóz jest kluczem, tajemnicą, procesem odbywającym się z wręcz zegarmistrzowską precyzją.

Ile razy musi Pan zostać mistrzem świata, by zdobyć na własność puchar przechodni?

– Regulamin nie przewiduje takiej sytuacji. Trzech zawodników trzykrotnie sięgało po mistrzostwo, ale w końcu puchar musieli oddać. Ja mam dwa tytuły, będę szczęśliwy, jeśli za rok do tego grona dołączę. Organizatorem mistrzostw świata i Europy będzie bowiem Polska i mam nadzieję, że tym razem aura okaże się łaskawa i zawody przeprowadzimy na własnym podwórku.

Dziękuję za rozmowę.