• Niedziela, 14 kwietnia 2024

    imieniny: Justyny, Waleriana

Prężenie muskułów przez Moskwę

Piątek, 1 marca 2024 (21:21)

Rozmowa z prof. Romualdem Szeremietiewem

Szef Pentagonu Lloyd Austin, zeznając przed Komisją Sił Zbrojnych Izby Reprezentantów, stwierdził, że bez wsparcia Ukraina przegra, co doprowadzi do wojny NATO z Rosją, i że Putin nie ustanie w próbach zaatakowania swoich sąsiadów. Jak należy czytać ten wywód Austina?

– Mimo wszystko traktowałbym tę wypowiedź jako element gry politycznej w Stanach Zjednoczonych i toczącej się kampanii prezydenckiej. Jak wiadomo, republikanie blokują kolejne wsparcie w wysokości 60 mld dol. dla Ukrainy, domagając się zmian w amerykańskiej polityce migracyjnej i stanowczych rozstrzygnięć w kwestii napływu imigrantów. W związku z tym sprawa pomocy dla Ukrainy stała się kartą przetargową – moim zdaniem – w wewnętrznych sprawach. Dlatego lepiej niż Lloyd Austin oceniam sytuację, jeśli chodzi o to, co w tej chwili dzieje się na Ukrainie – w kwestiach militarnych i toczącej się wojny między Kijowem i Moskwą.

Nie wydaje mi się też, żeby Rosja dysponowała dzisiaj odpowiednimi siłami, przy pomocy których mogłaby przeprowadzić jakieś strategiczne rozstrzygnięcia. W moim przekonaniu mamy sytuację, gdzie wprawdzie Ukrainie nie powiodła się kontrofensywa, co więcej, gdzieniegdzie Ukraińcy się wręcz cofają na froncie przed rosyjskim natarciem, ale nie są to ruchy aż tak istotne z punktu widzenia całości frontu. Nie wydaje mi się też, żeby Rosja miała odpowiednie siły, które mogłyby przełamać ukraińską obronę i uderzyć, nie mówiąc już o prowadzeniu wojny z Sojuszem Północnoatlantyckim.

Reasumując – moim zdaniem – aż tak źle, jak to rysuje Lloyd Austin, to nie wygląda. Dlatego raczej od strony wewnętrznych spraw czytałbym tę wypowiedź szefa Pentagonu, który zeznawał przed Komisją Sił Zbrojnych amerykańskiej Izby Reprezentantów w sprawie dotyczącej ukrywania przed władzami i opinią publiczną faktu swojej hospitalizacji na początku stycznia br.

Czyli nie ma powodów do paniki?

– Z uwagi na toczącą się wojnę sytuacja w naszym regionie jest bardzo niepokojąca, ale z innej perspektywy. Zgadzam się z opinią, jaką wygłosił europoseł Jacek Saryusz-Wolski – mianowicie że Niemcy postarały się, żeby wygenerować konflikt między Polską a Ukrainą tak, aby uniemożliwić zbudowanie sojuszu Międzymorza, który Polska pod rządami Zjednoczonej Prawicy usiłowała stworzyć. W tym projekcie miała uczestniczyć także Ukraina. Wspomniany konflikt między Warszawą a Kijowem jest też w interesie Rosji, która jest zainteresowana, żeby w tym rejonie Europy nie powstała żadna siła, która byłaby w stanie powstrzymać nacisk rosyjski. I tu – w jednym miejscu – zbiegają się interesy rosyjskie i niemieckie.

Sytuacja stała się więc niedobra, ponieważ w Polsce do władzy doszły siły, które świetnie się układają wobec zamiarów niemiecko-rosyjskich – zresztą tak jak to bywało już wcześniej za poprzednich rządów Tuska, kiedy odbywał się tzw. reset. Na to wszystko nakłada się to, czego nie można wykluczyć, mianowicie że Stany Zjednoczone niekoniecznie będą wspierać Ukrainę tak, jak to robiły dotąd. Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba powiedzieć, że sytuacja wygląda niedobrze.

Jak to wszystko ma się do planów wyrażonych przez prezydenta Macrona, który w poniedziałek – w Paryżu – zorganizował spotkanie europejskich przywódców, i uważa, że choć nie ma decyzji w sprawie oficjalnego wysłania wojsk lądowych państw NATO na Ukrainę, to nie oznacza, że taka decyzja nie zapadnie w przyszłości?

– Są dwa scenariusze: mianowicie że prezydent Francji, mówiąc dosadnie, chlapnął coś, nie zastanawiając się za bardzo nad wagą tych słów, ale są też i tacy, którzy podejrzewają, że mamy do czynienia z próbą stworzenia alibi dla wymuszania na Ukrainie, żeby się poddała i przystąpiła do negocjacji z Rosją. Jak widać, propozycja rzucona przez Emmanuela Macrona o wysłaniu na Ukrainę armii nie znalazła uznania i poparcia innych państw Unii Europejskiej, co więcej, stanowczo wobec tego planu sprzeciwiły się Niemcy. Są też i tacy, którzy twierdzą, że Macron zrobił to, żeby powiedzieć, że chciał pomóc Ukrainie, ale skoro nikt nie chce się przyłączyć do tego projektu, to nie ma wyjścia, dlatego muszą zostać podjęte rozmowy pokojowe.

Czy nie jest też tak, że ktoś próbuje wciągnąć nas w tę wojnę, bo zdaje się, że na reakcję Kremla na wynurzenia Macrona długo nie trzeba było czekać, bo Putin osobiście podczas wczorajszego dorocznego orędzia kolejny raz zagroził bronią jądrową...

– Takie zachowanie jest w stylu Rosji. Prężenie muskułów – to od lat element propagandy rosyjskiej używanej przy różnych okazjach. Inna rzecz, że Putin miał przecież z Macronem dobre relacje i przed, i po inwazji rosyjskiej na Ukrainę. Nie tylko kanclerz Olaf Scholz, ale także prezydent Francji wiele razy kontaktował się z Putinem. Nie sądzę więc, żeby Putin uznał, że nagle pojawił się „jastrząb” Macron, który straszy, że Europa militarnie oraz żołnierzami wesprze Ukrainę, w związku z tym zagroził odpowiedzią nuklearną. Tak nie uważam, natomiast sądzę, że to wszystko jest grą, która – jak już wspomniałem – ma doprowadzić do tego, żeby Ukraina skapitulowała, a Niemcy oraz Francja mogły powrócić do dawnych relacji gospodarczych z Rosją.

A jak Polska jest przygotowana do ewentualnej agresji ze strony Rosji? Czy nasze siły odstraszania są wystarczające? Pytam o to w kontekście pozorowanych przez Tuska i Laska audytów dotyczących budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Czy nie chodzi tu o storpedowanie tej inwestycji? Ci ludzie nie mają świadomości, że bez tego projektu nie będziemy nawet w stanie przyjąć wsparcia ze strony naszych sojuszników?

– Maciej Lasek to – zdaje się – mówił nawet, że niebezpiecznie jest mieć u siebie taki port komunikacyjny, bo to może ściągnąć na nas działania Rosji i próby zniszczenia tego hubu. Dla mnie takie podejście to jakiś nonsens. Proszę jednak pamiętać, że „koalicja 13 grudnia” i tworzący ją politycy z Tuskiem na czele to są ludzie zależni od niemieckiego ośrodka decyzyjnego i w mniejszym stopniu, choć także, od ośrodka francuskiego. Dlatego działania tej ekipy traktowałbym nie jako samodzielną politykę, którą powinien prowadzić polski rząd, tylko jako dostosowywanie się do tego, co chcą osiągnąć Niemcy. Tak było poprzednio, kiedy Platforma wespół z PSL-em rządziła w Polsce, i wygląda, że tak jest i dzisiaj.

Wicepremier Kosiniak-Kamysz i ambasador Brzezinski podpisali wczoraj umowę między Stanami Zjednoczonymi a Polską na zakup zintegrowanego systemu dowodzenia obroną przeciwlotniczą i przeciwrakietową IBCS dla programów „Wisła” i „Narew”. To realnie wzmocni naszą obronność?

– Z całą pewnością jest to najnowocześniejszy system, jaki jest dzisiaj dostępny. Co więcej, Polska będzie drugim państwem po Stanach Zjednoczonych, które będzie posiadać tego typu system zintegrowanego dowodzenia i łączności. Swoją drogą jest to sfinalizowanie kontraktu wynegocjowanego z Amerykanami jeszcze przez poprzednie kierownictwo resortu obrony i min. Mariusza Błaszczaka. Stany Zjednoczone, jak wiemy z praktyki, potrafią pilnować swoich interesów – zwłaszcza w miejscach, gdzie chodzi o duże pieniądze. Kosiniak-
-Kamysz i cała ta ekipa, którzy mówili o rewizji kontraktów zbrojeniowych zawartych przez poprzedni rząd, nie są aż tak odważni, żeby się przeciwstawić Amerykanom i powiedzieć, że zrywają umowy. Dlatego można powiedzieć, że minister Kosiniak-Kamysz zrobił w tym wypadku to, co musiał zrobić.

Tylko czy to nie przeszkadza Tuskowi, który nie kryje swoich sympatii niemieckich?

– Nie bardzo wiem, jak Donald Tusk miałby się postawić Stanom Zjednoczonym, które są znacznie mocniejsze od Niemiec czy w ogóle od Unii Europejskiej. Dlatego to machanie szabelką przez Tuska na niewiele się zda. To nie jest tak, że skoro Niemcy nie życzą sobie obecności Amerykanów w Europie i chętnie by się ich pozbyli, bo chcą robić interesy z Moskwą i Pekinem, to my, słuchając poleceń z Berlina, też pomachalibyśmy Amerykanom na pożegnanie. Tusk i jego „koalicja 13 grudnia” choćby się bardzo starali, to nie są w stanie tego zrobić i zrezygnować z amerykańskiego sprzętu wojskowego. Oczywiście będą manipulować, kombinować, lawirować – tak jak to Tusk potrafi, ale nie jest w stanie nic zrobić.

Czy poziom 300 tysięcy żołnierzy, do czego dążyło poprzednie kierownictwo MON, co dałoby Polsce pozycję największej armii lądowej NATO w Europie, teraz – po objęciu rządów przez „koalicję 13 grudnia”, to tylko mrzonki, czy jest to wciąż realne do wykonania?

– W tej sprawie prawdę powiedział były minister obrony w rządzie koalicyjnym PO-PSL, Tomasz Siemoniak, który dzisiaj zawiaduje służbami specjalnymi. Stwierdził on mianowicie, że Polska nie ma potencjału demograficznego, żeby stworzyć trzystutysięczną armię. Nie słyszałem też żeby min. Władysław Kosiniak-Kamysz złożył jakieś dementi wobec stwierdzenia Siemoniaka i żeby powiedział, iż wprost przeciwnie – mamy odpowiedni potencjał, w związku z czym będziemy kontynuować to, co rozpoczął rząd Zjednoczonej Prawicy. Tymczasem bezwzględnie powinniśmy dążyć do budowy takiej armii, bo tylko duża, dobrze wyposażona i odpowiednio dowodzona armia, z należytym potencjałem, będzie w stanie odstraszać potencjalnego agresora.

A może powinniśmy powrócić do obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej?

– Podstawowy problem, jaki mamy, jest taki: skąd wziąć wystarczającą liczbę żołnierzy, przeszkolonych obywateli, którzy w sytuacji zagrożenia będą w stanie wypełnić szeregi armii, chwycić za broń i stanąć w obronie Ojczyzny? Proszę też pamiętać, że armia czasu pokojowego i armia czasu wojennego znacząco się różnią. W sytuacji zagrożenia zwiększa się liczebność wojska, są też odpowiednie wskaźniki, do jakich rozmiarów taka armia powinna się rozwinąć. Zatem stan nawet trzystu tysięcy, jaki osiągnęlibyśmy – dajmy na to – w okresie pokojowym, może nie wystarczyć. W momencie obcej agresji trzeba mieć możliwości, żeby co najmniej dwu-, jeśli nie trzykrotnie taką armię rozwinąć w oparciu o przeszkolonych wojskowo rezerwistów. Czy uda nam się uzyskać taką liczbę rezerwistów bez przywracania obowiązkowego poboru do wojska – osobiście w to wątpię.

            Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki