• Niedziela, 3 maja 2026

    imieniny: Marii, Antoniny, Świętosławy

Dziś w „Naszym Dzienniku”

Otwórzmy się na Chrystusa

Niedziela, 24 grudnia 2023 (17:57)

Z ks. bp. Sławomirem Oderem, ordynariuszem gliwickim rozmawia Sławomir Jagodziński

To pierwsze święta Bożego Narodzenia, które będzie Ekscelencja przeżywał jako biskup, jako ordynariusz gliwicki. Czy wiążą się z tym jakieś przemyślenia i odczucia?

– Muszę powiedzieć, że od samego początku mojej posługi biskupiej ważnym przedmiotem mojego bardzo intensywnego doświadczenia jest wymiar duchowego ojcostwa, który towarzyszy tej misji. Ten wymiar zawsze obecny był też w kapłaństwie, ale w posłudze biskupa jeszcze bardziej się uaktywnia. Posługa ojcostwa, przynajmniej w moim domu, szczególnie uwidaczniała się w czasie wieczerzy wigilijnej, która była zawsze wydarzeniem rodzinnym. Pamiętam z czasów, kiedy mogłem jeszcze w niej uczestniczyć, że takim głównym „liturgiem” był właśnie ojciec, i to był zawsze moment wyjątkowego przeżycia wspólnoty, przeżycia własnej religijnej tożsamości w kontekście tajemnicy wcielenia Boga. W życzeniach, które tato składał nam wszystkim przy stole, była troska o to, co będzie, wdzięczność za to, co było, i za to, co przeżywaliśmy w tej chwili. To jest coś takiego, czego w szczególny sposób doświadczam intensywnie teraz.

To są refleksje i odczucia, które powracają w moim sercu teraz, kiedy już jako biskup przeżywam moje pierwsze święta tutaj, w diecezji gliwickiej. Liczne spotkania z kapłanami, wiernymi w parafiach i różnymi wspólnotami, a także doświadczenie ich problemów pragnę przeżywać w tym wymiarze ojcostwa. Dziękować za dobro, którego doświadczyliśmy, być wdzięcznymi za dziś i prosić z troską Pana Boga, który do nas przychodzi, o błogosławieństwo na przyszłe wyzwania.

A czy są takie święta Bożego Narodzenia sprzed lat, które jakoś szczególnie ciepło Ksiądz Biskup wspomina?

– No cóż, to są takie wydarzenia bardzo osobiste. Wyjechałem do Rzymu w 1985 r. Później ten okres mojego tam pobytu przez wiele lat był związany z trudnością powrotu do domu rodzinnego, z różnych przyczyn. Początkowo to były kwestie administracyjne, niemożliwość uzyskania wizy na podróżowanie pomiędzy Polską, która jeszcze pozostawała wtedy w innym układzie politycznym, a Włochami, gdzie przebywałem na studiach. To była też kwestia ekonomiczna, byłem przecież i seminarzystą, i studentem. Podróżowanie to więc wcale nie było takie proste. Święta przeżywane w tym okresie emigracji, poza domem rodzinnym, przez wiele lat kojarzyły mi się z tęsknotą, z pragnieniem bycia we wspólnocie rodzinnej.

Chociaż Boże Narodzenie bardzo często spędzałem w domach moich przyjaciół, Włochów, kolegów, którzy mnie zapraszali, to jednak zawsze brakowało tego czegoś, co stanowiło o polskości. W późniejszym czasie, kiedy sytuacja społeczno-polityczna zmieniła się, starałem się już być w moim domu rodzinnym na wigilię, na święta. I wtedy to były takie najpiękniejsze chwile, bo one gromadziły nas wszystkich wokół moich rodziców, którymi mogłem się cieszyć bardzo długo w moim życiu i, Bogu dzięki, mama jest nadal z nami. Gromadziły właściwie całą rodzinę. To była jedna z nielicznych okazji, kiedy mogliśmy się spotkać. Wspomnienie świąt Bożego Narodzenia jest więc przede wszystkim wspomnieniem radosnej wspólnoty, dzielenia się opłatkiem, śpiewania kolęd.

Pamiętam też właściwie ostatnią moją emigracyjną wigilię, którą spędziłem już w Polsce. Było to związane z faktem, że mój tato zachorował. Był po udarze. A więc sytuacja była bardzo poważna. Pamiętam, że to była taka pierwsza wigilia, kiedy nie było go przy stole. Chociaż był jeszcze obecny fizycznie, ale właściwie nie mógł już zasiąść do stołu. To było po ludzku bardzo trudne, ale Syn Boży stał się człowiekiem i przyjął na siebie nawet to, co bardzo trudne. To jest źródłem pocieszenia i nadziei. On jest Emmanuelem – Bogiem z nami.

Najwięcej jednak wspomnień wiąże się z rodzinną radością w Boże Narodzenie. Gdy moje rodzeństwo zawarło związki małżeńskie i potem pojawiły się dzieci, to trzeba było, aby ktoś się przebrał za Świętego Mikołaja przynoszącego prezenty. Często to byłem ja, bo mnie najmniej widziano w domu… To były piękne chwile.

Był Ksiądz Biskup postulatorem procesów beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Ojca Świętego Jana Pawła II. Cały czas prowadzi Ekscelencja proces beatyfikacyjny rodziców Papieża Polaka. Czego możemy się nauczyć od tej wyjątkowej rodziny, jeśli chodzi o przeżywanie świąt takich jak Boże Narodzenie?

– W dokumentacji, która została zebrana, nie ma specyficznych odniesień do tych chwil. Właściwie wszyscy świadkowie tamtych wydarzeń są już po drugiej stronie życia. Ale w związku z tym pytaniem przychodzi mi na myśl pewne wspomnienie, które miało miejsce zaraz na początku mojego pobytu w Rzymie. Na czas świąt Bożego Narodzenia byłem gościem Kolegium Polskiego w Rzymie. Była nas tam niewielka grupka osób, kilka sióstr, rektor, dwóch kleryków i paru księży. W pierwszy albo drugi dzień świąt zadzwonił telefon. Sekretarz ks. Stanisław Dziwisz zapraszał nas w imieniu Ojca Świętego do domu papieskiego.

Pamiętam do dziś ten moment jako niezwykle piękny. Byliśmy gośćmi Papieża, ale ten duch formalnego zaskoczenia ustępował miejsca poczuciu bliskości, serdeczności, rodzinności. Ojciec Święty stworzył niezwykłą atmosferę ciepła domu rodzinnego. Śpiewaliśmy kolędy, dzieliliśmy się opłatkiem, jedliśmy pierniki i inne słodkości, które siostry przygotowały na tę chwilę. Na koniec Papież wręczył każdemu z nas upominki.

Wspominam to w kontekście pytania, które pan zadał, bo niektóre rzeczy człowiek niesie w swoim sercu przez całe życie. Takie podejście do świąt Ojciec Święty musiał wynieść z domu rodzinnego. Ta atmosfera bardzo się Papieżowi podobała i widać było, że był szczęśliwy, radosny, obdarzał nas swoim uśmiechem, życzliwością. Razem z nami śpiewał kolędy i pastorałki. Improwizował swoją ulubioną podobno pastorałkę, którą było „Oj, maluśki, maluśki”, dodając kolejne zwrotki mające odniesienia do uczestników tego spotkania i do osób, które były nam znane. Te chwile były jakby zwierciadłem, w którym widać było, w jaki sposób te święta Bożego Narodzenia były przeżywane także w jego rodzinie.

Doświadczyliśmy w mijającym roku ogromnego ataku na świętość Jana Pawła II, słyszymy o planowanych kolejnych materiałach przygotowywanych przeciw Papieżowi Polakowi. Ksiądz Biskup jako jeden z nielicznych miał możliwość źródłowego poznawania osoby Ojca Świętego, jego posługi i nauczania. Co chcą osiągnąć te środowiska, które stoją za atakami na św. Jana Pawła II??

– Trudno jest mi wypowiadać się na temat intencji osób, które to robią, bo nikt nie zna tak do końca ich serc.

No cóż, to już Pan Jezus powiedział, cytując proroka Zachariasza, że jak się uderzy w pasterza, to rozpierzchną się owce. Święty Jan Paweł II jest taką osobą, która z całą pewnością jest kwintesencją tego wszystkiego, co najlepsze, najszlachetniejsze, najpiękniejsze w naszej kulturze, w naszym przeżywaniu katolickiej wiary i naszej polskości. Są ogromne siły, które Polskę i Polaków chcą odciąć od naszej tradycji i korzeni chrześcijańskich. To cały czas się wokół nas dzieje. Dlatego ataki na polskiego Papieża trzeba odczytywać w kontekście tych procesów, które dążą do sekularyzacji całego naszego Narodu. Nie chodzi tylko o odchodzenie ludzi od wartości i moralności, której ostoją jest Kościół katolicki. Atak na św. Jana Pawła II to także pewnego rodzaju zamach na polskość.

Dlaczego? Bo to nie jest dziś modne, politycznie poprawne. Polskość staje się niemodna. W tej chwili lansowana jest przez ogromne ośrodki wpływów wielokulturowość, wizja europejskości, która zmierza do zbudowania czegoś ponad granicami, ponad tożsamością każdego narodu. Nauczanie św. Jana Pawła II o narodach i Europie ojczyzn stoi temu na przeszkodzie. To także może stanowić przyczynę ataku na Papieża Polaka, szczególnie w jego Ojczyźnie.

Muszę powiedzieć, że przebywając tak wiele lat za granicą, byłem zawsze niezwykle dumny z tego, że jestem Polakiem. Chociaż trzeba przyznać, że szczególnie w pierwszych latach życia na emigracji nie zawsze było to łatwe. Wzorem był dla nas św. Jan Paweł II – on nigdy nie ukrywał dumy z tego, że jest Polakiem. Był zawsze tym, który przypominał to, co najdonioślejsze, najszlachetniejsze w naszej historii. Nigdy w opozycji do kogokolwiek, ale w wielkiej świadomości, że jako Polacy jesteśmy spadkobiercami wielkich dziejów Narodu i państwa, które ma swój wkład w kulturę europejską i światową. Dla mnie osobiście było zachętą do tego, aby zawsze starać się jak najlepiej reprezentować to, co polskie.

Jako katolicy cieszymy się, gdy ludzie odwołują się do słów św. Jana Pawła II, bo zawarta jest w nich wielka mądrość. Jednak jeżeli słyszymy, np. z ust nowego premiera, na początku przemówienia cytaty z nauczania papieskiego, a w dalszej części poparcie np. dla aborcji i in vitro, to chyba coś tu jest nie tak?

– Niestety, wydaje się, że to jest zjawisko, które dotyczy zarówno tych, którzy deklarują, że są katolikami, jak i tych, którzy nimi nie są. Czasami takie odwołanie się do Jana Pawła II może być czymś wygodnym, czymś, powiedzmy, nastawiającym słuchacza w sposób pozytywny do mówiącego. Nie wiem, jakie cele przyświecały mówiącemu w sytuacji, którą pan przywołał z parlamentu.

Jedno jest pewne, że jak najczęściej trzeba sięgać do nauczania Jana Pawła II, trzeba go słuchać. Trzeba odkrywać jego mądrość, ale jednocześnie nie być w tym tendencyjnie wybiórczym. Przypominają mi się stanowcze słowa, które wypowiedział Ojciec Święty w 1991 r. w Kielcach, gdy aplauzy wiernych przerywały homilię: „Przestańcie mi klaskać, zacznijcie mnie słuchać”. A Papież mówił wtedy o potrzebie troski o małżeństwa, o potrzebie obrony rodziny w Polsce i zmianie swego nastawienia do dziecka poczętego, które nigdy nie może być uznawane za „agresora”. Mówił wówczas, że dziecko poczęte musi być przyjmowane jak dar Boży, że zawsze jest darem bezcennym…

„Przestańcie mi klaskać, zacznijcie mnie słuchać” – te słowa trzeba przypominać tym wszystkim, którzy w jakiś sposób i dziś odwołują się do Jana Pawła II. Chodzi o to, aby te słowa mądrości, prawdziwej mądrości, którą niesie ze sobą nauczanie i życie Jana Pawła II, przekładały się na nasze konkretne decyzje, a nie były tylko elementem rozgrywki politycznej, w taką czy w inną stronę, zagrywką socjotechniczną czy sposobem budowania własnego PR-u.

W połowie grudnia br. ks. abp Stanisław Gądecki skierował do prezydenta RP list z prośbą, aby nie podpisywał ustawy o finansowaniu nieetycznej procedury in vitro z budżetu państwa. Przewodniczący KEP przypomniał m.in., że w tę metodę wpisana jest zbrodnicza selekcja zarodków i selektywna aborcja. Niestety, Andrzej Duda nie wziął go pod uwagę i ustawę podpisał. Wcześniej wielu parlamentarzystów, którzy przyznają się do katolicyzmu, poparło w głosowaniu tę inicjatywę ustawodawczą w Sejmie i Senacie. Co można powiedzieć o takich politykach?

– W świecie, który relatywizuje prawdę i kieruje się czasem tylko emocjami, decyzje, aby pozostać wiernym swemu katolickiemu sumieniu, nie zawsze okazują się łatwe. Wymagają one coraz częściej nawet heroicznych postaw. Zawsze nas cieszy, gdy z taką postawą mamy do czynienia, także w polityce. Nie chciałbym odnosić się w sposób bezpośredni do postępowania konkretnych osób i ich decyzji. To zapewne kwestia osobistego sumienia. Chciałbym tylko przywołać taki epizod z życia Jana Pawła II, który nie napiętnowując nikogo, pokazuje równocześnie, jak Papież widział pewne rzeczy i jak pewne rzeczy rozumiał.

Przed wieloma laty gorąca dyskusja na temat aborcji toczyła się w Belgii. Wówczas parlament w 1990 r. przegłosował ustawę znoszącą obowiązujący od 1867 r. całkowity zakaz aborcji. Aby weszła w życie, musiał ją podpisać ówczesny król Belgów Baldwin I. Wydawało się, że nie miał wyjścia, ale jednak jako katolik zdecydował, że tego nie zrobi. Abdykował na kilka dni, aby jego podpis nie znalazł się pod tą zbrodniczą ustawą. I choć, niestety, wówczas podpisali ją członkowie rządu, to on sumienie zachował czyste. Chociaż prawo mu na to pozwalało, to jednak wielu polityków oceniało go bardzo negatywnie i poddawało krytyce jego decyzję.

Gdy Jan Paweł II był z wizytą apostolską w Belgii, wyraził niezwykły szacunek i uznanie dla króla Baldwina I, który wówczas już nie żył. Wbrew przewidzianemu protokołowi i programowi udał się z prywatną pielgrzymką, by nawiedzić jego grób. Towarzyszyła mu wówczas w modlitwie małżonka króla, Fabiola. Był to ważny gest uznania i szacunku dla króla Baldwina I, a jednocześnie papieska ocena dla tego męża stanu, który miał odwagę jako katolik zamanifestować w taki sposób swoją postawę wobec niesprawiedliwego prawa.

A jak Ksiądz Biskup odbiera zapowiedzi nowej minister edukacji Barbary Nowackiej ograniczenia i marginalizacji lekcji religii w szkole?

– Jeżeli chodzi o kwestię religii, jest to temat, który na pewno powinien stanowić przedmiot bardzo spokojnego dialogu między Kościołem a państwem. Chodzi o dobro dzieci i młodzieży. Zastanawiam się, cóż złego może nieść ze sobą nauczanie młodych ludzi zasad moralności, podstaw ich religijnej tożsamości, formowanie prawych sumień. Pamiętajmy, że obecna sytuacja w szkolnictwie jest wynikiem umów międzynarodowych i z całą pewnością państwo, które chce być państwem praworządnym, odwołującym się nieustannie do praworządności, musi mieć to na uwadze. Rodzice mają prawo do wychowywania swoich dzieci zgodnie z wyznawaną wiarą i temu służą też lekcje religii w szkołach. Hasło „świecka szkoła” niesie ze sobą niebezpieczeństwo dążenia do ateizowania polskiej edukacji, a to już przeżywaliśmy w czasach PRL, i nie wracajmy do tego.

Święty Jan Paweł II jest nazywany Papieżem rodziny, Papieżem godności i praw człowieka, Papieżem życia. Ksiądz Biskup, ogłaszając na przyszły rok Kongres Eucharystyczny w diecezji gliwickiej, podkreślił, że Jan Paweł II to też Papież Eucharystii. Na jakie owoce Ekscelencja liczy, inicjując takie wydarzenie niemal u początku swego biskupstwa?

– Tak, to było jedno z pierwszych, a właściwie pierwsze wezwanie rodzące się nie tyle z mojego doświadczenia posługi biskupiej, bo to byłoby za wcześnie, ale w ogóle doświadczenia przeżywania Kościoła. Ten Kongres Eucharystyczny ma przede wszystkim przywrócić centralne miejsce osobie Jezusa Chrystusa w naszym życiu – to jest najistotniejsze. Jezus Chrystus przyszedł na świat po to, abyśmy byli jedno, abyśmy stali się jedną rodziną, abyśmy doświadczyli wspólnoty. Jakie są cele Kongresu?

Chodzi o odkrycie obecności Chrystusa żywego, który do nas przemawia, tego Chrystusa, który przemawia nie przez jakąś „martwą literę prawa”, ale przez życie chrześcijanina, który doświadczył osobistego spotkania z Panem, odnowił swoje życie, jest radosny, jest szczęśliwy, bo żyje nowym życiem, które niesie ze sobą spotkanie z Chrystusem. To nowe życie w Chrystusie kieruje go do drugiego człowieka, pozwala na przeżycie wspólnoty. Kongres Eucharystyczny to jest też odnowienie świadomości powołania do świętości, m.in. poprzez spotkania z tymi, którzy już do świętości doszli, którzy odeszli w opinii świętości, poprzez doświadczenie tego, że świętość jest możliwa i do niej jesteśmy powołani.

Czy może Ksiądz Biskup podzielić się świadectwem, jak adoracja eucharystyczna jest obecna w życiu Ekscelencji?

– Muszę powiedzieć, że praktykę adoracji wyniosłem jeszcze z mojej formacji w seminarium rzymskim. Prawdę mówiąc, od zawsze pamiętam, że Eucharystia była dla mnie czymś ważnym. Uznaję, że jest to wielki dar. Pamiętam, że jeszcze jako mały chłopiec, kiedy wieczorem po zabawach spędzonych z moimi kolegami gdzieś tam w rzeczywistości małego miasteczka, w Chełmży, gdzie się urodziłem, spędzałem wakacje, czułem w sercu potrzebę pójścia do koś- cioła i pomodlenia się tam chociaż przez parę minut. Tak było też w seminarium i w życiu kapłańskim. Teraz jako biskup muszę powiedzieć, że mam bardzo dużo zajęć, bardzo często spędzam mój dzień gdzieś na wizytacjach, na spotkaniach poza kurią. Dlatego staram się, aby pierwsze godziny mojego dnia były czasem adoracji Najświętszego Sakramentu i aby to była przynajmniej godzina, jeśli nie więcej, przed poranną Mszą św. To czas, który mogę poświęcić zarówno na medytację Słowa Bożego, jak i właśnie to moje eucharystyczne spotkanie z Panem Jezusem.

Z całą pewnością przemawia też do mnie cały czas przykład św. Jana Pawła II. Widziałem, w jaki sposób sprawował Eucharystię, jak się do niej przygotowywał. Wielkim świadectwem pobożności eucharystycznej było przeżywanie przez Papieża chociażby procesji Bożego Ciała z bazyliki św. Jana na Lateranie do bazyliki Santa Maria Maggiore, w której uczestniczyłem właściwie przez wszystkie lata mojego pobytu w Rzymie. Jest takie piękne świadectwo obecnego ks. kard. Konrada Krajewskiego, który wówczas był ceremoniarzem papieskim. Wyznał kiedyś, jak to podczas jednej z ostatnich procesji Bożego Ciała ceremoniarze zorganizowali specjalny papieski samochód, który był taką jeżdżącą monstrancją, a wszystko po to, aby schorowany i obolały Papież usiadł przed Najświętszym Sakramentem w czasie drogi. Jednak Jan Paweł II poprosił ich: pozwólcie mi klęknąć, tu jest Chrystus.

Takie wspomnienia cały czas przemawiają, myślę, że nie tylko do mnie.

Pamiętam też świadectwo, które złożył jeden z nuncjuszy apostolskich w czasie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. Podczas jednej z ostatnich pielgrzymek zagranicznych Papież wrócił do nuncjatury na nocleg. Właściwie był tak bardzo wyczerpany, że nie mógł jeść, i bezsilnego zaniesiono go do jego pokoju na wypoczynek. Ale ponieważ wiedziano, że Ojciec Święty kocha modlitwę eucharystyczną, adoracyjną, w narożniku tego pokoju, w którym odpoczywał, zaaranżowano małą kaplicę z obecnością Najświętszego Sakramentu. Jak się okazało następnego dnia, łóżko papieskie było nietknięte, on całą noc modlił się przed Najświętszym Sakramentem.

Jakie życzenia skierowałby Ksiądz Biskup z okazji tych świąt Bożego Narodzenia do Czytelników „Naszego Dziennika” i wszystkich naszych rodaków?

– Myślę, że dzisiaj przede wszystkim powinniśmy na nowo usłyszeć słowa, które wypowiedział Jan Paweł II na początku swojego pontyfikatu. One po latach wracają do nas, bo żyjemy w czasach, które mogą się wielu wydawać bardzo trudne, gdzie nadzieja się gdzieś ukrywa i ustępuje miejsca niepewności, lękowi. A Papież mówił: „Nie lękajcie się, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi”. I dzisiaj, kiedy przeżywamy święta Bożego Narodzenia, kiedy ten Chrystus przychodzi do nas, to te słowa powinny wybrzmieć bardzo mocno w naszych sercach, rodzinach, parafiach i całym państwie. Otwórzmy naprawdę serca na obecność Chrystusa! On niesie ze sobą klucz do zrozumienia tajemnicy człowieka, klucz do zrozumienia tajemnicy historii. On zwyciężył świat. On przyszedł po to, aby każdy, kto w Niego wierzy, mógł stać się dzieckiem Bożym. On przyniósł klucz do naszego zbawienia, dlatego życzyłbym każdemu z nas, abyśmy po prostu na nowo przyjęli Chrystusa, abyśmy odnowili w naszym sercu nadzieję, którą niesie ze sobą Emmanuel – Bóg z nami.

Dziękuję za rozmowę.

Sławomir Jagodziński