• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Historyczne déjà vu

Czwartek, 4 kwietnia 2013 (02:14)

Z kpt. rez. dr. Dariuszem Fedorowiczem, bratem Aleksandra Fedorowicza, tłumacza w Kancelarii Prezydenta RP, który zginął w katastrofie smoleńskiej, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Jak Pan spędzi trzecią rocznicę katastrofy smoleńskiej?

– Mój brat pochowany jest w Bydgoszczy i siłą rzeczy 10 kwietnia będę uczestniczył w bydgoskich obchodach rocznicowych. Rozpoczniemy je już kilka dni wcześniej, dokładnie 6 kwietnia, w sanktuarium Nowych Męczenników na bydgoskich Wyżynach, w którym bł. ks. Jerzy Popiełuszko sprawował ostatnią Eucharystię. Z tej świątyni, tak jak trzy lata temu podczas ostatniej drogi brata, przejdziemy ze zniczami po Mszy św. o godz. 18.00 na grób brata. Dostałem od ministra kultury i dziedzictwa narodowego zaproszenie na obchody rocznicy katastrofy do Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Nie będę w nich uczestniczył, bo nie chcę w jakikolwiek sposób brać udziału w uroczystościach sygnowanych przez ten rząd.

Trzy lata, które minęły od katastrofy smoleńskiej, zbliżyły nas do poznania prawdy o jej przyczynach, wiemy dziś więcej?

– Myślę, że trudno jest mówić o oddaleniu od prawdy. Niestety, trudno jest też mówić o jakimś bardzo znaczącym przybliżeniu do niej. I to jest bardzo smutna konkluzja, ponieważ tak naprawdę te trzy lata – nie mówię tylko o sobie i swojej rodzinie, ale również o bardzo dużej liczbie innych rodzin smoleńskich – pozbawiły nas złudzeń co do rzetelności postępowania w tej sprawie i dobrych intencji przedstawicieli pewnych instytucji państwa polskiego. Pozbawiły nas również złudzeń co do faktycznej siły tego państwa, jego możliwości i właściwej pozycji na arenie międzynarodowej.

Dlaczego Pan tak twierdzi?

– To są bardzo smutne spostrzeżenia, niebywała w historii świata tragedia, jaką była śmierć pana prezydenta oraz elit Narodu Polskiego, które tam leciały, by uczcić polskie elity wymordowane 70 lat wcześniej przez siepaczy stalinowskich, a które podzieliły niestety ich los. To jakiś straszliwy chichot historii, a my widzimy naszą bezsiłę i niemoc w wyjaśnianiu tej sprawy. Temat smoleński stał się tematem tabu, na który premier Tusk ma alergię. Sądzę, że jeszcze długo będzie musiał tak się czuć, dopóki rzeczywiście sprawa smoleńska nie znajdzie rzetelnego wyjaśnienia. Dziś niestety nie można na to liczyć. Gdy naukowcy z zespołu parlamentarnego i my – jako rodziny – zapraszaliśmy tzw. ekspertów z komisji Millera na konferencję, ci nie raczyli nam nawet odpowiedzieć.

Ale zrobili za to spektakl w siedzibie „Gazety Wyborczej”.

– Tak, to był medialny spektakl, w którym pokazali, że według nich, w sprawie Smoleńska wszystko jest tak naprawdę wyjaśnione i nie ma już tu do czego sięgać. Tymczasem jest do czego sięgać, bo dając wiarę tzw. ustaleniom komisji Millera czy komisji Anodiny, przeczymy nie tylko logice, ale przede wszystkim prawom fizyki. Bo wydarzenia, które według nich miały miejsce 10 kwietnia 2010 r. nad Smoleńskiem, stoją w sprzeczności do nich. Od samego początku podkreślano na dobrą sprawę, że między tymi raportami są znaczące różnice. Nieprawda. Osiowo nie ma praktycznie żadnych różnic pomiędzy nimi. Po badaniach niezależnych ekspertów, którzy zagłębili się w materię tragedii smoleńskiej, widać, że te ustalenia są po prostu fałszywe.

Jest coś, poza badaniami niezależnych ekspertów, co utwierdza Pana w tym przekonaniu?

– Ustalenia komisji Anodiny i Millera polegają w dużej mierze na dopasowywaniu faktów do rzeczywistości medialnej, jaką chce się stworzyć, a nie na faktycznym ustalaniu prawdy. Pomija się tu istotne informacje i nie bierze pod uwagę rozmaitych faktów lub te fakty się przeinacza, fałszuje. Jak możemy mówić o rzetelnych działaniach strony polskiej, skoro tak naprawdę polega ona jedynie na badaniach rosyjskich, bo – jak wiemy – nie zadbała o to, żeby pozyskać własny materiał.

W zasadzie nie wiemy nawet, na jakiej wysokości została złamana brzoza w Smoleńsku, z którą miał zderzyć się tupolew.

– Dokładnie. Mamy tu rzekomo ściętą brzozę, a nawet nie wiadomo tak naprawdę, jakiej długości fragment skrzydła został przez nią oderwany. Gdy dowiadujemy się, że były ślady materiałów wybuchowych na wraku, to zaraz obserwujemy wielką kampanię, która ma to zdyskredytować. Słyszymy opowiadania o tym, że ślady te mogli zostawić żołnierze wracający z pola walki lub że na miejscu katastrofy były wielkie składy amunicyjne i kiedyś w tamtym rejonie toczyły się walki. A nawet, że to przecież była zwykła pasta do butów albo kiełbasa, która też była brana pod uwagę. Dochodzimy tu do totalnego absurdu, bo to oznacza, że można używany na całym świecie sprzęt bardzo wysokiej klasy do wykrywania materiałów wybuchowych wyrzucić do kosza, skoro bułka z kiełbasą albo świeżo wyczyszczone buty mogą te urządzenia wprowadzać w błąd. Ktoś tutaj usiłuje z nas, społeczeństwa polskiego, zrobić idiotów.

Do Polski trafiły próbki materiału biologicznego pobieranego od ofiar katastrofy. Jaką dla Pana jako lekarza mają wartość badawczą?

– Tak na dobrą sprawę nawet nie wiemy, kiedy te próbki faktycznie zostały przywiezione do Polski, bo na początku marca tylko się o tym dowiedzieliśmy. Prawdopodobne jest, że przyjechały one jeszcze w ubiegłym roku. Otrzymałem informację, że są one w zdecydowanie złym stanie, gdyż nie były przechowywane we właściwy sposób. Już z ich opisu wynika, że część opakowań była uszkodzona, a treść w nich przechowywana – rozlana. Tu nie trzeba być specjalistą, żeby wyobrazić sobie, w jakim stanie, po trzech latach, jest ten niezabezpieczony właściwie materiał biologiczny. Dobrze zabezpieczony materiał można przechowywać w postaci odpowiednich preparatów nawet dziesiątki lat. Z tym, że preparaty te – pobrane na świeżo – zabezpiecza się pod kątem konkretnych badań, które będą na nich wykonywane.

To znaczy?

– Jeżeli mają to być na przykład badania histopatologiczne, to wiadomo, że nie będziemy już mogli z tych próbek uzyskać m.in. informacji na temat zawartości w nich rozmaitych substancji czy wykonać badań genetycznych. Odnośnie do próbek, które otrzymaliśmy z Rosji – prawdopodobnie można na ich podstawie coś jeszcze wywnioskować, być może wykonać badania genetyczne, natomiast – w mojej ocenie – mówienie tu dziś o zawartości alkoholu jest po prostu kpiną. Próbki krwi czy innych tkanek mogą zwyczajnie sfermentować i – w takiej zamkniętej buteleczce – zawierać alkohol. To, z czym mamy dziś do czynienia, nazwałbym zespołem działań pozorowanych. Są to działania, które mają medialnie pokazywać, że coś tutaj w tej kwestii się dzieje, a merytorycznie niczego nie wnoszą. Osobiście chciałbym, żeby te próbki były zidentyfikowane genetycznie, by było wiadomo, do kogo należały, czy w ogóle należały do naszych bliskich.

Jak Pan ocenia wysłanie na placówkę dyplomatyczną do Madrytu Tomasza Arabskiego?

– Do tej pory Tomasz Arabski był dla Donalda Tuska na tyle niezbędną osobą, że nie mógł pozbyć się tego człowieka i odwołać go ze stanowiska szefa kancelarii premiera. To bardzo wiele mówi. W tej chwili Tomasz Arabski widocznie nie jest już tak niezbędny w szefowaniu kancelarią, żeby nie można było go skierować na placówkę dyplomatyczną, z której oczywiście bardzo trudno będzie go wzywać na jakiekolwiek przesłuchania. My, rodziny smoleńskie, nazywamy to po prostu ucieczką. Oczywiście mamy tu też do czynienia z arogancją władzy i nieliczeniem się z opinią publiczną, ale tę arogancję obserwujemy od wyborów.

Co ma Pan na myśli?

– Chciałbym przypomnieć, że po ostatnich wyborach pan Tomasz Arabski, który został dziś zaopiniowany przez sejmową Komisję Spraw Zagranicznych na ambasadora w Hiszpanii – nie zdobył mandatu poselskiego. Tym samym nie zyskał on zaufania społecznego, bo Polacy, głosując w ten sposób, dali temu wyraz. Arogancją premiera było pozostawienie tego człowieka na stanowisku, a w tej chwili kierowanie go na placówkę do Hiszpanii, co ma – jak wspomniałem – przede wszystkim utrudnić postępowanie w sprawie smoleńskiej. Takich sytuacji mamy więcej. Przypomnijmy chociażby generała Krzysztofa Parulskiego, który otrzymał lampasy generalskie, a teraz odszedł w glorii chwały. Mamy do niego szereg zarzutów i mam nadzieję, że będą one w niedługim czasie wyartykułowane i mu postawione. Przecież to on jest osobą odpowiedzialną za zaniechanie konkretnych, niezwykle ważnych działań, m.in. sekcji ofiar po przywiezieniu ciał do kraju.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler