Krzyż ubóstwa i odrzucenia
Piątek, 29 marca 2013 (02:10)Villas to w Argentynie dzielnice ubogich, odpowiedniki brazylijskich faweli. Ich mieszkańcy dźwigają krzyż marginalizacji, wykluczenia społecznego, braku pracy, pomocy medycznej, edukacji… A ponieważ są biedni, nikt nie poświęca im uwagi, obecne są też tam przestępczość i narkotyki. Jednak ci ubodzy ludzie z wielką nadzieją przyjęli wybór na Papieża człowieka, który nigdy o nich nie zapominał. Ufają, że teraz świadectwo ks. kard. Jorge Mario Bergoglio posługi biednym i opuszczonym w Buenos Aires dostrzeże cały świat.
Biedni, ubodzy, cierpiący dla arcybiskupa stolicy Argentyny zawsze byli pierwsi, mimo że społeczeństwo ich odrzucało. Wybór padre Bergoglio na Następcę św. Piotra to teraz znak dla całego Kościoła i płomień nadziei, który zapłonął w sercach najuboższych.
Arcybiskup Buenos Aires to osoba dobrze znana w dzielnicach biedy tego miasta. Choć ich mieszkańcy spotykają się z reguły z negatywnymi ocenami, to on nigdy o nich nie zapominał. Dla niego zawsze byli bardzo ważni.
Gdy rozmawiam z tymi ubogimi ludźmi uginającymi się pod krzyżem swej biedy i marginalizacji, niektórzy nadal nie mogą uwierzyć, że jeszcze niedawno chodzący wąskimi uliczkami ich dzielnicy, pijący wspólnie z nimi mate ukochany kardynał jest teraz Papieżem!
W pamięci mieszkańców żywe są wspomnienia tych spotkań. – Wielokrotnie nas odwiedzał, błogosławił nasze domy, czasem zatrzymał się na posiłek. Pamiętam ostatnią Mszę św., której przewodniczył. Przyszło na nią wiele osób, a ks. kard. Bergoglio wzdłuż tej ulicy udzielał nam Komunii Świętej – wspomina pani Maria Ester Piccalio z Villa 31.
Ze wzruszeniem przypomina chwile, kiedy arcybiskup Buenos Aires zatrzymał się na rozmowę i wspólnie z grupą mieszkańców pił mate. W oczach tych ludzi widać utrudzenie krzyżem codziennych zmagań. Ale wielu z nim siłę daje wiara. Podczas wieczornych Mszy św. modlą się w intencjach Papieża i cały czas nie tracą nadziei na lepszą przyszłość.
– Na pewno nasz Papież o nas nie zapomni – mówi z przekonaniem pani Maria, oczekując wizyty Ojca Świętego w Argentynie.
Ubodzy w centrum życia Kościoła
Dzielnice biedy powstają na miejscach opuszczonych. Jak zwraca uwagę o. Guilliermo Torre z parafii Matki Bożej Różańcowej w Villa 31, 40-tysięcznej społeczności z 3 kapłanami, jedna z nich powstała np. na terenach opuszczonej stacji kolejowej. Ci, którzy tam przychodzili, stopniowo budowali swoje domy, z czego się tylko dało, później zdobywali lepsze materiały i budowali bardziej stabilne konstrukcje.
Kolejną dzielnicę ubogich Caacupé zamieszkuje 45 tysięcy osób, pośród których posługuje czterech kapłanów. Jest tu kościół, szesnaście kaplic, osiem comedorów, czyli jadłodajni, dwa ośrodki dla osób starszych i po jednym dla dzieci, młodzieży i dorosłych, ale też biura, centrum leczenia uzależnień, nawet radio. Wszystko zostało zbudowane rękami mieszkańców Caacupé. Pracuje tutaj ponad 1300 wolontariuszy, większość pochodzi z ubogich dzielnic i ofiaruje swój czas innym.
– Człowiek ubogiej dzielnicy to robotnik, a nie przestępca – podkreśla o. Facundo Beretta Lauria, kapłan z Caacupé. Wskazuje na błędne myślenie społeczeństwa, które jednoznacznie kojarzy dzielnice biedy z przestępczością. Jednak to nie jest prawdziwy obraz. Zewnętrzna skromność i ubóstwo ukazują często wielkie zrozumienie dla krzyża Chrystusowego i radość spotkania z Nim.
– Dotyczy to zarówno dzieci, jak i dorosłych z tych odrzucanych dzielnic, chociaż nie zawsze chcą o swej sytuacji rozmawiać. Obawiają się dziennikarzy, ponieważ ci ich stygmatyzują – mówi o. Guillermo.
Ksiądz kardynał Bergoglio lubił odwiedzać najuboższe dzielnice, bo mimo problemów villas tętnią życiem i młodością. Wspierał biednych, sam też spieszył z opieką pasterską, udzielał sakramentów chrztu, pierwszej Komunii św., bierzmowania.
– Każdego roku 8 grudnia celebrował Mszę Świętą, na którą przychodziły ogromne rzesze ludzi, ponad osiem tysięcy z dzielnicy. Było to dla nas wielkie święto – wspomina o. Facundo. – W minionych kilkunastu latach ks. kard. Bergoglio osobiście ochrzcił 12 tys. dzieci, to bardzo wiele – podkreśla.
Wśród mieszkańców villas jest wielu emigrantów. – Trudna sytuacja ekonomiczna w ich własnym kraju zmusiła ich do wyjazdu w poszukiwaniu lepszych warunków życia. Pozostawili swoje rodziny, czyniąc wielokrotnie wiele wyrzeczeń. Z czasem, jeśli jest to możliwe, ich dzieci przyjeżdżają tutaj, gdzie mogą znaleźć pracę, mieć lepszą opiekę medyczną – mówi ks. o. Guillermo. Tę różnorodność nacji widać w małych kaplicach budowanych przez mężczyzn z dzielnicy. W nich znajdują się figurki Matki Bożej, patronki różnych państw Ameryki Łacińskiej.
– To ludzie, którzy mimo trudności mają ogromny potencjał radości. Tutaj chrzest dziecka, pierwsza Komunia Święta są wielkim świętem dla całej społeczności. Wiele osób nie ma rodzin, więc szuka oparcia we wspólnocie – dodaje.
Kapłani w dzielnicach biedy
Troska o mieszkańców biednych dzielnic przede wszystkim przejawiała się w tym, że kardynał Bergoglio kierował do nich kapłanów, których potem duchowo i ekonomicznie wspierał. Pomagał finansować podejmowane przez duchownych inicjatywy, szkoły, jadłodajnie, fundacje… Zawsze wszystkim dodawał nadziei.
Kiedy stanął na czele archidiecezji, było tylko sześciu kapłanów, którzy posługiwali wśród najuboższych, później do pracy włączali się kolejni i dziś jest ich 24. Mieszkają w villas i tutaj przez cały dzień służą swoją pomocą. Ksiądz kardynał Bergoglio systematycznie spotykał się z kapłanami, by rozmawiać o problemach, które wymagały szybkich rozwiązań.
Wychodząc naprzeciw mediom, które winą za problem szerzenia się narkomanii obarczały ubogie dzielnice, kapłani pracujący pośród ubogich przygotowali dokument, wskazując, że problemem nie są biedne dzielnice, ale narkobiznes. W odpowiedzi na to w 2009 roku grożono śmiercią jednemu z nich, o. José María Di Paola, nazywanemu „padre Peppe”. To bardzo poruszyło ks. kard. Bergoglio, który utworzył strukturę, wikariat, aby ubogim dzielnicom nadać status i w pewien sposób charakter prawny. Aby ochronić padre Peppe, ustanowił go wikariuszem Episkopatu. Obecnie tym wikariuszem jest ojciec Gustavo Carrara z Villa 11-14.
– Pomaga mu trzech asystentów i my, pozostała grupa kapłanów, którzy mieszkamy tu i pracujemy – mówi ks. Facundo. – Wszyscy spotykamy się co 15 dni. Taka potrzeba częstych spotkań wynika z konieczności reakcji na bieżące trudności – mówi.
Wskazuje na złożoność problemów, nie tylko na kwestie duchowe, ale również czysto techniczne, takie jak elektryczność, kanalizacja czy przygotowania dokumentów, możliwości współpracy z lokalnymi strukturami, pomoc społeczna.
– Nie oddzielamy tego, co jest religią, od pomocy i działalności społecznej – mówi. – Poważną trudnością nie tyle jest problem narkotyków, co wykluczenie, brak akceptacji, uwagi – dodaje o. Guillermo.
Dzień duszpasterza
Dzień ojca Facundo zaczyna się o godz. 5.30-6.00 rano, a kończy około godz. 1.00-2.00 w nocy. Jak mówi, do tej posługi wystarczy dobra wola i charyzmat pracy z ubogimi. Każdy z mieszkańców doskonale go zna, a on doskonale orientuje się w codziennych problemach i trudnościach każdego z nich. Posługa zależy od zadań, jakie zostały powierzone każdemu kapłanowi.
To nie tylko posługa sakramentalna, pochówek zmarłych, ale także prowadzenie szkoły, do której każdego roku uczęszcza ok. 1000 uczniów. Uczą się konkretnych zawodów. Działają tam skauci, grupy misyjne młodych, centrum odwyku.
Kapłani organizują pomoc w nauce, katechezy czy audycje w radiu. Przede wszystkim angażują się w rozwiązywanie indywidualnych trudności, których nie brakuje. Pomoc potrzebna jest w każdej dziedzinie – od uzyskania żywności, przez odzież, po jakiś potrzebny sprzęt czy materiały. – Tutaj kapłani się wzajemnie uzupełniają, duszpasterstwo młodych działa prężnie. Jest wiele grup młodzieży, które uczestniczą w różnych inicjatywach. Zawsze staramy się, aby to, czego się podejmują, wykonywali solidnie, bo to ważne dla ich przyszłości – mówi o. Facundo.
Po południu ojciec Facundo celebruje Msze Święte w małych kapliczkach. Jak mówi, te spotkania to prawdziwe święto. Po każdej Eucharystii, jak jest tutaj w zwyczaju, kapłan chociaż krótko rozmawia z wiernymi, błogosławi dzieci, pyta, jakie są potrzeby. Następnie idzie do kolejnej kaplicy, gdzie oczekuje kolejna grupka wiernych, śpiewając lub modląc się na różańcu. Teraz na każdej z Mszy św. dziękują Bogu za Ojca Świętego Franciszka. Dziękują też za kapłanów, którzy im pomagają i pamiętają o tych, którzy już odeszli lub zginęli, tak jak zamordowany przed kilkoma laty ojciec Carlos Mugica.
Droga krzyżowa mieszkańców villas
Ogromne ubóstwo, przeżywane trudności i przede wszystkim stygmatyzacja w społeczeństwie znaczą drogę krzyżową, jaką muszą przechodzić mieszkańcy ubogich dzielnic.
– Tak jak w wielu miejscach na świecie, ubodzy, biedni są spychani na margines i zapomniani. W villas ludzie dźwigają krzyż marginalizacji, wykluczenia społecznego, braku zatrudnienia, braku pomocy medycznej, braku edukacji… A ponieważ są biedni, nikt nie poświęca im uwagi. W takich okolicznościach pojawiają się też przestępczość i narkotyki – mówi ks. Facundo. Zwraca uwagę na codzienne zmagania, chociażby w poszukiwaniu pracy.
– Kiedy ktoś szuka pracy, nie może podać adresu, nie przyjmą go do pracy, bo wiadomo, że to adres z dzielnicy dla biednych. Księża poszukują więc dla nich innych miejsc zameldowania, by można było uzyskać jakieś zatrudnienie. W efekcie wiele osób ma ten sam adres – dodaje.
Wiele trudności, z jakimi się borykają, nie wyklucza jednocześnie korzystania z daru życia. – Ci ludzie żyją w swojej kulturze tak, jak w swoim kraju czy mieście i to jest wielkie bogactwo. Ci, którzy podjęli tak wiele wyrzeczeń, niosą wielki krzyż bólu i cierpienia, ale jednocześnie posiadają potencjał i wiele umiejętności, poczucie solidarności współdzielenia się. Uważają, że kiedy je dwóch, to nakarmi się i trzech – mówi o. Guilliermo Torre. Jak zaznacza, w rzeczywistości w tych biednych dzielnicach jest wiele żywej Ewangelii.
Zadaniem Kościoła jest pomoc w niesieniu krzyża tym ubogim i odrzuconym ludziom.
– Nie możemy ustawać w miłości. Musimy pomagać stwarzać najlepsze warunki rozwoju i pomocy dzieciom i młodzieży, które doświadczyły cierpienia – podkreśla s. Aniela Kozieńska, zmartwychwstanka, która przez dziewięć lat była dyrektorką Domu Dziecka w Lanus.
Do domu przyjmowano dzieci kierowane przez szkołę, nauczycieli lub pedagogów, którzy zauważyli, że z dzieckiem dzieje się coś złego, było posiniaczone czy niespokojne.
– Dość często zdarza się to, gdy rodzice nadużywają alkoholu lub narkotyków, problemy dzieci są nagminne, najbardziej cierpią one – mówi s. Aniela.
Jak wskazuje, często też młodzi ludzie przywożeni są z prowincji. Przyjeżdżają w poszukiwaniu lepszego życia, obiecuje im się pracę. Tymczasem wpadają w pułapkę, zmuszeni do zamieszkiwania w najuboższych dzielnicach, narażeni są na narkomanię i prostytucję, są wykorzystywani seksualnie, mają trudności z dostosowaniem się do życia w społeczności.
– Te bolesne doświadczenia sprawiają, że są agresywni, nieufni, wymagają wszechstronnej opieki przygotowanych osób, cierpliwości i przede wszystkim miłości. Jest to pomoc długofalowa, efekty widoczne są po latach – dodaje s. Aniela. Podkreśla, że Kościół nie może ich nigdy opuścić. Tego uczył i uczy Papież Franciszek.
Dziękujemy za pomoc ojcu José Molina, redemptoryście.
Agnieszka Gracz, Buenos Aires