• Czwartek, 7 maja 2026

    imieniny: Ludmiły, Benedykty, Gizeli

Wsparcie dla polskich sklepów

Niedziela, 20 sierpnia 2023 (10:37)

Z Alfredem Bujarą, przewodniczącym Krajowej Sekcji Pracowników Handlu NSZZ „Solidarność”, rozmawia Paulina Gajkowska

Jakie znaczenie mają dla gospodarki handel i obrót polskimi produktami?

– Handel detaliczny artykułów spożywczych jest gałęzią strategiczną. Ma ogromne znaczenie, czy produkty wyprodukowane w Polsce będą sprzedane i kupione u nas. Oczywiście, dla naszej gospodarki, dla jej stabilności i rozwoju najlepiej byłoby sprzedawać nasze produkty w polskich sieciach. Chodzi przecież o nasz kapitał. Prawda jest jednak smutna: Polska oddała półki sklepowe międzynarodowym korporacjom.

Jak to wygląda w liczbach?

– Aż 80 proc. sprzedaży detalicznej produktów spożywczych jest w rękach kapitału zachodniego. To bardzo niepokojące. Tendencja ta wzrasta, ponieważ polskich sklepów ubywa. Dzieje się tak nie dlatego, że mamy wolne niedziele. Takie opinie już słyszałem, jednak nie mają one nic wspólnego z rzeczywistością. Winne temu są globalizacja i konsolidacja rynku. Brak wsparcia rodzimego polskiego handlu. Sieci międzynarodowe w Polsce korzystają z pomocy Banku Światowego czy jego agendy EBOiR. Pożyczki z tych banków są udzielane na specjalnych warunkach na rozwój sieci.
Można wręcz powiedzieć, że wprowadzenie wolnych niedziel zahamowało likwidację małych, polskich sklepów. To pokazały dane GUS po wprowadzeniu ustawy o ograniczeniu handlu w niedzielę. Dziś łamanie ustawy przez sieci franczyzowe niszczy polski handel.

Z jakimi jeszcze problemami zmagają się drobne sklepy?

– Konsolidacja rynku spowodowała, że małe sklepy nie są w stanie zaopatrzyć się w artykuły o konkurencyjnych cenach. 85 proc. hurtu i dystrybucji jest w rękach kapitału międzynarodowego. Kupcy polscy nie mają tak naprawdę, gdzie zrobić zakupów. Zostają im międzynarodowe korporacje, zagraniczne podmioty. Od kilku lat powtarzam, że bardzo ważnym przedsięwzięciem jest tzw. holding zakupowy, który pomoże polskim kupcom, ale również producentom, a przede wszystkim rolnikom.

Do czego to prowadzi?

– Na skutek likwidacji polskich sklepów doszło do tego, że zaczynają upadać małe tradycyjne zakłady rzemieślnicze, takie jak piekarnie, zakłady mięsne czy mleczarnie. Dlaczego? Bo tracą odbiorców swoich towarów. Podam przykład: zakład piekarniczy tradycyjny ma np. jeden lub dwa sklepiki, ale w większości odbiorców ma w lokalnych sklepach. Duże sieci od niego nie odbiorą towaru, bo rządzą się innymi zasadami. Właśnie w ten sposób te zakłady rzemieślnicze upadają. Docierają do nas informacje, że dotyczy to również małych mleczarni. Doprowadzi to do tego, że niestety w Polsce zupełnie znikną małe sklepy. Będą rządziły międzynarodowe korporacje, w większości te dyskontowe i małe franczyzowe. Sklepy franczyzowe, które wcale nie są tanie, ale bardzo ekspansywne i reklamą zabijają drobny handel.

Czy można temu przeciwdziałać?

– Tak, potrzebna jest ustawa regulująca funkcjonowanie handlu w Polsce. Nie może być tak, że dominuje zagraniczny kapitał. W Polsce jedna z zachodnich sieci ma aż 25 proc. udziału w rynku. Gdyby tak było w krajach Europy Zachodniej, to uznano by to za monopol. W Niemczech nie dopuszczono do takiej sytuacji. Dlaczego u nas tak jest? W Polsce nie ma przepisów, żeby taką sieć uznać za monopolistyczną. Jeśli nie będzie żadnej regulacji, będziemy niedługo mieli w Polsce np. dwie sieci wielkopowierzchniowe, dwie formatu supermarket, cztery dyskontowe i jedną małoformatowych sklepów na zasadzie franczyzy. Małe sklepy franczyzowe to plaga. Starsi ludzie czy osoby nieposiadające samochodu będą zmuszeni kupować tam produkty nawet trzykrotnie droższe. Może to w konsekwencji doprowadzić do takiej sytuacji, że będzie dyktat cenowy. Tutaj warto przytoczyć przykład Czechów, którzy wyzbyli się swojego rodzimego handlu i w tej chwili jeżdżą na zakupy do Polski. Trzeba pomóc odgórnie małym przedsiębiorcom, małym sklepikom, żeby część handlu pozostała w polskich rękach. Obecnie łańcuch dostaw towarów od producenta do konsumenta leży po stronie zagranicznych sieci handlowych, które mają główny udział w rynku. Może się zdarzyć, że łańcuch ten zostanie przerwany i dojdzie do zmowy cenowej i wzrostu cen. Tak się stało z cukrem, z olejem. Ceny nie wróciły do tych pierwotnych.

Czy ceny będą rosły?

– Obawiam się, że im bliżej wyborów, to ceny mogą rosnąć, mimo że obecnie podaż przewyższa popyt. Dlaczego? Bo duże sieci międzynarodowe nie lubią PiS-u, np. za podatek hipermarketowy, za wolne niedziele, podatek galeryjny, za skuteczną kontrolę fiskalną czy ustanowienie najniższego wynagrodzenia godzinowego w przypadku umów cywilno-prawnych.
Przez lata w Polsce sieci zagraniczne wyprowadzały w majestacie prawa zyski z Polski w postaci kosztów. I tak się dzieje nadal, tylko w mniejszym stopniu. To były pieniądze, które powinny zostać w Polsce i zasilać budżet państwa. Reinhold Petzold, niemiecki ekspert, który wprowadzał od lat dziewięćdziesiątych niemieckie firmy na rynek polski, powiedział wprost, że Niemcy zbudowali Polskę jako kraj taniej siły roboczej oraz rynku zbytu. Uzasadniał, dlaczego w Polsce niemieckie artykuły niejednokrotnie gorszej jakości niż polskie i gorszej jakości niż te same w tym samym opakowaniu sprzedawane w Niemczech, były droższe. On mówił, że wykorzystują popyt Polaków na niemieckie towary, w związku z tym podnoszą cenę. Myślę, że nie jesteśmy zdani na ich sieci w Polsce. Dlaczego Niemcy dyktują, jak ma wyglądać nasz handel? Czy w ich opinii polscy pracownicy powinni być wyrobnikami w sieciach międzynarodowych i pracować za najniższą pensję? Mamy podobne ceny żywności jak w Niemczech, w Polsce nie ma VAT-u na artykuły spożywcze. W Niemczech VAT wynosi 7 proc. Mało tego, tam pracownik zarabia trzykrotnie więcej niż w Polsce.

Decydują o tym sieci…

– Tak, i to one rządzą tu w sektorze rynku wewnętrznego. Mając 80 proc. udziału w sprzedaży, dyktują warunki producentom. To jest naprawdę ostatni moment, aby rząd podjął kroki ratujące drobny handel, który i tak bardzo wiele ucierpiał w wyniku pandemii, inflacji, wojny na Ukrainie. Należy też pamiętać o tym, że dzisiaj kupujemy w dyskoncie i niektóre towary są tańsze, co nie oznacza, że tak będzie zawsze. Niedługo może się okazać, że te sieci będą dyktowały ceny, bo konkurencja będzie inna. U nas jest dokładnie odwrotnie niż w Niemczech. Tam 80 proc. sprzedaży artykułów spożywczych jest w rękach niemieckich firm.

Czy Polacy chcą kupować polskie produkty i czy mają na to szanse w dużych sieciach? Jedna z dużych sieci musiała zapłacić wysoką karę za niezgodne z prawdą podawanie Polski jako kraju pochodzenia warzyw i owoców…

– Łatwiej jest wyprodukować niż sprzedać. Kluczowe dla polskiej produkcji są dystrybucja oraz niezależny handel detaliczny. Oczywiście Polacy chcą kupować polskie produkty, ale czy nadal będziemy mieli do nich dostęp? Inną sprawą jest edukacja społeczeństwa w zakresie patriotyzmu ekonomicznego. Kupując polski produkt, daję zatrudnienie mojemu sąsiadowi, wspieram polską gospodarkę. Rzemieślnik, który produkuje chleb, musi mieć odbiorców, a duża sieć od niego nie kupi. W wielu sklepach dyskontowych nie ma polskiego pieczywa, jest głęboko mrożone, jak się okazuje, nawet z Chin, które jest odpiekane. Udział zachodnich korporacji w sektorze handlowym będzie miał wpływ na naszą gospodarkę. Chodzi o to, żeby uratować polski handel, a dzięki temu podnieść PKB i standard życia Polaków. Dlatego tak ważne są najbliższe wybory, aby również nie pogorszyły się trudne warunki pracy w sieciach handlowych, abyśmy nie musieli pracować za 4,5 zł na godzinę od niedzieli do niedzieli, do 67. roku życia. Wielu Polaków zdaje sobie sprawę z tych zagrożeń. To jest naprawdę ostatni moment, aby zawalczyć o polski handel. To jest w interesie nas wszystkich – obywateli Polski.

Dziękuję za rozmowę.

Paulina Gajkowska