Wygrałam, bo czytam porządną gazetę
Poniedziałek, 25 marca 2013 (15:09)Z Elżbietą Tomczak, laureatką konkursu jubileuszowego z okazji 15-lecia „Naszego Dziennika” – Na dobrą drogę, rozmawia Jacek Dytkowski
Wygrała Pani w konkursie samochód Peugeot 107. Pamięta Pani, kiedy po raz pierwszy sięgnęła po „Nasz Dziennik”?
– To dla nas wielka nagroda. Oprócz tego, że szczęście, jest to wielka łaska Boża. Jeśli weźmiemy pod uwagę okoliczności, w jakich byliśmy, jest to wielki znak Boga dla mnie i dla mojej rodziny.
„Nasz Dziennik” czytamy regularnie od 15 lat. Już w pierwszym roku (1998 r.) wydawania dziennika zamówiliśmy prenumeratę. Byłam wtedy w stanie błogosławionym. Moja córka Tereska jest równolatką „Naszego Dziennika”. Leżałam wtedy w szpitalu i czytałam „Nasz Dziennik”.
Dzielą się Państwo lekturą „Naszego Dziennika” ze znajomymi?
– Tak, oczywiście. Teraz to robimy furorę, gdziekolwiek się ruszymy. Wszyscy pytają: skąd ta nagroda? Wtedy odpowiadam: bo czytam porządną gazetę. Cały czas więc ją reklamujemy. Teraz sami państwo widzą, że jest euforia. Na dodatek nasz samochód Fiat Panda ma już 10 lat. Nie stać nas na wymianę na inny.
I udało się Pani wygrać główną nagrodę w konkursie…
– Nawet okoliczności tego są bardzo ciekawe. Ponieważ w żadnych zdrapkach i konkursach gazetowych nie brałam do tej pory udziału. Mąż tylko grał w toto-lotka. Mieliśmy trudną sytuację, ponieważ mąż nie dostał renty, a był po poważnej operacji. Kazali mu wracać do pracy, ale lekarze się temu sprzeciwiali. W związku z tym był zagrożony bezrobociem. Zobaczyłam, że jest konkurs w „Naszym Dzienniku”. Zaczęłam zbierać znaczki konkursowe. Mąż Tadeusz powiedział: „Dobrze, wyślij te znaczki. Jak wygramy samochód, to go sprzedamy i dociągniemy do emerytury”. Oczywiście żartował i śmiał się. Nie patrząc na to, wzięłam udział w konkursie. Trzeba było podać pomysł na reklamę. Wysłałam więc zdjęcie półrocznej córki Tereski w wózku, na którym leżał „Nasz Dziennik”. Ponieważ w ten sposób jeździłam 15 lat temu po wsi, reklamując gazetę. Okazało się w międzyczasie, że mąż wrócił do pracy. Dostał jednak lżejsze stanowisko, ponieważ wcześniej był kierowcą autobusu. A za tydzień zatelefonowano do mnie z „Naszego Dziennika”, że wygrałam samochód. Czyli absolutnie – znak Boski. Trzeba to umieć odczytać.
Dziękuję za rozmowę.
Jacek Dytkowski