Próby zdyskredytowania Polski
Poniedziałek, 12 czerwca 2023 (13:45)Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem, profesorem Społecznej Akademii Nauk, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej.
Jak odczytywać doniesienia amerykańskiego dziennika „Wall Street Journal”, który ujawnił, że niemieccy śledczy badają dowody, które mają sugerować, że wysadzenie gazociągów Nord Stream 1 i 2 odbyło się za przyzwoleniem naszych władz, a za tym działaniem mógł stać zespół ukraińskich sabotażystów z bazą w Polsce?
– To są różnego rodzaju próby znalezienia winnych zdarzenia – wysadzenia gazociągu, który miał Niemcom dać ogromne profity i stworzyć kolejne przewagi ekonomiczne z dystrybucji taniego dla Berlina rosyjskiego gazu. To, co się stało [zniszczenie gazociągów] przeszkadza Niemcom, co więcej, trudno jest im przyjąć do wiadomości, że to zrobili sami Rosjanie. Szukają więc winnych gdzie indziej. Są to wszystko spekulacje, którym nie warto poświęcać nadmiernej uwagi.
Stanisław Żaryn, zastępca Ministra Koordynatora Służb Specjalnych, mówi jasno, że „Polska nie miała żadnych związków z wysadzeniem Nord Stream 1 i Nord Stream 2”. W co zatem grają Niemcy, którzy wbrew zasadom obowiązującym w NATO – poza wiedzą polskich władz – prowadzili szeroko zakrojone śledztwo?
– To, że Niemcy mają własny pomysł na to, jak powinna wyglądać, jak ma być zorganizowana Europa – zwłaszcza jeśli chodzi o relacje z Rosją, to jest rzecz znana, oczywista od dawna. Niemcy nie chcą porzucić linii, która kiedyś została opracowana w Berlinie. W związku z tym, takim zdarzeniem, o którym pisze amerykańska prasa, próbują uderzać we wszystkich tych, którzy nie zgadzają się na linię polityki niemieckiej. Polska jest zdecydowanym przeciwnikiem takiej polityki, więc nic dziwnego, że właśnie na nas skupia się całe odium, próba wywierania presji i ma miejsce podkopywanie naszej pozycji. Tym samym Niemcy próbują ratować własną linię polityczną, a ponieważ polityka państwa polskiego w tym bardzo przeszkadza, stąd próby zdyskredytowania Polski.
Kanclerz Olaf Scholz zapowiada powrót do rozmów z Rosją. Jak ocenia Pan ten pomysł?
– Nic nowego tu nie ma. To pokazuje, że Niemcy są mocno uwikłani w relacje z Rosją, co więcej, nie potrafią, a może nie chcą wyciągnąć żadnych wniosków z błędnej polityki wobec Kremla. Kurczowo trzymają się rozwiązania, które kiedyś wymyślili, które miało im przynieść profity. Tymczasem z tej niemiecko-rosyjskiej współpracy są tylko same nieszczęścia, których konsekwencje ponosi cała Europa.
Inna niemiecka gazeta „Welt am Sonntag” pisze, że „Polska już wykorzystała rabat przyznany jej za rolę w wojnie Rosji z Ukrainą”. Widać, że Polska jest wciąż na celowniku…
– Nie bardzo rozumiem, jaki rabat mają na myśli Niemcy. Skoro Berlin na myśli ma to, że niby mniej nas w tym czasie karano za rzekome nieprzestrzeganie tzw. praworządności, to przyznam, że nie zauważyłem żadnego folgowania. Powiedziałbym, że mamy ciągłość polityki atakowania Polski. Nie otrzymaliśmy wciąż środków w ramach Krajowego Planu Odbudowy, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej też nie odstąpił od nakładania kar na Polskę, kolejne rezolucje przeciwko Polsce są przyjmowane przez Parlament Europejski, więc niby gdzie, w jakim obszarze miałby być ten „rabat”, ta niemiecka łaska? To są wszystko niemieckie pogróżki.
Niemcy mają swoją polityczną koncepcję, która wyraźnie zawodzi, w związku z tym Berlin traci zdolności przywódcze w Unii Europejskiej, co budzi różnego rodzaju niepokoje po stronie niemieckiej, dlatego próbuje się szukać winnych tych niepowodzeń. Polska jest zawsze dobrym obiektem do atakowania i zrzucania na nas winy za niepowodzenia i błędy polityki władz w Berlinie.
Czy to może oznaczać, że Niemcy i Bruksela nam nie odpuszczą, ale też ataki te mogą przybrać na sile?
– Wcale bym się nie zdziwił. Dlatego to stawia przed Polską, przed naszymi władzami zadanie zachowania szczególnej czujności. Również polscy wyborcy – w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych – powinni się zastanowić, jak i na kogo głosować. Czy za utrzymaniem suwerennej, propaństwowej polityki, czy też za oddaniem większej władzy w ręce Brukseli.
Niemcy też krytykują Polskę i Węgry za stanowisko w sprawie mechanizmu przymusowej relokacji nielegalnych imigrantów i odmowę uznania tzw. kompromisu migracyjnego. Mamy działania wielofazowe przeciw Polsce?
– Europa Zachodnia ma w swoim DNA wciąż drzemiącą gdzieś we wnętrzu tradycję kolonialną, tradycję korzystania z niewolnictwa. I to, co się dzieje dzisiaj wokół tzw. uchodźców, można rozumieć jako pewien efekt dawnych tradycji niewolniczych. Najpierw – zwłaszcza władzom w Berlinie – wydawało się, że uda się im zebrać chętnych do pracy z Afryki Północnej i z Azji, czyli zgromadzić tanią siłę roboczą, która będzie pracować na rozwój niemieckiej potęgi. Kiedy jednak się okazało, że ci imigranci ekonomiczni nie są chętni do roboty, że jest z nimi więcej problemów niż korzyści, że liczą oni jedynie na socjal, a zatem, że był to nietrafiony, marny interes, to wówczas postanowili pozbyć się przynajmniej części tego kłopotu i podzielić się problemem z innymi państwami.
Chętnych na pobieranie niemieckiego socjalu jest jednak wciąż dużo, co więcej, interes zwietrzyli przemytnicy ludzi, którzy zarabiają na przemycie imigrantów ogromne pieniądze. I tak interes, nowoczesna koncepcja niewolniczego handlu kwitnie w najlepsze. Komisja Europejska widocznie też doszła do wniosku, że może na tym zarobić, więc zmusza poszczególne państwa członkowskie, które wcześniej nie miały nic wspólnego z kolonializmem, do przyjmowania określonych kwot nielegalnych imigrantów. Tych zaś, którzy nie będą chcieli podporządkować się tej migracyjnej presji i przymusowi przyjmowania nielegalnych imigrantów ekonomicznych, chce karać finansowo, czyli koniecznością uiszczania kwoty 22 tys. euro za każdego nieprzyjętego imigranta. Z wyliczeń wychodzi, że według obowiązującej taryfy Polska musiałaby rocznie za odmowę przyjęcia tych przybyszów zapłacić Unii Europejskiej karę w wysokości ok. 40 mln euro. Jak widać zarobek byłby niemały.
Jakie mogą być skutki tej bezrefleksyjnej polityki?
– Może to wywołać dramatyczne skutki. Dlatego przede wszystkim musimy się kierować własnym interesem i dobrem naszych obywateli. Nie możemy godzić się na żadne ustępstwa, nie możemy pozwalać sobie na złe, szkodliwe rozwiązania, które są nam narzucane chociażby przez politykę migracyjną. Ta polityka migracyjna często ma podłoże ideologiczne i jeśli jej się w porę nie zastopuje, to skutki i mogą być bardzo poważne. Miejmy nadzieję, że uda się zebrać większe grono państw przeciwników przymusowej relokacji nielegalnych imigrantów, które – podobnie jak Polska – nie mają wiele wspólnego z przeszłością kolonialną, i że uda się wspólnie zastopować ten niebezpieczny marsz.
Tylko w ten sposób można zahamować zagrożenia nielegalnej imigracji, jakie płyną dla suwerennych państw europejskich. Celem migracji z Afryki Północnej czy z Bliskiego Wschodu jest zmiana kultury społecznej Europy. Ci ludzie, którzy mają się zjawiać na naszym kontynencie, nie mają nic wspólnego z naszą zachodnią cywilizacją, nie asymilują się z Europejczykami, co więcej, próbują nam narzucać swoją kulturę, zwyczaje, religię, swoje wzorce i wartości. Na to zgody nie ma i być nie może. Polska broni się przed tym przymusem, i dobrze. Mam nadzieję, że głos rozsądku zwycięży i że będziemy mieli więcej sojuszników, którzy myślą podobnie jak my.
Są opinie, że pomysł przymusowej relokacji nielegalnych imigrantów jest próbą odwrócenia uwagi od afery korupcyjnej w Parlamencie Europejskim i innych błędów polityki Komisji Europejskiej. Na tej nielegalnej imigracji zarabiają handlarze ludźmi…
– Afery na szczytach unijnych władz są rzeczywiście porażające i pokazują stopień zepsucia tych elit, które chcą narzucać swoją wolę innym i tak jak Polskę karać za rzekomy brak praworządności itd. Jeśli zaś chodzi o handel ludźmi i ewentualne powiązania, to trzeba powiedzieć, że państwa zachodniej Europy zarabiały wcześniej i w różny sposób na handlu niewolnikami. I widać to im zostało.