Zysk tylko dla zagranicznych korporacji?
Piątek, 17 marca 2023 (18:25)Dziesiątki tysięcy ton drobiu z Ukrainy, który zalewa nasz rynek, to tykająca bomba podłożona pod nasze gospodarstwa i bezpieczeństwo żywnościowe.
Polscy producenci mięsa drobiowego i jaj domagają się kontroli importu tych produktów z Ukrainy. Przedstawiciele organizacji drobiarskich podkreślają, że bez szybkiej interwencji rządu, przy nierównych zasadach nie przetrwają tej konkurencji. Paweł Podstawka, prezes Krajowej Federacji Hodowców Drobiu i Producentów Jaj, w wypowiedzi dla PAP zaznaczył, że problem dużych ilości mięsa drobiowego i jaj z Ukrainy pojawił się jesienią ubiegłego roku.
– W czerwcu UE zniosła kontyngenty na mięso i jaja z Ukrainy. W efekcie nasz rynek został dosłownie zalany mięsem drobiowym i jajami produkowanym za naszą wschodnią granicą. Problem w tym, że tamtejsi producenci nie muszą przestrzegać norm jakościowych i dobrostanu zwierząt nałożonych na producentów unijnych. W efekcie mogą produkować żywność zdecydowanie taniej niż my – zauważa prezes Krajowej Federacji Hodowców Drobiu i Producentów Jaj.
Szczepan Wójcik, przedsiębiorca, prezes Instytutu Gospodarki Rolnej, zwraca uwagę, że pomoc nie może odbywać się kosztem Polski i polskich rodzin. Punktuje politykę Unii Europejskiej, która z dnia na dzień wywołała potężne zamieszanie w sektorze polskiej produkcji rolnej.
– Ludzie dorabiają się całe życie i nagle z dnia na dzień Unia pozwala na niekontrolowany napływ na nasz rynek produktów rolno-spożywczych z Ukrainy. Dziesiątki tysięcy ton drobiu z Ukrainy, który właśnie zalewa nasz rynek, to tykająca bomba podłożona pod nasze gospodarstwa i bezpieczeństwo żywnościowe. Nikt nie jest na to gotowy, bo nie jesteśmy w stanie konkurować cenowo z tamtejszymi produktami, które często są obwarowane mniejszym reżimem produkcyjnym – wszyscy mówią o potrzebie wsparcia, ale pamiętajmy, że nie będziemy mogli nikomu pomóc, jeżeli sami będziemy potrzebowali pomocy, a to wszystko zaczyna ku temu zmierzać – alarmuje prezes Instytutu Gospodarki Rolnej.
Zwraca jednocześnie uwagę, że ktoś powinien w końcu głośno powiedzieć, że to, co proponuje nam dziś UE w tej materii, jest uderzeniem w polską rację stanu i nie ma nic wspólnego z przemyślanym wsparciem Ukraińców, którzy są oczywiście w potrzebie.
– Wspieranie potrzebujących nie może być oparte na szantażu, a w ten sposób wielu Polaków zaczyna odbierać ten rodzaj filantropii proponowanej przez część polityków. Pomoc i ofiarność nie spełniają bowiem swojego celu, kiedy doprowadzają przy tym do ruiny ludzi nam najbliższych – w tym przypadku mam na myśli naszych rodaków i ich gospodarstwa. Wielu unijnych biurokratów myśli, że nikt nie będzie kontestował polityki prowadzonej względem Ukrainy, ponieważ trzeba pomagać państwu, które zostało napadnięte – stwierdza prezes Szczepan Wójcik.
Zaznacza przy tym, że w kwestii udzielania pomocy to Unia może się uczyć od nas.
– Polska jest od samego początku liderem we wspieraniu naszych sąsiadów i nikt nie powinien nas w tej materii pouczać ani przywoływać do porządku. Mamy moralny obowiązek udzielania wsparcia Ukraińcom, ale jeżeli ma się to odbywać kosztem naszych gospodarstw, naszych rodaków, naszych rodzin i w końcu naszego bezpieczeństwa – bo takie są decyzje Unii Europejskiej – to trzeba zaprotestować. Rolnicy są wściekli, ponieważ po zbożu w sposób niekontrolowany napływa do Polski ukraiński drób, z którym nie jesteśmy w stanie konkurować, ani my, ani – co ciekawe Holendrzy czy Francuzi – głównie chodzi o koszty produkcji – wyjaśnia nasz rozmówca.
Dodaje, że rolnicy, hodowcy, sadownicy, a nawet ogrodnicy kontaktują się z Instytutem Gospodarki Rolnej i skarżą na obecną sytuację oraz na to, że nikt im nie stara się nawet wyjaśniać złożoności problemu.
– Jak to jest, panie Szczepanie – pytało mnie kilku z nich, że moja produkcja warzyw będzie w tym roku na poziomie nieopłacalności, tymczasem w Polsce można już dziś kupić ukraińskie ogórki szklarniowe, które potrzebują przecież ogromu ciepła i światła? Przecież tam jest wojna i im się opłaca, a nam nie? Co odpowiedzieć w takiej sytuacji swoim rodakom? – pyta przedsiębiorca Szczepan Wójcik.
Pomagać mądrze
Zwraca też uwagę, że polski rząd powinien jak najszybciej rozwiązać tę sytuację, bo problem będzie narastał i ktoś wykorzysta to w roku wyborczym przeciwko rządowi Zjednoczonej Prawicy.
– To, że udaje się jeszcze utrzymywać względny spokój wśród rolników, to cud – stwierdza prezes IGR.
– Oczywiście Ukrainie musimy pomagać, bo jest to nadrzędny cel polityczny i jest to bardzo ważne, ale musimy to robić na tyle rozsądnie, żeby nie wiązało się to z kosztem dla naszych rolników – zwraca uwagę w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Robert Telus, przewodniczący sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Parlamentarzysta przypomina, że zostało wprowadzone bardzo mocne obostrzenie, jeśli chodzi o zboże.
– Są nawet skargi Ukrainy do Unii Europejskiej na Polskę z tego powodu, że długo muszą czekać na granicy. Poza tym przygotowujemy takie rozwiązania, aby produkty, które do Polski będą wprowadzane, odpowiadały jakości produktów polskich – zapewnia polityk.
Czy zaniepokojeni producenci drobiu i jaj mogą oczekiwać na korzystne dla nich rozwiązania w naszym kraju?
– Na pewno będziemy kontrolować granicę, żeby, tak jak powiedziałem, nie wpływały do Polski towary z Ukrainy, które nie spełniają wymogów i polskich norm – konkluduje parlamentarzysta.
Dużo tańsze mięso
– Zależy nam na tym, aby wpływ danego towaru nie burzył nam naszych gospodarstw i naszego przemysłu – mówi „Naszemu Dziennikowi” Andrzej Danielak, prezes Polskiego Związku Zrzeszeń Hodowców i Producentów Drobiu. Przybliżając szacunkowe dane, nasz rozmówca zwraca uwagę, że to mięso jest 30-40 proc. tańsze od polskiego. – Wynika to przede wszystkim z tego, że my jesteśmy objęci rygorystycznym szeregiem przepisów unijnych, które określają zasady chowu, hodowli, dobrostanu, przetwórstwa, handlu, dystrybucji, a to wszystko generuje koszty – stwierdza prezes Andrzej Danielak.
I wyjaśnia, że surowce tam są dużo tańsze, a stanowią 70 proc. kosztów paszy (najczęściej pszenica, kukurydza), a i pozostałe koszty chowu brojlerów w Ukrainie są niższe.
Nasz rozmówca zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię.
– Moim zdaniem należy to sprawdzić i powinny to zrobić nasze organy państwowe, bo pozyskaliśmy informację, że w Ukrainie przetwarzane są kurczaki w kilku zakładach, a dokumentacja wychodzi z jednego, który ma certyfikację Unii Europejskiej. Jest to bardzo poważna poszlaka. Nie mówię, że jest to podejrzenie, ale poszlaka, którą należy sprawdzić – informuje prezes Polskiego Związku Zrzeszeń Hodowców i Producentów Drobiu.
Szczepan Wójcik, mówiąc o nagłym uwolnieniu wspólnotowego rynku dla tak wielkiej ilości produktów zza naszej wschodniej granicy, podnosi, że szkodzi to również samym Ukraińcom. – Największe gospodarstwa produkujące drób na Ukrainie należały przed wojną do kapitału zagranicznego, głównie byli to rosyjscy oligarchowie, ale także Duńczycy i kilka wielkich holenderskich konsorcjów. Otwarcie rynku Unii na tych zasadach nie pomaga więc samym ukraińskim rolnikom, tylko korporacjom z zagranicy – wyjaśnia.
Jest jeszcze jedna istotna kwestia, na którą zwraca uwagę nasz rozmówca. – To, co się dzieje, to, że nasze rodzime firmy bankrutują przez wprowadzenie tego zamętu, to jedno, natomiast pamiętajmy, że prowadzona w ten sposób polityka może się szybko stać największym wrogiem naszego bezpieczeństwa i wspólnych relacji między naszymi narodami. Wszyscy kibicujemy Ukrainie, ale jest też pytanie o koszty! Rolnicy mówią: dosyć, nie rozumieją prowadzonej przez Unię Europejską polityki, nie rozumieją braku reakcji ze strony naszych polityków, dlaczego mają się zgodzić na upadanie swoich gospodarstw budowanych przez lata – stwierdza prezes IGR.
Wskazuje przy tym, że Polacy muszą zaprotestować nie przeciwko polskiemu rządowi, ale razem z rządem. – Gdy przyjdzie czas blokowania granicy UE na wschodzie przed tym niekontrolowanym napływem, nasi ministrowie powinni w Brukseli walczyć dyplomatycznie o nasz interes! Głowa do góry, mamy w tym wsparcie wielu krajów UE! Odwagi – puentuje Szczepan Wójcik.
Jacek Sądej