• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Nie można zwijać misji

Poniedziałek, 18 marca 2013 (02:07)

Z gen. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, rozmawia Marcin Austyn

Premier Donald Tusk twierdzi, że nasza armia nie jest ekspedycyjna, a jej głównym zadaniem jest obrona terytorium Polski. Jak Pan ocenia jej kondycję?

– Przede wszystkim zgodnie z tym, co mówi Konstytucja RP, musimy mieć armię gotową do ochrony własnego terytorium, a w ostatnim czasie trochę o tym zapomnieliśmy. Inwestowaliśmy, także pod presją lobbystów, w misje zagraniczne, a pewien sprzęt mogliśmy pozyskiwać w ramach NATO, nie musieliśmy go kupować. Za to zapomniano o podstawowym wyposażeniu i przygotowaniu armii do obrony swojego terytorium. Pod tym względem mamy sporo braków do nadrobienia.

Trzeba więc teraz postawić na obronę granic i jak podkreśla prezydent Bronisław Komorowski, odejść od koncepcji rozwoju polskich Sił Zbrojnych pod kątem misji ekspedycyjnych?

– To musi był zrównoważony rozwój, czyli obrona własnego terytorium i zdobywanie zdolności sojuszniczych w ramach wspólnych ćwiczeń i realizacji zadań. Przecież w misje nie są angażowane jakieś gigantyczne siły. Obecnie jest to około 5 tys. polskich żołnierzy na stutysięczną armię. To naprawdę nie jest wysiłek przerastający możliwości naszego kraju. Powiedzenie, że nie jesteśmy państwem ekspedycyjnym, zwijanie tego rodzaju działalności jest jak siedzenie z założonymi rękami. Tylko skąd potem mają się wziąć zdolności armii do współpracy np. w ramach NATO? Będziemy się szkolić dopiero wtedy, gdy przyjdzie nam walczyć z potencjalnym przeciwnikiem? To nierealne.

Misje to najlepsza okazja, by nabrać doświadczeń, nauczyć się współpracy z sojusznikami?

– Oczywiście. Miałem okazję brać udział w misjach w byłej Jugosławii, Kossowie i wiem, ile dało w praktyce chociażby poznanie sposobu działania innych armii. Ponadto podczas misji są nawiązywane cenne kontakty. Tak w Kossowie poznałem np. gen. Johna Craddocka, późniejszego szefa NATO. Tego rodzaju kontakty przekładają się później na większe zaufanie, lepsze zrozumienie, a co za tym idzie – skuteczniejsze działanie w sytuacjach kryzysowych.

To cenniejsze niż przemeblowanie struktury dowodzenia Sił Zbrojnych?

– Szczególnie w sytuacji, gdy będziemy mieszać w tym samym kotle. Ponadto jeśli nie będzie wyzwań, to z polityków zejdzie pewna presja, pojawią się wątpliwości. Bo po co realizować zakupy dla armii, skoro nic nie realizujemy? To nie przysłuży się wojsku.

Jeśli mamy współdziałać z NATO, to czy już ten fakt nie wytycza nam kierunku rozwoju armii?

– Cały czas słyszymy, że przy niektórych scenariuszach potencjalnej wojny nie będziemy w stanie się sami obronić. Stąd też funkcjonujemy w układzie partnerskim Unii Europejskiej, NATO, Polska jest członkiem ONZ. Zatem rezygnacja z misji jest błędem. Po pierwsze, nie będzie lepszej okazji (nie wygenerujemy jej nawet podczas najlepiej zorganizowanych ćwiczeń), by zgrywać nasze sztaby, jednostki we wzajemnym współdziałaniu. Taką możliwość dają nam właśnie realne wyzwania, które się pojawiają. Z nich płynie konkretna korzyść. Dlatego nie rozumiem np. wycofania się z misji ONZ, które nas niedużo kosztują, bo ONZ zwraca dużą część poniesionych kosztów. Kuriozalne było wycofanie się z misji w Czadzie, którą realizowaliśmy z Francuzami: kiedy przyszło do praktycznych działań w tym zakresie, okazało się, że musimy czekać na refundację ONZ, bo nie mamy pieniędzy na wycofanie. Przecież gdyby nie misje ONZ, nie bylibyśmy gotowi do misji w ramach NATO, do realizacji tych trudnych wyzwań w Kossowie, Iraku czy Afganistanie. Miałem okazję w Niemczech rozmawiać z dowódcami, gościliśmy w tamtejszym ministerstwie obrony i okazuje się, że wiele krajów, jak Niemcy, Holandia, przyjmuje strategię wzmocnienia swojej obecności w misjach. Bo to wzmacnia ich pozycję w NATO, w strukturach międzynarodowych. Jest to z wielu względów korzystne.

Premier Tusk chce, by jak najwięcej zakupów dla armii realizować w polskiej zbrojeniówce, ale nie może odbywać się to kosztem jakości i zdolności obronnych, bo Wojsko Polskie musi mieć najlepszy możliwy sprzęt, na jaki nas stać. A na co nas stać?

– Tu wyraźnie widać, że wojsko to nie jest sprawa wyłącznie ministerstwa obrony, ale też ministra finansów, gospodarki i ludzi odpowiedzialnych za stan polskiego przemysłu zbrojeniowego. Pod tym względem mamy wiele zapóźnień. Produkowana w Polsce amunicja jest droższa niż lepszej jakości kupowana za granicą. Nie tylko wojsko, ale policja, Straż Graniczna skarżą się na produkowaną w Polsce broń, bo nie dość, że jest ona droga, to nie zawsze cena idzie w parze z jakością. Dziś wypadałoby też rozliczyć wszystkich tych, którzy mówili przed zakupem samolotów F-16, że nastąpi transfer nowoczesnych technologii z USA do Polski. A tak się nie dzieje. Oczywiście nie można powiedzieć, że nic nie zrobiono, bo mamy w polskiej zbrojeniówce prawdziwe perełki, ale jest ich zwyczajnie za mało. A stać nas na nowoczesny przemysł zbrojeniowy.

Jaki sprzęt i gdzie kupować?

– Jako dowódca GROM nigdy nie kupowałem sprzętu, biorąc za wyznacznik tylko to, że pochodzi on z Polski, bo to był sprzęt, który miał chronić, ratować życie naszych żołnierzy. Nie patrzyłem na to, kto jest producentem, głównym wyznacznikiem nie była też cena, bo ten sprzęt miał nas przede wszystkim zabezpieczać, dawać pewność działania i nie mógł zawodzić w boju. Takiego wyposażenia potrzebuje wojsko i byłoby dobrze, gdyby mógł go dostarczyć polski przemysł.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Austyn