• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Pomagali indywidualnie i w ramach konspiracji

Niedziela, 17 marca 2013 (08:20)

Z dr. Mateuszem Szpytmą, historykiem krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, krewnym Wiktorii Ulmy, rozmawia Mariusz Kamieniecki

 

W Markowej w piątek odbyły się uroczystości z okazji 69. rocznicy męczeńskiej śmierci Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich dzieci, którzy oddali życie, ratując Żydów. W czym tkwiła wyjątkowość tych ludzi?

– Wyjątkowość tych ludzi tkwiła w tym, że sami mimo niezwykle trudnej sytuacji materialnej, była to bowiem rodzina wielodzietna z sześciorgiem dzieci i siódmym w drodze, kiedy Żydzi będący w niewyobrażalnie trudniejszej sytuacji, którym groziła śmierć, zwrócili się o pomoc, to Ulmowie nie zawahali się jej udzielić. Można powiedzieć, że ubodzy doskonale rozumieli tych, którzy znajdowali się w jeszcze trudniejszej sytuacji, i mimo realnego zagrożenia życia w przypadku wykrycia nie mieli oporów, by ratować rodzinę żydowską. Myślę, że to jest miara ich wielkości.

 

Józef Ulma był ogrodnikiem, ale miał także wiele innych talentów…

– Józef Ulma był pochodzenia chłopskiego, ale w związku z tym, że sam gospodarował na stosunkowo niewielkim kawałku ziemi, skupił się na specjalistycznej działalności, mianowicie na ogrodnictwie. Był otwarty na wszelkiego rodzaju nowinki, zresztą sam rozwijał się w wielu dziedzinach. Jako dwudziestokilkuletni człowiek pojechał na półroczny kurs do szkoły rolniczej w Pilźnie, gdzie prawdopodobnie nauczył się sadownictwa i szkółkarstwa, co później z powodzeniem realizował w praktyce. Próbował hodować jedwabniki, czego dowodzi korespondencja z Izbą Rolniczą we Lwowie, którą prosił o przesłanie larw jedwabników. Zresztą w tym celu posadził też drzewa morwowe, budząc zainteresowanie całej okolicy. Ponadto angażował się w działalność społeczną. Był w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, a także w Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici”, w którym był bibliotekarzem. Niedawno odkryłem notkę, która świadczy, że nie była to tylko działalność o charakterze lokalnym w Markowej, ale Józef Ulma był szefem sekcji ogrodniczej „Wici” na cały powiat przeworski. Ponadto organizował konkursy, m.in. na uprawę buraków czy ziemniaków. Sam otrzymywał nagrody za hodowlę jedwabników, ale także za ciekawe ule pszczelarskie. To przykład praktycznej działalności, która miała na celu rozwój wsi. Józef Ulma był także człowiekiem pobożnym, który dbał o rozwój własnego życia duchowego i bliskich. Wiemy, że wieczorem z całą swoją rodziną klękał do modlitwy, nie opuszczał niedzielnej Mszy św. i zasadniczo był uznawany za dobrego człowieka.

Z zamiłowania był fotografikiem, a jego zdjęcia zachowały się także w innych domach. Robił dużo zdjęć przy różnych okazjach nie tylko w Markowej i trzeba powiedzieć, że były to zdjęcia bardzo profesjonalne. Wybudował też małą elektrownię wiatrową, która służyła mu do oświetlenia pomieszczenia, w którym wywoływał zdjęcia. Miał talenty, którymi można byłoby obdarować wiele osób.

 

Ulmowie nie byli jedyną rodziną w Markowej, która ukrywała Żydów. Ich tragedia nie odstraszyła innych od pomagania ludności żydowskiej. Skąd ta odwaga?

– Tej niezwykłej odwadze dziwili się nawet sami Żydzi. Pamiętajmy, że po zamordowaniu Ulmów w pięciu innych domach w Markowej wciąż ukrywano rodziny żydowskie. Pomoc niosły dwie różne rodziny Barów, rodzina Szylarów, rodzina Przybylaków i rodzina Cwynarów. Przy czym w tym ostatnim przypadku Cwynarowie domyślali się tylko, że ten, którego ukrywali, jest Żydem. Mowa o żyjącym jeszcze w Izraelu Abrahamie Segalu, który przedstawił się jako Polak, ale z korespondencji rodziny, która go ukrywała, wynika, że domyślali się, jaka była prawda. Tym większa ich zasługa, że kiedy się zorientowali, że to Żyd, mimo grożącego im niebezpieczeństwo nie usunęli go z domu. Zresztą nie uczyniła tego żadna wspomniana rodzina, chociaż niektórzy przyznają, że mieli taką pokusę.

 

Markowa przez pryzmat Ulmów stała się symbolem pomocy ludności żydowskiej, ale trzeba podkreślić także szerszy, ogólnonarodowy wymiar tej pomocy…

– Okazuje się, że odważnych rodzin było bardzo dużo. To dzięki ich heroizmowi w Polsce uratowało się przed zagładą kilkadziesiąt tysięcy Żydów. Jednakowoż za pomoc w ukrywaniu ludności żydowskiej zginęło nawet do tysiąca Polaków. 15 marca 1943 r., a więc dokładnie 70 lat temu, za przechowywanie Żydów w Siedliskach koło Miechowa zginęła rodzina Baranków – małżeństwo i dwóch nieletnich chłopców oraz ich babcia. Warto też wspomnieć o rodzinie Kowalskich z Ciepielowa koło Radomia, o których opowiada bardzo wzruszający film Macieja Pawlickiego. Takich ludzi, którzy, aby ocalić swych sąsiadów, polskich Żydów, narażali życie, także życie własnych dzieci, jest bardzo wielu. Trzeba o nich mówić, trzeba ich przypominać, bo jest to bohaterstwo, które często określane jest wyżej, a przynajmniej na podobnym poziomie, jak udział w konspiracji antyniemieckiej. Za udział w konspiracji śmierć groziła tylko osobie zaangażowanej, natomiast w przypadku ukrywania Żydów śmierć groziła całej rodzinie: żonie, dzieciom, a czasami nawet sąsiadom.

Od października 1941 r., na okupowanych przez Niemców ziemiach polskich, za każdą pomoc Żydowi groziła kara śmierci. Sankcjonował to dekret wydany przez samego generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich Hansa Franka. Takich restrykcji nie było ani w Holandii, ani w Belgii czy w okupowanej Francji. To pokazuje, że Niemcy obawiali się, że jeżeli nie zagrożą najwyższymi karami, to ta pomoc w Polsce może przybrać bardzo duże rozmiary.

 

Na czym polegała pomoc Żydom? Czy ograniczała się jedynie do ukrywania ich przed Niemcami?

– Polacy pomagali Żydom indywidualnie i w ramach aktywności konspiracyjnej. Jednak każdy przypadek był inny. Byli tacy, którzy pomagali jednorazowo, np. udzielając schronienia na jedną noc, albo ofiarowując żywność. Były też przypadki długofalowej pomocy czy ukrywania nawet przez okres dwóch lat. W ramach aktywności konspiracyjnej, w ramach Polskiego Państwa Podziemnego Żydom wystawiano „lewe” polskie dokumenty.   

 

Jaką rolę w ukrywaniu Żydów odegrało duchowieństwo?

– Znane są przypadki wielu księży, którzy wystawiali Żydom fałszywe metryki chrztu. Żydzi otrzymywali tożsamość dzieci, które zmarły w dzieciństwie. Znane są także przypadki długotrwałej pomocy duchowieństwa, o których mówi np. książka wydana przez IPN o księdzu Marcelim Godlewskim, który pomagał Żydom na terenie warszawskiego getta, gdzie była jego parafia. Niedawno otrzymałem telefon z Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem w Jerozolimie z pytaniem, czy wiem, że w Markowej również proboszcz ratował Żydów. Okazuje się, że przed wojną na terenie II Rzeczypospolitej były dwie miejscowości o nazwie Markowa: jedna na Rzeszowszczyźnie, a druga koło Lwowa. Tam właśnie proboszcz parafii katolickiej ukrywał Żydów. Wiemy o tym z relacji jednego z ukrywanych Żydów, który wraz z innymi widział przez szpary z piwnicy, jak w 1943 r. Ukraińcy zamordowali tegoż kapłana. Został on zamordowany nie za to, że pomagał Żydom, ale za to, że był Polakiem. Z tej relacji wiemy o kolejnym przypadku kapłana, który pomagał ludności żydowskiej. Było też wiele zakonów, które niosły pomoc. Siostry m.in. na Podkarpaciu w bardzo wielu przypadkach pod swój dach przyjmowały żydowskie dzieci.

 

Warto podkreślić, że duża grupa Polaków została upamiętniona przez Instytut Yad Vashem.

– Ponad sześć tysięcy Polaków zostało odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Przeszli oni przez bardzo ostre kryteria stosowane przez Yad Vashem. Jednym z takich kryteriów jest to, że osoba zgłaszająca do wyróżnienia bądź świadek takiego zdarzenia musi mieć żydowskie pochodzenie. Polacy w światowej stawce wszystkich odznaczonych za ratowanie Żydów stanowią blisko 30 procent. To bardzo dużo.    

 

Czy wśród Polaków są tacy, którzy wciąż czekają na upamiętnienie?

– Polaków, którzy oczekują na upamiętnienie, jest bardzo wielu. Jedna z najbardziej znanych zbrodni – oczywiście obok Ulmów, na wspomnianej już rodzinie Kowalskich z Ciepielowa, gdzie w okolicy na przestrzeni kilku tygodni za pomaganie Żydom zginęło około 30 osób, nie ma żadnego upamiętnienia. Za wzór i przykład wszystkim innym mogą posłużyć władze Markowej, gdzie powstał pomnik rodziny Ulmów. Myślę, że inni, którzy mają u siebie takich bohaterów, powinni postąpić podobnie.      

 

Skoro wspomniał Pan Markową, to warto przypomnieć, że w tym roku, po długich oczekiwaniach, ruszy w tej miejscowości budowa Muzeum Polaków Ratujących Żydów na Podkarpaciu im. Rodziny Ulmów. Jakie znaczenie ma to przedsięwzięcie dla upowszechniania pamięci o Polakach, którzy nieśli pomoc Żydom?

– W Polsce wiedza o Polakach ratujących Żydów jest dość powszechna w przeciwieństwie do tego, z czym mamy do czynienia za granicą. Dlatego każde miejsce, które będzie przypominać także zagranicznym gościom o tej historycznej prawdzie, jest bardzo cenne. W markowskim muzeum można będzie zobaczyć m.in. dokumentację dotyczącą zbrodni na rodzinie Ulmów, liczne pamiątki, w tym również część wyposażenia domu Sług Bożych. Ponadto zaprezentowana zostanie bogata biblioteka, korespondencja, świadectwa szkolne oraz sprzęt fotograficzny i zdjęcia, które wykonywał osobiście Józef Ulma. Będzie można zobaczyć również dokumenty i zdjęcia, które ukazują wrogą politykę hitlerowców wobec Polaków i Żydów, w tym plakaty i obwieszczenia informujące o karze śmierci za pomoc w ukrywaniu ludności żydowskiej. W muzeum będą też organizowane lekcje muzealne dla młodzieży szkolnej. Choć muzeum jeszcze nie powstało, to do Markowej już dzisiaj przybywa wiele wycieczek z Izraela, łącznie nawet kilka tysięcy osób rocznie. Można zatem przypuszczać, że z chwilą uruchomienia placówki muzealnej będzie ich jeszcze więcej. Dlatego wyszliśmy z inicjatywą, aby opisy eksponatów muzealnych były w językach: polskim, angielskim i hebrajskim. Jestem przekonany, że będzie to pierwsze w Polsce muzeum, w którym napisy będą po hebrajsku, co pozwoli przyciągnąć Żydów z całego świata, którzy posługują się językiem hebrajskim i oczywiście angielskim.

Dziękuję za rozmowę.