• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Kryzys przywództwa

Piątek, 18 listopada 2022 (21:50)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Republikanie przejmują kontrolę nad Izbą Reprezentantów amerykańskiego Kongresu. Wygląda na to, że mamy koniec jednopartyjnych rządów w Waszyngtonie.

– Można się było spodziewać takiego rozstrzygnięcia
i tego, że republikanie nie sięgną po całą pulę, a więc zwycięstwo – i to zdecydowane – w Izbie Reprezentantów, a także osiągną przewagę w Senacie. Jest połowiczny sukces Partii Republikańskiej i mimo wszystko korekta kursu prodemokratycznego w Ameryce. Przypomnę,
że ten kurs prodemokratyczny pojawił się w związku
z covidem i kryzysem pocovidowym, a teraz mamy kolejny kryzys związany z wojną na Ukrainie i z zamieszaniem inflacyjnym. Swoją drogą w Stanach Zjednoczonych trwa
– rzec można – nieustanna kampania, co rusz są jakieś wybory: stanowe, wybory gubernatorów, wybory cząstkowe w połowie kadencji prezydenckiej, ale widać,
że obecnie sytuacja przechyla się na korzyść Partii Republikańskiej.

Co wyraźnie podzielony Kongres oznacza
dla amerykańskiej polityki, bo w
ygląda na to, że republikanie w Izbie Reprezentantów będą mogli blokować inicjatywy prezydenta Joe Bidena, ale jednocześnie z uwagi na mniejszość w Senacie sami będą mieli problem z realizacją swojego programu?

– Zwrócę uwagę, że jest jeszcze weto prezydenckie,
co też nie jest bez znaczenia. Można się więc spodziewać wymiany ciosów. Sytuacja jest jaka jest i prezydent Joe Biden musi się liczyć z większością republikańską w Izbie Reprezentantów, ale nie jest pierwszym ani ostatnim prezydentem, który będzie się musiał zmierzyć
z taką sytuacją. Natomiast jeśli chodzi o politykę międzynarodową, to nie sądzę, żeby w wyniku wyborów nastąpił jakiś zdecydowany zwrot w którąkolwiek stronę.
W związku z powyższym wygląda na to, że dotychczasowy kurs polityki amerykańskiej zostanie jednak utrzymany.

Nie jest to chyba aż tak pewne, zwłaszcza po wpisie w mediach społecznościowych syna byłego prezydenta Donalda Trumpa – Donalda Trumpa Jr., który stawia pytanie:  „Skoro to ukraińska rakieta uderzyła
w naszego sojusznika z NATO, Polskę,
czy możemy przynajmniej przestać
wydawać miliardy na ich uzbrojenie?”.

– Oczywiście możemy komentować wpisy czy stanowiska takich czy innych osób, nawet zbliżonych rodzinnie – jak
w tym wypadku – do kręgów władzy czy byłej władzy,
ale one nie zmieniają realnej polityki. Wygląda to bowiem mniej więcej tak jak w Polsce, gdzie komentowane są wypowiedzi czy gesty Donalda Tuska, co mimo całej otoczki medialnej nie ma wpływu na realną władzę
i jej decyzje. Oczywiście nie chcę twierdzić, że działają
i decydujące są tylko i wyłącznie siły strukturalne,
czyli że liczą się twarde interesy i nic po za tym, bo tak mówią politycy, ale jest to bardzo uproszczony sposób postrzegania rzeczywistości.

Tymczasem są jeszcze wpływy konkretnych ludzi, polityków z różnymi charakterami, z określonym temperamentem, poglądami, ideologią itd. Natomiast to, że syn Donalda Trumpa coś powiedział, nie wnosi
– w moim przekonaniu – nic istotnego, a już na pewno
nie będzie to wpływać na korektę kursu polityki międzynarodowej amerykańskich władz. Owszem,
na korektę kursu mogą wpływać takie rzeczy, jak np. wyczerpywanie się zapasów amunicji dostarczanej siłom ukraińskim, bo coraz częściej mówi się, że Amerykanie mają w tym zakresie też ograniczone możliwości.
Z drugiej strony Stany Zjednoczone jako państwo
zbyt dużo zainwestowały w ten konflikt, żeby łatwo zrezygnować, a tym bardziej żeby pozwolić sobie na straty.

Donald Trump chce się wybić i wystartować w kolejnych wyborach prezydenckich. Jak ocenia Pan ten pomysł?

– Wydaje się, że w tej chwili nie jest to już najlepszy pomysł, bo co by nie powiedzieć, Donald Trump przy całym swoim temperamencie politycznym jest jednak kartą zgraną. Nie jest to nic odkrywczego, bo w pewnym momencie każdy polityk mierzy się z tym problemem, dlatego z punktu widzenia Partii Republikańskiej należałoby poszukać innej kandydatury. Natomiast Donald Trump będzie robił wszystko, żeby się znów przebić i uzyskać nominację swojej partii uprawniająca go do ubiegania się
o najwyższy urząd w Stanach Zjednoczonych. Może to zrobić na tym polu, które się wcześniej sprawdzało, mianowicie poprzez swoje kontrowersyjne, bardzo zdecydowane poglądy i wypowiedzi. Czy to się uda
i czy tym razem przyniesie to oczekiwany przez samego Trumpa efekt, zobaczymy.

Joe Biden pogratulował republikanom
i  jednocześnie wyraził gotowość współpracy, tylko czy biorąc pod uwagę układ sił, nie będzie miał problemu
z przepchnięciem ważnych dla swojego środowiska ustaw?

– Z pewnością będzie miał pewne problemy, ale nie zapominajmy, że Stany Zjednoczone to jest kraj, gdzie pieniądz i interesy bardzo się liczą, dlatego siły biznesowe nie pozwolą, żeby zapanowała całkowita anarchia. Natomiast Bidenowi będzie dużo trudniej niż w pierwszych dwóch latach kadencji, gdzie jego ugrupowanie rządziło
w Izbie Reprezentantów, ale miało też przewagę
w Senacie. Joe Biden i jego polityczne środowisko liczyli,
że obierając kurs mocno lewicowy, czy wręcz lewacki, obierając linię ideologiczną – temat aborcji – wygrają wszystko, ale się rozczarowali. Zresztą u nas było podobnie, kiedy totalna opozycja popierała Martę Lempart
i „strajk kobiet” w momencie, kiedy był wyrok Trybunału Konstytucyjnego dotyczący aborcji, sądząc, że uda się jej podpalić Polskę.

Jednak to się nie powiodło, nic to nie zmieniło, jeśli chodzi o sympatie polityczne i opozycja nic na tym nie zyskała. Podobnie jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie też mieliśmy orzeczenie Sądu Najwyższego znoszące prawo
do aborcji, a Joe Biden, zapowiadając, że doprowadzi
do zniesienia tego ograniczenia, liczył, że zapowiedź liberalizacji prawa aborcyjnego przysporzy głosów kandydatom demokratycznym, pozwoli wygrać i utrzymać większość w Kongresie. Stało się jednak inaczej. Widać,
że ta polityka się nie sprawdza.

Nancy Pelosi na stanowisku spikera Izby Reprezentantów najprawdopodobniej zastąpi dotychczasowy lider republikanów
w izbie Kevin McCarthy, który zapowiedział pociągnięcie obecnej administracji
do odpowiedzialności i powstrzymanie programów prezydenta Bidena.
Podobno demokraci i Biały Dom już przygotowują się do śledztw, zatrudniając prawników.

– Zobaczymy, co z tego wyniknie, bo – jak słyszymy – republikanie chcą rewizji śledztwa dotyczącego byłego prezydenta Donalda Trumpa, chcą też badać politykę migracyjną prezydenta Bidena oraz sprawę wycofania się – w atmosferze skandalu – amerykańskich wojsk
z Afganistanu. Być może pod lupę zostanie wzięta też działalność syna prezydenta – Huntera Bidena, a bardziej radykalne skrzydło republikanów mówi wręcz o wszczęciu procedury impeachmentu. Proszę też pamiętać, w jakiej atmosferze Joe Biden doszedł do władzy. Widać więc,
że napięcie polityczne i cała atmosfera w Ameryce są ogromne i przypominają sytuacje z naszego politycznego podwórka i napięcia między Prawem i Sprawiedliwością
a Platformą.

Co z tego wyjdzie, pokaże przyszłość, a może będzie tak jak w przypadku Donalda Trumpa, gdzie poza szumem nic nie wyszło. Impeachment to jest bardzo skomplikowana, żmudna procedura i postawienie urzędującego prezydenta w stan oskarżenia, a tym bardziej jego usunięcie ze stanowiska, nie będzie takie proste. Przypomnijmy tylko, że do tej pory w dwustuletniej historii Stanów Zjednoczonych przed sądem Kongresu stanęło jedynie dwóch prezydentów: Andrew Johnson oraz Bill Clinton. Obaj jednak zostali uniewinnieni i dokończyli swoje kadencje. Była jeszcze sprawa prezydenta Richarda Nixona, który jednak w 1974 roku zrezygnował z urzędu, tym samym unikając oskarżenia. Tak czy inaczej Partia Republikańska będzie robiła wszystko, żeby jak najwięcej ugrać w sensie propagandowym i wizerunkowym, aby osłabić obóz demokratów, zwłaszcza że najważniejsze wybory – wybory prezydenckie – są wciąż przed nami.

Co oznacza ten wynik wyborów do Kongresu i podział na scenie amerykańskiej
w kontekście zbliżającej się kampanii prezydenckiej?

– Wszystko będzie zależało od tego, kogo Partia Republikańska – mimo wszystko chyba rozczarowana wynikiem wyborów do Kongresu – wyznaczy na swojego kandydata, kto otrzyma nominację, aby w 2024 roku ubiegać się o najwyższy urząd w Stanach Zjednoczonych. Ważne też, kogo wyznaczą demokraci, bo zważając na wiek, nie wiem, czy Joe Biden będzie mógł, czy podoła takiemu wyzwaniu i czy będzie w ogóle chciał się z nim zmierzyć. Wiceprezydent Kamala Harris, o której
na początku obecnej kadencji mówiło się, że wiceprezydentura ma być tylko przetarciem i że będzie następcą Joe Bidena i pierwszą kobietą w historii na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych, widać,
że wyraźnie się na ten urząd nie nadaje. Amerykanie
mają tego świadomość, co więcej – sami demokraci
o tym mówią.

Jak widać, w tym względzie zarówno Partia Demokratyczna, jak i Partia Republikańska mają ten sam problem. Wygląda na to, że w Ameryce jest poważny problem kadrowy, skoro w ostatniej kampanii reaktywowano leciwego Joe Bidena, wysuwając go jako kandydata na prezydenta, a teraz również w podeszłym już wieku Donald Trump chce ponownie ubiegać się o start
w wyborach i kolejną prezydenturę. To wszystko pokazuje kryzys przywództwa w kolebce demokracji, jak określa się Stany Zjednoczone. Jak to się skończy i jaki będzie efekt –  zobaczymy.

           Dziękuję za rozmowę.      

Mariusz Kamieniecki