• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Godny pochówek poległych

Niedziela, 6 listopada 2022 (21:04)

Rozmowa z mgr. inż. Mariuszem Wójtowiczem-Podhorskim, byłym dyrektorem zlikwidowanego Muzeum Westerplatte i Wojny 1939

Długo Pan czekał na pogrzeb obrońców Westerplatte?

– Trochę to trwało, bo aż trzy lata. Informacje, że pogrzeb odbędzie się szybciej, były tuż po naszym odkryciu szczątków. Nie brano wówczas pod uwagę długiego etapu identyfikacji, jak i tego, że obrońcy zostaną pochowani już na nowym cmentarzu Żołnierzy Wojska Polskiego na Westerplatte.

 

Co wiemy o odkrytych bohaterach? Kim byli?

– Oprócz szczątków dwóch żołnierzy o pozostałych siedmiu wiemy dość dużo. Tu m.in. zasługa historyka Krzysztofa Henryka Dróżdża – od lat badającego biografie obrońców. To też dzięki niemu na szerszą wodę wypłynęło właściwe nazwisko starszego strzelca – Władysława Okrasy, wcześniej błędnie opisywanego jako Okraszewski, którego szczątki znaleźliśmy w 2019 r. Współpracuję już od wielu lat z Krzysztofem Dróżdżem w wyjaśnianiu tajemnic związanych z Westerplatte. Przy czym ja skupiam się na samej obronie Wojskowej Składnicy Tranzytowej i tego, co ją poprzedzało.

 

Na podstawie dostępnej wiedzy jesteśmy w stanie odtworzyć ostatnie godziny życia poległych obrońców składnicy?

– Stan szczątków mówi wiele o ostatnich sekundach życia żołnierzy z Westerplatte, tego jak zostali śmiertelni ranni, jakie mieli obrażenia i czym zadane. Dodatkowych informacji dostarczyły także elementy umundurowania, wyposażenia, a także uzbrojenia. Ale i sposób, w jaki zostali pochowani, dostarcza nam informacji o tym, jak Niemcy rękoma polskich więźniów potraktowali poległych. Tu dodam, że jako pierwszy, jeszcze w 2009 roku, sprecyzowałem, że pierwszym poległym na Westerplatte był strz. Stefan Jezierski. Powiązałem jego tragiczną śmierć z istniejącym do dziś w ruinie Wartowni nr 3 śladem po pocisku, który go zabił. A w 2019 roku z moimi archeologami jego szczątki udało mi się odkryć, by został po raz trzeci, tym razem ostatecznie i godnie pochowany. Dzięki odkryciu szczątków mogłem też sprecyzować, że kpr. Jan Gębura zginął w Wartowni nr 5, a nie – jak wcześniej wielu historyków opisywało, a ja za nimi – jako poległego w Koszarach.

 

Dlaczego naciskał Pan na rozpoczęcie prac archeologicznych na Westerplatte?

 – Trzeba tu podkreślić, że nikt wcześniej od zakończenia II wojny światowej nie przeprowadzał szerokopłaszczyznowych badań archeologicznych. W 2007 roku jako pełnomocnik wojewody pomorskiego ds. rewitalizacji Westerplatte wespół z ówczesnym wojewódzkim konserwatorem zabytków dr. Marianem Kwapińskim rozpoczęliśmy wąskozakresowe, sondażowe prace archeologiczne. Mieliśmy wówczas zanegować lub potwierdzić obecność zabytków archeologicznych pochodzących z okresu funkcjonowania WST na Westerplatte i jej obrony w 1939 roku, w tym pozostałości po obiektach i infrastrukturze Składnicy. Prace archeologów potwierdziły, że wbrew opiniom różnych historyków westerplacka ziemia jest pełna cennych pamiątek. I to nie tylko takich, jak łuski po pociskach wystrzelonych przez polskich obrońców, ale także  fundamentów budynków, jak np. budynek zawiadowcy stacji Westerplatte. Te prace i odkrycia, niestety, z powodów politycznych nie przekształciły się w kompleksową ekspertyzę całej dostępnej do badań archeologicznej powierzchni półwyspu. Zresztą działy się wówczas dziwne rzeczy na Westerplatte. Np. na terenie portowym półwyspu rozpoczęto wielkie prace budowlane, które nie miały nadzoru archeologicznego. Wielkimi ciężarówkami wywożono ziemię z Westerplatte wraz z zabytkami ruchomymi, nawet pochodzącymi z XVIII wieku. Planowano zburzenie zabytkowego Szańca Mewiego czy budowę gigantycznego ronda, które miało zniszczyć relikty m.in. stacji kolejowej Składnicy. Z trudem zablokowaliśmy tę inwestycję razem z konserwatorem, ale konsekwencje takich działań długo negatywnie na sobie odczuwaliśmy. M.in. ja spotykałem się z anonimowymi groźbami. Aby rozpocząć szerokopłaszczyznowe badania archeologiczne, czekałem więc kolejnych 9 lat. Zarówno do tych z roku 2007, jak i kolejnych przez lata gromadziłem dokumentację archiwalną niezbędną do przygotowania badań archeologicznych. Muszę tu dodać, że pomagał mi w tym zespół ludzi, którym mocno na sercu leżą historia i los Westerplatte. Pod koniec 2015 roku z polecenia Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego rozpocząłem tworzenie instytucji kultury, której jako nowo powołany dyrektor nadałem nazwę Muzeum Westerplatte i Wojny 1939. Było to zarazem spełnienie życzenia ostatniego Obrońcy Westerplatte – mjr. Ignacego Skowrona, który kilka miesięcy przed swoją śmiercią zobowiązał mnie do uczynienia wszystkiego, aby w końcu powstało takie miejsce upamiętniające bohaterską walkę Polaków na Westerplatte, gromadzące pamiątki po obrońcach. Przez całe swoje życie, mimo dziesiątków obietnic, tworzonych planów i projektów, westerplatczycy za życia swojego muzeum się nie doczekali.

 

Miasto, władze centralne, instytucje historyczne i kultury nie były przekonane co do tego, aby przebadać ten teren?

 

– Na początku 2016 r. razem z archeologiem Robertem Wyrostkiewiczem zaplanowaliśmy „Misję Archeologiczną na Westerplatte”. Jej celem było m.in. zbadanie każdego dostępnego metra Westerplatte, jak i poszukiwania szczątków obrońców Westerplatte. Od podstaw musiałem zbudować zespół bardzo doświadczonych archeologów, wsparty antropologiem, bowiem od początku zakładałem znalezienie szczątków ludzkich nie tylko z okresu walk w 1939 roku. Gdy rozpocząłem badania archeologiczne jesienią 2016 roku z miejsca zostałem zaatakowany przez historyków z Muzeum II Wojny Światowej, że moje badania są nielegalne. Rzecz jasna moje muzeum posiadało wszelkie możliwe zezwolenia. Gdy ziemia westerplacka zaczęła stopniowa oddawać skarby w postaci fragmentów wyposażenia i umundurowania polskich żołnierzy, ci sami historycy wykpiwali moją osobę, że ze swoimi archeologami „szukam guziczków i monetek”. Wtórowali im w tym historycy z Muzeum Gdańska podległego pod Prezydenta Miasta Gdańska. Ilość wieloletnich utrudnień i szykan, jakie ten ostatni urząd oraz podległe mu instytucje stosowały wobec mojego muzeum, jak i archeologów, jest nie do opisania w kilku zdaniach. Swoją drogą na rozpoczęcie badań archeologicznych w 2016, jak i później na kontynuacje kolejnych etapów MKiDN nie było zainteresowane przyznaniem jakichś większych środków. Tu zacytuję słowa wysokiej urzędniczki z tegoż ministerstwa dotyczące wniosku na zakup narzędzi do prac archeologicznych w 2016 roku: „To własnych łopat nie macie?”. Po likwidacji mojego muzeum w 2017 roku i przydzieleniu mojego zespołu do Muzeum II WŚ także nie mieliśmy łatwego życia ani przyznanych jakichś szczególnych środków. Miałem wrażenie, że muszę wręcz o nie walczyć przed rozpoczęciem każdego nowego etapu badań. Musiałem wysłuchiwać kpiących uwag w rodzaju „dużo pan jeszcze zamierza znajdować tych guzików, bo nie mam już miejsca na nie w magazynach?”. Ważniejsze było widać planowanie na Westerplatte budowy muzealnych apartamentów na wynajem. Prace prowadziłem z zaledwie czterema archeologami, co było liczbą etatów poniżej minimum potrzebnych do prowadzenia badań o takim zakresie, jaki był konieczny, by m.in. móc odnaleźć szczątki obrońców. Na kolejny etat długo nie mogłem się doprosić. Zresztą dyrekcja Muzeum II WŚ nie przejawiała od początku jakiegoś szczególnego zainteresowania czy zrozumienia konieczności podtrzymywania funkcjonowania oddziału, w jaki przekształciło się moje zlikwidowane muzeum. Ani też nadzwyczajnie nie interesowała się prowadzonymi przeze mnie badaniami archeologicznymi. Dyplomatycznie powiem tak: większość ówczesnej i obecnej dyrekcji MIIWŚ w większości po raz pierwszy pojawiła się na terenie badań archeologicznych na Westerplatte dopiero po odkryciu szczątków. Dlatego śmieszy mnie dziś ich krótka pamięć, górnolotne słowa, czy też – krótko mówiąc – pomijanie mojej osoby przejawiające się choćby tym, że nie otrzymałem z MIIWŚ zaproszenia na uroczystości pogrzebowe 4 listopada na Westerplatte. Podobnie z uśmiechem wspominam oskarżenia pod moim adresem, że np. szczątki westerplatczyków odkryłem w 2016 roku, po czym je zakopałem i czekałem z ich kolejnym „odkryciem” do 2019 r., aż dyrektor będzie w jednej z wielu swoich dalekich zagranicznych podróży służbowych...

 

Spotykał się Pan w przeszłości z żyjącymi obrońcami. Jak oni odbierali to, co dzieje się wokół Składnicy? Brak badań, brak prawdziwego muzeum...

– Miałem to niezwykłe szczęście jako jeden z ostatnich historyków, takich jak wspomniany Krzysztof Henryk Dróżdż czy dr Krzysztof Zajączkowski, także autor wielu publikacji o Westerplatte, rozmawiać z ostatnimi żyjącymi obrońcami. I jako ostatni mogliśmy z nimi rozmawiać o tym, o co nikt inny ich nie pytał. Lub też nie mieli oni zaufania, by komuś innemu odpowiadać szczerze czy też przekazywać swoje spisane wcześniej wspomnienia. Ponieważ na rzecz rewaloryzacji i rewitalizacji Westerplatte aktywnie działam od ponad 20 lat i dzięki współpracy z wieloma osobami udało nam się wspólnie zrealizować wiele dla tego miejsca i pamięci o westerplatczykach, miałem okazję pochwalić się tymi sukcesami przed nimi samymi. Pamiętam bardzo dobrze, jak np. kpt. Władysław Stopiński, gdy odwiedziliśmy go w jego domu w 2007 roku, z przeogromnym zainteresowaniem i radością, wysłuchiwał naszych relacji o tym, co odkryliśmy na Westerplatte, oglądał zdjęcia czy filmy. Wstawał przejęty z fotela i mówił: „Chłopaki, wsiadamy w auto i jedziemy teraz na Westerplatte!”. A miał wówczas 93 lata. Ale też doskonale pamiętam to straszne rozczarowanie i rozgoryczenie, jakie widziałem w oczach oraz słyszałem w słowach mjr. Skowrona, gdy pod koniec 2007 roku było już wiadome, że dalszych prac związanych z budową muzeum Westerplatte nie będzie. On był już wówczas świadomy, że obrońcy Westerplatte za swojego życia nie doczekają się ich wymarzonego i obiecywanego muzeum. To niezwykle dla mnie przykre wspomnienie. Na pogrzebie ostatniego obrońcy mjr. Skowrona nie pojawił się przedstawiciel ani Urzędu Miasta Gdańska, mimo że wszyscy westerplatczycy byli honorowymi obywatelami tego miasta, ani żaden pracownik Muzeum II Wojny Światowej. Władze państwowe również były bardzo skromnie reprezentowane. Taki był ich los, potrzebnych po wojnie jedynie za życia do PR-owych zagrywek polityków.

 

Gdy inicjował Pan proces prac archeologicznych na Westerplatte, to przypuszczał Pan, że zostaną odkryte ciała poległych?

– Tak. Jak wcześniej wspomniałem, byłem przygotowany na to, że znajdziemy szczątki ludzkie, w tym należące do jednego lub więcej polskich żołnierzy. Stąd właśnie obecność antropologa podczas badań archeologicznych. Za tym przekonaniem szły słowa mata Franciszka Bartoszaka, które zapamiętałem jako dziecko, gdy stojąc pod Wartownią nr 1 pokazywał ręką w kierunku terenu wokół cmentarza i mówił: „Tam na pewno leżą moi koledzy”. Ale ja przez lata wyobrażałem sobie, że przy zgliszczach Wartowni nr 5 są po prostu rozrzucone szczątki poległych, i o nich mówił mat Bartoszak. W żadnym wypadku nie przypuszczałem, że odnajdziemy aż 9 szkieletów i aż 7 z nich uda się zidentyfikować. Tu muszę koniecznie wymienić trzech moich archeologów, z którymi odkryliśmy bohaterów, czyli Filipa Kuczmę, Adama Dziewanowskiego i Piotra Kalkę. Podkreślam tu niezwykłą wrażliwość kolegów na wszystko, co wiązało się z odnajdywaniem w ziemi pamiątek po obrońcach, jak i ich szczątków. A ta nasza wrażliwość zmuszała nas do zaciskania pięści i zgrzytania zębami, bo poległych odnajdywaliśmy w miejscu, gdzie przez dziesiątki lat, przy całkowitej obojętności Urzędu Miasta, znajdował się po prostu śmietnik i dziki szalet. Wspomnę, że część polskich żołnierzy pochowano – czy też bardziej wrzucono do dołów – w sposób, w jaki nie chowa się zwierząt pod płotem na wsi. Tym większa satysfakcja i nagroda, że mój upór i cierpliwość po 20 latach doprowadziła do jednego z najbardziej znaczących odkryć w powojennej historii Polski. Zaś sami obrońcy doczekają się godnego, państwowego pogrzebu.

 

Jest szansa na to, że uda się odnaleźć kolejnych obrońców?

 

–  Jako jedyne większe szczątki, może nawet część szkieletu, które zamierzałem odnaleźć, to szczątki Mieczysława Krzaka. To nadal nie jest zamknięty temat. Nie mogę wykluczyć, że nadal Westerplatte skrywa kości polskich żołnierzy, jak i polskich więźniów z obozu utworzonego na Westerplatte po 7 września 1939 roku. W obozie tym, mającym status niemal obozu koncentracyjnego, Niemcy w sposób przerażający traktowali Polaków. Szczątki zamordowanych więźniów nadal mogą być w ziemi. Piszę i mówię o tym od prawie 20 lat. Obawiam się jednak, że dzisiaj szanse na ich znalezienie są już bardzo znikome. Dodam, że nieustalone jest dotychczas np. miejsce, gdzie dokładnie znajdowała się placówka Elektrownia. Wątpię, by znalazły się jeszcze środki i chęć na takie oraz podobne ważne odkrycia na Westerplatte. Nie ma już mojej „Misji Archeologicznej na Westerplatte”. Moją osobę od chwili znalezienia szczątków obrońców stopniowo coraz bardziej odsuwano od spraw związanych z Westerplatte i budową muzeum, aż znalazłem się całkowicie poza tymi projektami. Badania archeologiczne na Westerplatte podyktowane są już właściwie tylko pracami budowlanymi związanymi z tworzeniem muzeum.

 

Wcześniej przypuszczano, że obrońcy zostali pochowani na cmentarzu na Zaspie. To miejsce również musi zostać przebadane?

 

– Zarówno cmentarz Ofiar Terroru Hitlerowskiego w Gdańsku-Zaspie czy wiele innych miejsc w Polsce, jak miejsca potyczek czy bitew z II wojny światowej z udziałem polskich żołnierzy, czekają na swoje badania archeologiczne. Troską państwa polskiego powinno być dbanie o to, by każdy poległy polski żołnierz został godnie pochowany w oznaczonym grobie. Podkreślę tu, że w wielu państwach od dziesiątków lat, często już od czasów I wojny światowej, funkcjonują sprawnie instytucje zajmujące się tylko wyszukiwaniem poległych oraz ich pochówkami, dbające o jednolity wygląd grobów w postaci krzyża, płyt nagrobnych, używanego liternictwa i funeralnej symboliki. W Polsce nadal jest to w głębokich powijakach i nie widzę tu żadnych dobrych perspektyw.

 

Dziękuję  za rozmowę.

Rafał Stefaniuk