• Sobota, 14 marca 2026

    imieniny: Leona, Matyldy, Jarmiły

Kredyt na zimę

Sobota, 30 czerwca 2012 (18:06)

Nie doszło do przełomu na szczycie europejskim, i to mimo zapewnień ze strony premiera Hiszpanii, że nie stać go na finansowanie długu na poziomie wielokrotnie wyższym od stawek niemieckich.

Nie pomogły również apele kolejnej ofiary euro - Włoch, których premier nawet osobiście wymienił prezesa Bundensbanku jako tego, który nie rozumie finansowego mechanizmu jego propozycji.

W tym kontekście nie dziwią również bezpośrednie słowa Silvio Berlusconiego o „seniora Merkel” i stwierdzenia, że "nie byłoby źle, gdyby Niemcy wyszli z euro". Mimo powszechnej krytyki Niemcy nie ugięły się i nic w tym dziwnego, w sytuacji kiedy kanclerz Angela Merkel miała wprost oświadczyć, że "póki żyje", nie będzie uwspólnotowienia długów.

Taka postawa spotyka się nawet z krytyką ze strony premiera Luksemburga Jean-Claude'a Junckera, który powiedział: "Częścią problemu jest to, że Niemcy działają tak, jakby byli jedynym cnotliwym krajem na świecie, który musi płacić rachunki za wszystkich. Jest to niezwykle obraźliwe dla innych krajów". W tym kontekście nie powinno również dziwić nagłośnienie sukcesu Unii Bankowej w sytuacji, kiedy nie będą nią objęte niemieckie banki oszczędnościowe.

Co ciekawe, o ile w internetowym artykule Petera Spiegela w "Financial Times" znalazło się jako końcowe konkludujące zdanie: „Niemcy zapobiegli oddaniu UE uprawnień w stosunku do swoich politycznie silnych kas oszczędnościowych”, to w wersji papierowej pierwszostronicowego artykułu “EU plan to rewrite budgets” zabrakło tego kluczowego stwierdzenia. 

Unijny "Titanic"

 

Sytuacja w UE jest o tyle kuriozalna, że o ile na ulicach Aten, Madrytu i Rzymu oburzeni demonstranci oskarżają Berlin o zmuszanie ich państw do bolesnych oszczędności prowokujących recesję, to w Niemczech trwa wyczekiwanie na ostatni moment z ich ratyfikacją. Otóż cztery miesiące po przekonaniu 25 partnerów do ratyfikacji traktatu dopiero po szczycie w Brukseli nastąpiło jego zatwierdzenie przez Bundestag i Bundesrat. A więc w ostatnim możliwym momencie przed otwarciem giełd 2 lipca, w sytuacji kiedy Europejski Fundusz Stabilizacji o wartości 500 mld euro miał rozpocząć działalność od początku przyszłego miesiąca.

Ubocznym, mało zauważalnym efektem wprowadzonych rozwiązań paktu fiskalnego jest z jednej strony uzależnienie Europy od niemieckiego procesu decyzyjnego, a z drugiej  - dalsza centralizacja państwa niemieckiego kosztem autonomii 16 landów. Jak zauważa Tony Czuczka, kanclerz Angela Merkel, wymuszając na innych dyscyplinę finansową i nie godząc się na euroobligacje, jednocześnie rozumie, że w ramach Niemiec funkcjonowanie optymalnego obszaru walutowego oznacza konieczność dodatkowych transferów fiskalnych i gwarancję dla długów landów.

O tym, jak rozpaczliwa obecnie jest sytuacja euro, mogą świadczyć dramatyczne wyznania ministra spraw zagranicznych Hiszpanii, który porównał Europę do "Titanica", w którym - jeśli Hiszpanie będą tonąć - to na równi z usadowionymi w pierwszej klasie Niemcami.

Podobnie Niall Ferguson i Nouriel Rubini apelują do Niemiec o opamiętanie, postulując proste recepty na kryzys w postaci wzrostu inwestycji infrastrukturalnych w krajach peryferyjnych, w powiązaniu ze wzrostem płac w u siebie w celu zwiększenia konsumpcji. W sytuacji, kiedy Niemcy są głównym beneficjentem wprowadzenia euro, uważają, że kiedy to państwo wymusza na krajach UE rezygnację z suwerenności, występuje ryzyko poważnego kryzysu, gdyż wymagania te okażą się nie do zaakceptowania przez innych. A takie działania mają charakter „neokolonialny”.

Niemcy, nie godząc się  wspierać finansowo kraje dotknięte kryzysem, bez koncesji politycznych, nawiązują do antysolidarnościowej polityki, którą stosowały w przeszłości. Podczas gdy nie ma też żadnej pewności,  że  jeśli  kraje te oddadzą suwerenność  i władzę polityczną, to  transfery pieniężne nastąpią.

Zresztą dlaczego Niemcy mieliby się spieszyć z pomocą w sytuacji, kiedy mimo kryzysu zapotrzebowanie na niemieckie produkty powoduje wzrost gospodarczy, bezrobocie jest na rekordowo niskim poziomie od 20 lat i nadal spada, a rekordowo niskie koszty obsługi długu pozwalają na dodatkowe wydatki. Łatwo zapominają, że o ile Chiny, Brazylia i inne kraje wschodzące stoją za wzrostem niemieckiego eksportu, o tyle jednak nawet obecnie eurostrefa jest odbiorcą ponad 40 proc. niemieckiego wywozu. Ponadto są głównym beneficjentem obecnego kryzysu z dwóch powodów. Osłabione kryzysem euro (już o 10,5 proc. od 2009 r.) poprawia konkurencyjność sprzedawanych przez nich towarów, a ucieczka kapitałów z krajów peryferyjnych, tak bolesna dla nich, jednocześnie powoduje, że Niemcy pożyczają pieniądze na rynku kapitałowym praktycznie za darmo, gdyż rentowności dwuletnich obligacji mają poziomy negatywne i za pożyczanie pieniędzy trzeba dopłacać.

O ile bezrobocie młodzieży przekracza poziom 50 proc. w Grecji i Hiszpanii, a 35 proc. we Włoszech, o tyle w Niemczech od 2005 r. stale spada i wynosi poniżej 10 proc. od dwóch lat. Osłabienie euro sprawiło, że eksport niemiecki poza UE wzrósł od 2009 r. o 42 proc., osiągając poziom ponad 420 mld euro, jednak i w ramach UE jest od niego wyższy o 200 mld euro i w tym samym czasie również rósł dynamicznie, o 25 proc. przekraczając poziom przedkryzysowy.

Nadwyżka bilansu płatniczego wzrosła dynamicznie w okresie funkcjonowania euro, od 2004 r. przekraczając co roku poziom 100 mld euro i będąc lustrzanym odbiciem deficytu, który notowały kraje peryferyjne eurostrefy. Nic dziwnego, że gdy analizujemy bilanse Banku Centralnego Niemiec w systemie Target2, to zauważamy, że od roku 2007 Niemcy odnotowały ponad 600 mld euro nadwyżki, podczas gdy w sumie pozostałe nadwyżkowe kraje (Finlandia, Holandia i Luksemburg) miały ją na poziomie dwukrotnie niższym. Równocześnie zobowiązania krajów peryferyjnych (Włoch, Hiszpanii, Irlandii, Grecji i Portugalii) narosły do rekordowego poziomu prawie 900 mld euro. A gdyby wszystkie kraje eurostrefy chciały zastosować postulowane przez Niemcy działania polegające na ograniczeniu konsumpcji i zwiększeniu eksportu, to nie byłoby tych, którzy mogliby tę nadwyżkę kupić.

Dlatego również George Soros wprost oskarża Niemcy o kolonializm, stwierdzając, że kanclerz Angela Merkel, wymuszając na partnerach UE pakt fiskalny bez redukowania ryzyka krajów peryferyjnych, „sprawi, że Niemcy staną się centrum imperium i umieści »peryferie« w pozycji podporządkowanej na stałe”. 

Eurobajka

 Coraz trudniej jest opinii publicznej zrozumieć aktualne zachowanie Niemiec, a kanclerz skarbu Wielkiej Brytanii George Osborn wprost posunął się do sugestii, że dążenie do wywołania kryzysu euro ma na celu doprowadzenie do szoku opinii publicznej w celu uzyskania aprobaty dla działań, których w innym przypadku nie można byłoby przeprowadzić. W sytuacji ewidentnego załamania finansowego eurostrefy i jej systemu bankowego należy się zastanowić nad głębszymi przyczynami jej dysfunkcjonalności i braku adekwatnej reakcji ze strony jej głównego beneficjenta.

Warte rozważenia są przyczyny propagowania absurdalnych opinii, którymi zwłaszcza epatują gazety niemieckie, w tym wpływowy "Frankfurter Allgemeine Zeitung", który niedawno na pierwszej stronie, oceniając kraje południa Europy, określił je jako takie, które „błędnie mylą strefę euro z rajem, w którym dobrobyt przychodzi bez ciężkiej pracy".

Wydaje się, że łatwiej będzie można zrozumieć naszego zachodniego sąsiada, jeśli zanalizuje się wypowiedź Thomasa Steffena, sekretarza stanu w niemieckim ministerstwie finansów, na konferencji w Brukseli, którą przytoczyli w artykule  „Germany Grapples With Role In Rescue”  w "Wall Street Journal" Vanessa Fuhmans i Matthew Karnitschnig. Otóż w odpowiedzi na krytykę, że Niemcy są zbyt powolne, aby pomóc swoim sąsiadom, Steffen wezwał kraje południa Europy, aby raczej wzięły swój los we własne ręce, opowiadając bajkę o mrówce i koniku polnym.

„Mrówka, zauważył, pracuje przez całe lato, gromadząc żywność na zimę, natomiast konik polny marnuje okres ciepłych miesięcy, śpiewając. (...) Pan Steffen nie powiedział jednak publiczności, jak się bajka skończyła: kiedy nadeszła zima, głodujący konik polny błaga mrówkę o żywność. Besztając konika polnego za jego bezczynność, mrówka odwraca się plecami i czołga się dalej”.  O ile końcowa scena jest najbliższa prawdy, poza tym, że w rzeczywistości mrówka mówi konikowi polnemu, że zastanowi się poważnie nad kredytem żywnościowym dla niego, jeśli on solennie zobowiąże się, że odda się w mrówczą niewolę, o tyle początek bajki jest typowym europrzekłamaniem, gdyż ta historia opowiadana w kraju peryferyjnym strefy euro ma całkiem inny przebieg. Ponieważ w miesiącach letnich to mrówka "byczyła się" w ciepłym klimacie, a konik polny, ciężko pracując na życie, umilał jej czas śpiewem.

Kiedy jednak nadszedł kryzys, to zachwiał dotychczasowym podziałem pracy między owadami. Otóż hierarchicznie zorganizowane mrówki posłuchały swojej królowej i podczas letnich wakacji odpoczywają przy śpiewie swoich bezrobotnych mrówek w mrowisku. I chociaż muzyka ta nijak się ma do jakości śpiewu konika polnego, to pozwala mrówkom łagodniej przeżyć kryzys. A konik polny musi się przekwalifikować i słuchać poleceń mrówek, jeśli chce dostać kredyt na zimę.

Teraz Niemcy

Na tym tle szokujące musi się wydawać, że połowa Niemców w sondażu zorganizowanym przez nadawcę ZDF uznała, że wspólna waluta jest dla nich niekorzystna. I że prawie 80 proc. z nich jest przeciwnych emisji euroobligacji, mimo iż - jak napisał "Wall Street Journal" - realizacja postulatów niemieckich oznacza, że „Niektóre południowe kraje europejskie czekają lata recesji i agonii, aby przywrócić im międzynarodową konkurencyjność”.

Dzieje się tak dlatego, że o ile po II wojnie światowej Niemcy temperowały swoje polityczno-ekonomiczne zapędy, aby odbudować zaufanie partnerów, o tyle teraz uważają, że nie muszą. Jak opisuje to Ulrike Guérot z Berlina: "Próbujemy utrzymywać ową narrację działania dla Europy, ale nie można jej porównywać do motywującej siły, jaką miały wspomnienia wojny, holokaustu i zagrożenia sowiecką dominacją". Nawet apele sędziwego, 93-letniego byłego kanclerza Helmuta Schmita, który przypominał: "Nieraz Niemcy spowodowali, że inni cierpią z powodu naszej potęgi", zostały zignorowane. Gdyż -  jak uważają Fuhrmansi i Karnitschnig -  po prostu „Dziś większość Niemców nie chce, aby ich przeszłość wpływała na ich relacje z resztą Europy”.

W tym kontekście nie należy się dziwić frustracji niemieckich parlamentarzystów, którzy po przybyciu w listopadzie do Aten zamiast czołobitnego przyjęcia usłyszeli żale o „brutalności” narzucanych przez Niemców Grekom wymogów, porównywanych do wojennej okupacji, oraz o braku odszkodowań wojennych jako pierwotnej przyczynie ich trudności ze spłatą zagranicznych kredytów. Podczas gdy nawet lewicowi przeciwnicy polityczni kanclerz Merkel w sprawach polityki zagranicznej wprost uważają, że bez politycznych koncesji ze strony „peryferii” się nie obejdzie. Jak wprost powiedziała oburzona Viola von Cramon z Partii Zielonych: „Chcą, aby dać im pieniądze, ale bez warunków, bez wpływów politycznych”.

 W efekcie pogłębiającego się kryzysu zamiast  spodziewanego upadku  euro możemy zatem mieć skok do przodu w kierunku znacznie głębszej integracji.  Wszystko zmierza w kierunku  powstania scentralizowanego molocha europejskiego pod egidą Niemiec, pod wielokrotnie eksponowanym przez kanclerz Merkel hasłem „Więcej Europy, nie mniej Europy”, w której pozostałe kraje będą musiały po prostu „odrobić [zadaną] pracę domową”.  Realizacja tej strategii jest możliwa  dlatego, że gdy wiceminister spraw zagranicznych Niemiec Michael Link otwarcie stwierdził, że „każdy ma prawo do zaproponowania swoich propozycji. A my [Niemcy] mamy prawo, aby je odrzucić”, my [Polacy] z tego prawa nie korzystamy, odrzucając dyskryminujące zapisy traktatu lizbońskiego, a nawet uważamy jego przyjęcie za swój sukces negocjacyjny.

 

Cezary Mech