• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Jest jedno państwo: Polska

Niedziela, 9 października 2022 (11:14)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prezydenci i burmistrzowie części miast protestowali w Warszawie przeciwko – jak to określono – podwyżkom cen energii oraz przerzucaniu przez rząd na samorząd odpowiedzialności za dystrybucję węgla. De facto był to jednak protest antyrządowy?

– Od przejęcia rządów w Polsce przez Zjednoczoną Prawicę widać było, że prezydentom dużych miast i aglomeracji wywodzących się z Platformy jest nie pod drodze z nową władzą. Manifestacja, jaka się odbyła w piątek, tylko to potwierdza.

Skąd to się wzięło?

– Przypomnę, że za rządów koalicji PO-PSL przyjęto zasadę, że cała pomoc państwa powinna być kierowana do dużych aglomeracji. Wychodzono z założenia, że duże ośrodki się rozwijają i trzeba im pomóc, natomiast ludzie z małych miast i gmin i tak uciekają do dużych ośrodków, więc nie trzeba tam inwestować. To powodowało rozbicie i sprawiało, że duże miasta prezydenckie otrzymywały większość środków, a to, co mogłoby trafić na prowincję, do małych miasteczek i gmin, zwyczajnie tam nie docierało. Efektem były zapóźnienia i nie było mowy o zrównoważonym rozwoju Polski. W 2015 roku, kiedy wybory wygrało Prawo i Sprawiedliwość, sytuacja się zmieniła – mianowicie przyjęto zasadę, że cała Polska ma się równomiernie rozwijać, a nie tworzyć „zielone wyspy rozwoju”, obok których były mokradła nędzy i rozpaczy. Postawiono więc akcent na prowincję, która za rządów PO--PSL była totalnie zaniedbana.

To spowodowało niezadowolenie dotychczas traktowanych priorytetowo dużych ośrodków…

– Dokładnie, bo pieniądze, które dotychczas płynęły dużym strumieniem do kasy dużych aglomeracji – miast prezydenckich – zaczęły być dzielone sprawiedliwie dla wszystkich, także mniejszych ośrodków, i docierały do małych gmin na prowincji. W taki oto sposób powstała totalna opozycja i podjęto akcję pod hasłem: PiS walczy z samorządem. Kiedy w poprzedniej kadencji Sejmu pełniłem funkcję szefa Sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, bywałem na wszystkich korporacjach samorządowych, jak Związek Miast Polskich, Związek Powiatów Polskich, Związek Gmin Wiejskich RP czy Związek Województw RP, i w żadnej z tych regionalnych struktur nie było zasady, że wszyscy popierają to, co mówiła opozycja, a było to raczej pół na pół – nawet wśród samorządowców wywodzących się z opozycji. Zatem nie można było powiedzieć – jak dzisiaj usiłują to robić opozycyjni do rządu włodarze miast – że mówią w imieniu wszystkich samorządowców. Oni działają w interesie tych, którzy stracili profity.

Jak ta polityka koalicji PO-PSL była odbierana w samorządach?

– Powiem tak: od samego początku Sejmu VIII kadencji, od roku 2015, w komisji, której przewodniczyłem, leżał w zamrażarce projekt ustawy obywatelskiej na sumę 4 mld zł, które miały wyrównać straty poniesione przez samorządy w wyniku decyzji ministra finansów Jacka Rostowskiego. Kiedy wówczas zadałem pytanie politykom Platformy, dlaczego ten projekt nie został przeprowadzony w poprzedniej kadencji, odpowiedzieli mi bardzo szczerze, że Rostowski i premier Kopacz nie wyrazili na to zgody. To pokazuje, że gros samorządów wcale nie cieszyła się z rządów koalicji PO-PSL, co więcej, im mniejsze samorządy, tym poparcie dla PiS było większe, i wcale nie musieli to być członkowie tej formacji. Kiedy widzieli, że PiS zwróciło uwagę na mniejsze samorządy i gminy, to mówili mi wyraźnie, że choć nie są członkami tej partii, to cieszą się, bo ktoś wreszcie o nich pomyślał.  

Są jednak duże ośrodki, których włodarze bawią się w politykę, którym władza PiS przeszkadza…

– W tych ośrodkach mamy budowanie narracji: my – samorząd, oni – rząd. Zawsze byłem przeciwnikiem takiego stawiania sprawy, co tłumaczyłem opozycyjnej stronie samorządowej, że nie ma państwa samorządowego i państwa rządowego, ale jest jedno państwo: Polska. Ministerstwa i samorządy są to instytucje publiczne, które mają działać na rzecz obywateli, każdy według swoich kompetencji, możliwości prawnych i finansowych.

Tymczasem budowano narrację, że rząd chce zniszczyć samorządy i przejąć władzę w regionach…  

– To też trzeba wyjaśnić. Mianowicie samorząd na dole wykonuje dużą pracę, ale są obszary, które przerastają możliwości lokalnych władz, np. służba zdrowia. Utrzymanie szpitali, specjalistycznych ośrodków leczniczych, kadr medycznych jest poważnym problemem finansowym, z którym samorządy nie mogą sobie poradzić m.in. z powodów rosnących długów. Kiedy zaczęto dyskutować o przejęciu szpitali przez państwo, to po stronie samorządów pojawiła się retoryka: zabierają nam kompetencje.

Tymczasem samorządy mają całą masę kompetencji w ważnych obszarach i odebranie, a właściwie scedowanie na państwo, a więc odciążenie ich z części obowiązków, które przerastają samorządy, to sama korzyść. I tak wyglądał ten „zamach” na samorządy, a budowana narracja była totalnym nieporozumieniem. Co więcej – z jednej strony był krzyk, że nie mają pieniędzy, że służba zdrowia ich pogrąża, że nie dają rady, ale kiedy rząd zaproponował im odciążenie, żeby mogli się zająć obszarami, na które mają wpływ i możliwości, to podniosło się larum. To pokazuje, jakie są prawdziwe intencje politykujących samorządowców.

Pandemię koronawirusa też próbowano wykorzystać przeciwko rządzącym…

– Covid był zjawiskiem ogólnoświatowym i życie pokazało, że na początku nie było mądrych, którzy wiedzieliby, jak sobie z tym problemem poradzić. Wszyscy – całe państwo – uczyliśmy się na błędach: rządzący, samorządowcy, obywatele. Były mądre i zupełnie nietrafione decyzje. Tymczasem na piątkowym proteście widziałem hasło: „Covid-19” – sugerujące, że rząd jest winny pandemii, która odcisnęła się na całej gospodarce, także na samorządach. Zapomniano, że samorządy, które są na dole, zawsze reagują pierwsze, i to wójt, burmistrz, prezydent i starosta – na terenie powiatu, są pierwszymi odpowiedzialnymi za tzw. samoobronę, obronę cywilną i działania kryzysowe. To oni podejmują pierwsze działania w czasie suszy, powodzi, covidu czy problemów energetycznych itd. i sygnalizują wyżej do powiatu, wojewody, do rządu, że z czymś jest problem. Tak to działa.

Poruszył Pan ważny temat, mianowicie dotyczący węgla, co w obliczu zimy jest nie lada problemem, ale samorządy – ich część – nie czują się w obowiązku odpowiedzieć na apel rządu?

– Wicepremier Jacek Sasin występuje do samorządów o zaangażowanie w pomoc dla swoich mieszkańców, o pomoc w dystrybucji węgla. Wszystkie ręce na pokład, bo sprawa jest poważna i żaden – nawet najlepszy urzędnik z pozycji Warszawy tego tematu nie załatwi. Dzisiaj w portach widzimy zwały węgla, których nie ma kto rozdystrybuować i rozwieźć do regionów, do mieszkańców. Sprawę dodatkowo utrudnia fakt, że za wschodnią granicą mamy wojnę i Polska stała się skrzyżowaniem, przez które na Ukrainę dociera nie tylko pomoc militarna. Zostaliśmy więc zakorkowani – nie wspomnę już o zbożu ukraińskim, które za pośrednictwem naszej kolei dociera do portów i dalej do Afryki, i nie tylko. Ponadto problemem dotyczącym węgla staje się dzisiaj cena. Jakiś czas temu, kiedy pojawił się temat węgla, na placu w kopalni węgiel kosztował 800-900 zł za tonę, podjeżdżał handlarz, pośrednik, u którego po wyjeździe za bramę ta sama tona kosztowała już 2,5-3 tys. zł.

Czy zatem nie jest to wina państwa, które toleruje takie nadużycia?

– Zgadza się, że jest to ogromna słabość polskiego państwa i rządu, bo gdzie jest tutaj Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który w takich przypadkach powinien reagować i zadziałać? Podobna sytuacja była z drewnem. I gdzie są inspekcje handlowe czy wspomniany UOKiK, kiedy prawa konsumenckie były ewidentnie łamane? Ktoś najwyraźniej to przespał. Podobnie mieliśmy zmowę monopolistów w przypadku cukru, gdzie cenę kilograma cukru z 3 zł wywindowano do 10-12 zł.

Powróćmy jeszcze do piątkowego protestu samorządowców, którzy jeszcze w kwietniu nawoływali rząd do zamknięcia granic dla rosyjskiego węgla, a dzisiaj krzyczą, że rząd zaniedbał sprawę.

– To pokazuje hipokryzję tych samorządowców, których ciepłownie funkcjonowały dzięki węglowi ze Wschodu. Sprowadzając węgiel z Rosji, milczeli, a kiedy Putin napadł na Ukrainę, pierwsi krzyczeli, żeby zamykać granice dla węgla z Rosji, podczas gdy cała Unia Europejska zrobiła to dopiero z końcem sierpnia – wcześniej magazynując zapasy węgla. Rząd uległ tej presji i to – moim zdaniem – był błąd, który spowodował, że po części sami zgotowaliśmy sobie kłopot. Ponadto paradoksalnie ci, którzy wczoraj szli w pierwszym rzędzie tego protestu, przez lata – zgodnie z życzeniem Unii – robili wszystko, żeby zamykać kopalnie, odchodzić od węgla, a dzisiaj krzyczą, gdzie jest węgiel, bądź że węgiel jest drogi.

Weźmy też politykę energetyczną Unii Europejskiej – pod dyktando Berlina, i osławiony ETS – unijny kaganiec na polską energetykę. I mimo iż premier Morawiecki namawia Komisję Europejską do odejścia, a przynajmniej zawieszenia europejskiego systemu handlu emisjami, co obniżyłoby ceny energii, to Bruksela pozostaje wciąż głucha. I politycy opozycji, którzy są w głównej formacji – EPL – w europarlamencie i mają wpływ na decyzje, teraz przebrali się w szaty samorządowców, którzy idą i krzyczą „rząd – złodzieje”. Wypowiedzi Tuska i innych czołowych polityków Platformy są mocno populistyczne – rodem z PRL-u, gdzie było ręczne sterowanie cen energii, a dzisiaj jest niemożliwe, żeby w ciągu jednego dnia wprowadzić nowe przepisy, bo to wymaga całego procesu legislacji. Prawo musi być przestrzegane. I oni doskonale o tym wiedzą, a mimo to zachęcają rząd do działań, które następnie okrzyknęliby łamaniem demokracji, czy wręcz dyktaturą. Samorządowcy, którzy chcą pomóc swoim mieszkańcom, to robią, i to od dawna, a ci, którzy robią politykę, nie dbają o interes małych społeczności. Dla nich ważne jest tylko obalenie rządu i przejęcie władzy.

Rafał Trzaskowski ma w Warszawie bodajże 3 tys. wniosków o węgiel. W porównaniu z innymi to niewiele, a i tak nie umie, czy raczej nie chce tego załatwić?  

– Włodarze dużych miast, którzy szli w proteście, nie mają dużo problemów z węglem, bo w większości są tam ciepłownie dostarczające ciepło obywatelom. Węgiel jako taki w ogrzewaniu mieszkań zajmuje tam minimalny procent. I ci samorządowcy, którzy chcą pomóc ludziom, to robią, tylko trzeba chcieć. W Warszawie mieliśmy zebranie partyjne, a nie samorządowe. Do stolicy przyjechała przybudówka Platformy, ale z tą frekwencją też było mizernie. Przyjechali samorządowcy skupieni w ruchu antyrządowym po to, żeby budować alternatywę do przyszłych wyborów parlamentarnych. Tym samym rozpoczęli kampanię wyborczą.

Wiedzieli, że premier jest na nieformalnym szczycie unijnym w Pradze, a mimo to przyjechali do Warszawy. Co więcej, w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów czekał na nich wiceminister Paweł Szefernaker – przewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego, osoba bardzo merytoryczna, którą wszyscy szanują, ale pikietujący nie złożyli żadnej petycji. To pokazuje, że tu nie o dyskusję chodzi. To grono doskonale wiedziało, co robi, po co przybyło do Warszawy – żeby zrobić zamieszanie, relacje w antyrządowych mediach i tyle. Protestujący urzędnicy na bardzo intratnych posadach dokonują manipulacji i kpią sobie ze swoich mieszkańców.

Swoją drogą co zrobić, aby zmniejszyć ceny energii, skoro Bruksela nie chce się zgodzić na zawieszenie ETS-u?

– Nie ma co się oglądać na Brukselę, dla której ideologia jest ważniejsza niż los mieszkańców. Polska ma kopalnie węgla, dlatego trzeba na nowo uruchamiać ściany, wydobycie. Zresztą co by się dzisiaj działo, gdybyśmy – jak co poniektórzy bardziej ambitni rządzący z opozycji chcieli – nawet natychmiast odeszli od wydobycia węgla? Tak czy inaczej musimy się skupić na własnym wydobyciu węgla, co będzie wyzwaniem, ale mamy to czarne złoto, i powinniśmy z niego korzystać. Idźmy wzorem Niemiec, którzy zapowiedzieli, że w ramach wsparcia, ratując przed katastrofą, wpompują w swoją gospodarkę ok. 200 mld euro.

I tu Komisja Europejska nie protestuje, że jest to niedozwolona pomoc publiczna, bo dotyczy to Berlina. Dlatego róbmy swoje. Polsce – w sytuacji kryzysu, w obliczu wojny na Ukrainie i zagrożenia ze strony Rosji – potrzeba mądrej władzy publicznej zarówno rządowej, jak i samorządowej, bo nikt samodzielnie nie przejdzie przez ten kryzys. Ważne, żeby strony rządowa i samorządowa zaczęły wreszcie rozmawiać – dla dobra Polski. Inaczej problemy Polaków będą narastać. Tylko czy można liczyć na tych z grona mocno rozpolitykowanych samorządowców, którzy wolą protestować, a zapominają o tym, że mają służyć mieszkańcom swoich miast czy gmin…?

        Dziękuję za rozmowę.      

Mariusz Kamieniecki