Dziś w „Naszym Dzienniku”
Priorytetem są Chiny
Piątek, 5 sierpnia 2022 (01:45)ROZMOWA / z dr. Markiem Kawą, amerykanistą
W ostatnich dniach media całego świata żyły wizytą Nancy Pelosi, przewodniczącej Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych, na Tajwanie. Pekin na ten fakt zareagował bardzo nerwowo. To wydarzenie świadczy o tym, że Amerykanie przesuwają ciężar swojej uwagi z Ukrainy oraz Europy Środkowej i Wschodniej w stronę Tajwanu?
– Oczy kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych zawsze były zwrócone w tę stronę, tylko proporcje koncentrowania uwagi zaczęły się zmieniać. Wielu Europejczyków ciągle żyje europocentryzmem, tymczasem nie miejmy złudzeń: dla Amerykanów priorytetem była i jeszcze bardzo długo będzie Chińska Republika Ludowa – bo jest to ich główny rywal, jedyny na świecie pretendent do roli supermocarstwa. Chiny bardzo mocno rozpychają się w regionie. To wymuszało na kolejnych prezydentach opracowywanie strategii dotyczących Pacyfiku. A Tajwan? Jest pierwszym krokiem Chińczyków do uzyskania pozycji supermocarstwa. Oficjalne dokumenty Komunistycznej Partii Chin zawierają plany pełnego przyłączenia Tajwanu do kontynentu. Używając dawnej nomenklatury – chodzi o powrót wyspy do macierzy. Już nawet padają konkretne daty, kiedy to miałoby się stać. Atak Federacji Rosyjskiej na Ukrainę sprawił, że Amerykanie już nie mogli poświęcać tak dużo uwagi sprawie Tajwanu. Dzisiaj wiemy już, że Ukraina i Tajwan to dwie sprawy, które były rozgrywane w ramach jednej partii. Wszystko to poprzedziły szerokie konsultacje rosyjsko-chińskie, prezydent Rosji Władimir Putin udał się do Pekinu na inaugurację zimowych igrzysk olimpijskich. Ukraina miała zostać bardzo szybko przejęta, świat miał być w szoku, jak wielką moc ma potężna armia rosyjska. Chiny miałyby wówczas okazję do tego, żeby załatwić sprawę Tajwanu. Nie wiemy jednak, jak daleko posunąłby się Pekin – czy to by było pełne przejęcie, czy jedynie dezintegracja. Dlatego dzisiaj Chiny wyrażają swoją frustrację wokół wydarzeń na Ukrainie.
Pekin nie mógł zignorować faktu, że trzecia osoba w Stanach Zjednoczonych odwiedza wyspę, którą Chińczycy uważają za wchodzącą w skład ich państwowości. Zaczęło się robić nerwowo.
– Jesteśmy świadkami koncertu, który rozgrywa się na wielu fortepianach z rozpisaniem na role. Kongres Stanów Zjednoczonych pełni rolę pewnej awangardy. To przed nim tłumaczy się administracja. Zawsze pozostawiano Kongresowi dużą swobodę działań. Joe Biden dystansował się od wizyty Nancy Pelosi, podobnie departament stanu. Uważam jednak, że nawet gdy mamy do czynienia z bardzo słabą administracją, która nie ma dużego poparcia społecznego, to taka wizyta jak ta nie mogła się dziać przypadkiem. Jednak wszystko działo się lege artis. W 2018 r. przyjęto przepisy, które regulowały kwestię oficjalnych wizyt na Tajwanie na różnym szczeblu. Już w przeszłości dochodziło do wizyt kongresmenów na wyspie. Jednak ta jest na dużo wyższym poziomie, bo Nancy Pelosi jest trzecią osobą w państwie.
Trudno nie odnieść wrażenia, że ta wizyta była testem dla obu krajów.
– Był to duży test dla Amerykanów oraz Chińczyków. Wiemy, w jakiej sytuacji są demokraci. To jest zapewne ostatnia kadencja Nancy Pelosi jako szefowej Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych. To już łabędzi śpiew. I chociaż od zawsze wyrażała antychińskie poglądy, to jednak ta wizyta jest dość odważnym aktem jak na dinozaura amerykańskiej sceny politycznej. Pelosi politycznie nie ma już nic do stracenia, więc może dlatego to właśnie ona udała się na Tajwan, żeby wziąć na siebie odpowiedzialność za przebieg tej wizyty. Z punktu widzenia Polski i sytuacji na Ukrainie o wiele bardziej niebezpieczne byłoby to, gdyby ta wizyta była zaplanowana, a w ostatniej chwili doszłoby do jej odwołania. Wówczas bym się bardzo mocno niepokoił.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym