• Wtorek, 17 marca 2026

    imieniny: Patryka, Zbigniewa, Gertrudy

Totalna zapaść Syrii

Wtorek, 26 lipca 2022 (09:38)

ROZMOWA / z ks. prof. Waldemarem Cisłą, przewodniczącym polskiej sekcji Pomocy Kościołowi w Potrzebie

 

Papieskie stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie alarmuje o dramatycznej sytuacji humanitarnej w Syrii. Co się dzieje w tym kraju?

– Od ponad dekady Syria jest objęta wojną. Oczywiście działania zbrojne przybierają różne natężenie. Ostatnio okolice Damaszku zostały ostrzelane przez siły Izraela. A co chwila dochodzi do takich i podobnych sytuacji. Syria znalazła się w stanie totalnej zapaści ekonomicznej. Jak to wygląda w liczbach? Żeby utrzymać 5-osobową rodzinę, potrzebne jest miesięcznie 200 dolarów. Z kolei średnia pensja wynosi około 40-50 dolarów. A więc potrzebne są 4 etaty, żeby utrzymać rodzinę. Zakup nowych ubrań można przekładać. Stare można odświeżać, cerować. Sytuacja staje się jednak dramatyczna, gdy ktoś zachoruje. Służba zdrowia w tym kraju jest prywatna. Dodatkowo sytuację przeciętnych Syryjczyków pogorszyła Unia Europejska, która wprowadziła bezsensowne embargo na sprzedaż do tego kraju części i urządzeń medycznych. Wiadomo, że rząd i tak załatwi sobie taki sprzęt. Ten zakaz uderza w zwykłych ludzi, nie dając im szansy na leczenie. Usługi medyczne są dzisiaj bardzo drogie. Ceny leków są tak wysokie, że są one niedostępne. To pokazuje tragizm sytuacji. Trwa teraz lato, w Polsce narzekamy na upały, ale też jednym z ważnych dla nas tematów jest zima. Polacy wyobrażają sobie, że kraje na Bliskim Wschodzie są miejscami wiecznego słońca. Tak nie jest. Zdarzają się tam bardzo ostre zimy i opady śniegu. Dochodzi nawet do takich opadów, które paraliżują ruch drogowy. A obozy dla uchodźców w Syrii czy Libanie nie mają ogrzewania. Mamy udokumentowane przypadki, że w tych obozach – ze względu na brak ogrzewania i stosownych warunków – zamarzały dzieci. Wilgotność i choroby powodują śmierć wielu dzieci. Tak najprościej można opisać sytuację w Syrii.

A jaka jest obecnie sytuacja w Libanie? Wiemy, że ten kraj przeżywa swoje problemy, a przecież przyjął 2 mln uchodźców z Syrii.

– To jest kolejny dramat. Liban bardzo długo był krajem, który ratował syryjskie rodziny. Można było do niego pojechać, zarobić pieniądze, coś kupić. Dzisiaj sytuacja ekonomiczna tego kraju jest straszna. Już teraz dochodzą do nas głosy, że jest tam o wiele gorzej niż w Syrii.

Sytuacja polityczna pozwala sądzić, że Syria czy Liban będą w stanie się odbudować?

– Prawie dwa lata temu – 4 sierpnia 2020 r. – doszło do potężnego wybuchu w porcie w Bejrucie. Sprawiło to, że oczy świata znowu zwróciły się w stronę tego kraju. Posypała się pomoc humanitarna. Nawet pojawił się prezydent Francji Emmanuel Macron, który obiecywał pomoc. Skończyło się jednak jak zwykle – media przestały się interesować Libanem, a słowne deklaracje polityków nie zamieniły się w czyn. Jestem w stałym kontakcie z naszymi przyjaciółmi w Libanie i wiemy, że sytuacja ekonomiczna i polityczna jest beznadziejna. Jego Eminencja Patriarcha Kościoła Maronickiego, kardynał Bszara Butros Rai jest ostatnim głosem Libanu na świecie i już tylko on błaga społeczność międzynarodową o zainteresowanie się losem tego kraju. Ostrzega on, że Libańczycy – a jest to naród osób dobrze lub bardzo dobrze wykształconych – będą wyjeżdżać. Cały ten splot wydarzeń politycznych i ekonomicznych zmusza mnie do stwierdzenia, że to, co teraz obserwujemy, jest akcją wyczyszczenia kolejnego kraju na Bliskim Wschodzie z chrześcijan. To już się np. stało w Iraku. Jeszcze dwie dekady temu żyło tam 1,5 mln chrześcijan. Dzisiaj jest ich dużo poniżej 100 tys. Dane są różne. Przy wizycie Papieża w Iraku mówiono o 200 tys. chrześcijan. Dzisiaj częściej pojawia się liczba 90 tys. Co gorsza są to głównie uchodźcy wewnętrzni. W Syrii jest podobnie. Przed wojną liczyła ona 22 mln mieszkańców. Z czego od 10 proc. do 15 proc. to byli chrześcijanie należący do różnych Kościołów wschodnich. Dzisiaj mówi się, że ponad połowa wyemigrowała – lub inaczej – uciekła. Duża część z nich zginęła. Teraz trwa akcja oczyszczania Libanu z chrześcijan. Wkrótce Bliski Wschód – kolebka chrześcijaństwa – pozostanie bez wyznawców Chrystusa. To nas bardzo mocno niepokoi.

Możliwa jest kolejna wojna między islamem a chrześcijaństwem w Libanie?

– Kardynał Bszara Butros Rai mówił Radiu Watykańskiemu, że obecna sytuacja polityczna i ekonomiczna zmusza Libańczyków do opuszczenia własnego kraju. Papież Franciszek nawoływał do tego, aby integrować uchodźców z krajem, w którym się znajdują. Kardynał Rai na przykładzie Libanu udowodnił niedoskonałości takiego myślenia. Przypomniał, że kraj ten liczy 4 mln obywateli, a przyjął dwa miliony uchodźców. Dalej mówił tak: „Liban jest krajem, w którym system polityczny jest oparty na demografii. Stąd wynika równość chrześcijan i muzułmanów. A całe te dwa miliony uchodźców to muzułmanie sunnici. Mogą zostać zmanipulowani politycznie, tak jak zostali zmanipulowani uchodźcy palestyńscy w 1975 r., co doprowadziło do wojny domowej między chrześcijanami i muzułmanami”. Dalej tłumaczył, że na Bliskim Wschodzie religia jest bardzo ważna. „Liban traci swą fizjonomię. Nie jest już krajem pluralizmu, otwarcia, pokojowego współistnienia między muzułmanami i chrześcijanami” – przekazał kardynał Rai Papieżowi. To są bardzo mocne słowa, które przekonały Ojca Świętego do korekty swojej postawy względem migracji. Ojciec Święty Jan Paweł II pokazywał Liban jako wzór dla świata. Twierdził, że nikt tak wspaniale nie zbudował relacji między chrześcijanami a muzułmanami. Stworzono tam system polityczny, który przypisywał urzędy do poszczególnych religii. To funkcjonowało, bo stosunek chrześcijan do muzułmanów wynosił 1:1. Jeżeli w krótkim czasie liczba muzułmanów wzrosła o 100 proc., to wiadomo, że to musiało zachwiać stabilnością kraju.

Dlaczego świat zapomniał o chrześcijanach na Bliskim Wschodzie? Za bardzo skupiliśmy się na Ukrainie?

– W ostatnich miesiącach Polacy zdali egzamin z chrześcijaństwa, przyjmując miliony uchodźców z Ukrainy. Wieść o tym poniosła się po świecie. Popsuło to także robotę naszym wrogom, którzy twierdzili, że jesteśmy krajem ksenofobów. Bo taką opinię próbowano o nas wykreować na bazie wydarzeń na granicy polsko-białoruskiej. Media mają taką specyfikę, że chcą sensacji, żyją newsami. Jak można od ponad dekady mówić o tym samym? Zobaczmy, że jeszcze w lutym i marcu kanały informacyjne przez 24 godziny na dobę mówiły o Ukrainie. Dzisiaj zainteresowanie jest mniejsze, bo ludzie są tym zmęczeni. I to się także stało w odniesieniu do Libanu i Syrii. Rozmawiałem z Syryjczykami i oni podkreślali: „Proszę księdza, to nie jest nasza wina, że to trwa już tyle lat. My byśmy chcieli zakończenia wojny choćby dzisiaj”. Sytuacja Syrii czy Libanu jest dramatyczna i kraje te są uzależnione od pomocy humanitarnej. To jest wielkie zadanie dla Kościoła, także w Polsce. Polacy mają ten wspaniały gen, że pomagają wszystkim, nie tylko chrześcijanom. Każdy człowiek, który oczekuje pomocy, otrzymuje ją z polskich rąk. Jest to pewna kwestia do przemyślenia – jak pomóc Ukrainie, aby nie zaniedbać tych, którzy mają jeszcze gorzej.

Zagrożenie ze strony islamskich ludobójców zostało zażegnane?

– Niestety nie. Syria również była krajem ułożonych relacji chrześcijańsko-islamskich. Zadania były podzielone: chrześcijanie m.in. trudnili się produkcją ubrań. Miasta były podzielone na dzielnice. To wszystko funkcjonowało. To, jak radykalizm islamski niszczy relacje, pokazuje Egipt. Bractwo Muzułmańskie, gdy przejęło władzę, chciało wszędzie wprowadzić szariat. Doprowadziło to do tego, że coraz bardziej realne były masowe mordy Koptów. Uratowała ich dopiero interwencja Stanów Zjednoczonych, które osadziły i nowego dyktatora. Inaczej mielibyśmy totalną rzeź chrześcijan w Egipcie. Wojna służy temu, aby islamiści wprowadzali terror swojej religii. Wokół Mosulu w Iraku żyły wspólnoty chrześcijańskie z I wieku. Tradycja zwraca uwagę, że Ewangelię przynieśli im Żydzi, którzy byli świadkami zesłania Ducha Świętego w Jerozolimie. I ruszyli z Dobrą Nowiną, głosząc historię zbawienia, a Bóg wybrał im okolice Mosulu do posługiwania. Po 2 tys. lat fanatyzm islamski doprowadził do wyniszczenia chrześcijaństwa. Podobnie jest w Syrii. Tam, gdzie nie ma fanatyzmu, relacje są trudne, ale pozwalają na normalne funkcjonowanie. Bo obie strony mają świadomość, że albo będą ze sobą żyć, albo będą się wyżynać. Jeden mężczyzna, chrześcijanin – gdzieś w moim wieku – opowiadał, że całe życie przyjaźnił się z islamską rodziną. Miał najlepszego przyjaciela muzułmanina, z którym wychowywał się od dziecka. Ich rodziny się wzajemnie odwiedzały – na święta chrześcijańskie i muzułmańskie. To funkcjonowało. Kiedy wkroczyło tam Państwo Islamskie, to domy chrześcijan oznaczono znakiem nasara. Tak wskazywano, gdzie można znaleźć wyznawców Nazarejczyka. To oznacza, że muzułmanin mógł okraść ten dom, zgwałcić znajdujące się tam dzieci czy porwać kobiety. I człowiek, który przez całe życie był przyjacielem tego chrześcijanina, przyszedł do niego i powiedział, że przejmuje jego cały dom i kazał mu się wynosić. Po kilku dniach powtórzył to wezwanie, zachowując się bardzo agresywnie. Ten człowiek, aby ratować swoją rodzinę, musiał uciec. Szybko spakował dobytek swój i rodziny i nocą postanowił opuścić swój dom. Ale przed odjazdem poszedł do tamtego muzułmanina. On z wyjątkową agresją wrzeszczał na niego, że już dawno powinien się wynieść i nie przeszkadzać mu w nocy. A ten chrześcijanin mu powiedział, że nie mógł odjechać, nie pożegnawszy się ze swoim najlepszym przyjacielem. W muzułmaninie coś pękło i zaczął go przepraszać za to, co robił. Obiecał nawet, że otoczy jego dom i jego rodzinę swoją opieką. Ten chrześcijanin powiedział mu tak: „Nie, przyjacielu. Wyjadę. Bo pękło to, czego nie da się posklejać – moje zaufanie do ciebie”. Brak wzajemnego zaufania jest ogromnym problemem Bliskiego Wschodu.

Jak Polacy pomagają Syryjczykom i Libańczykom?

– Nasza pomoc jest ogromna. Ostatnio z okazji świąt dwa razy byliśmy tam z paczkami. Byli razem z nami przedstawiciele prezydenta Andrzeja Dudy. Tak udzieliliśmy pomocy ponad 10 tys. rodzin. Byliśmy też w obozach, gdzie pomagaliśmy paczkami szkołom i dzieciom. Wielkie serce okazała także była już premier Beata Szydło, która uruchomiła specjalne środki przeznaczone na leczenie Syryjczyków. To dzieło kontynuował premier Mateusz Morawiecki. Wiele wskazuje na to, że będziemy musieli znowu zwrócić się do polskiego premiera o powtórzenie tej akcji. Z tych pieniędzy, przy wsparciu prywatnych darczyńców, uratowaliśmy życie i zdrowie 50 tys. osób. Mogli oni przejść operacje lub wreszcie zostali skierowani na potrzebne zabiegi. Syryjczycy powtarzali mi, że są w stanie codziennie jeść suchy chleb. Ale gdy tylko pojawi się choroba i trzeba kupić lek ratujący życie, na to pieniędzy już nie mają. Jeden z jezuitów, który opiekuje się punktem pomocowym, żalił się, że jest postawiony w sytuacji decydowania o ludzkim życiu. Ma 40 dolarów i musi się zastanawiać, czy zapłaci za dializę chorego czy kupi lek na serce. Bo nie jest w stanie pomóc obu chorym. Tylko jeden będzie mógł przeżyć. Który? To są tak poważne sytuacje, w których znajduje się Kościół na Bliskim Wschodzie. Dzięki zaangażowaniu premier Szydło i premiera Morawieckiego udało się nam 50 tys. takich dylematów rozwiązać. Spotkaliśmy małżeństwo z 2-letnim synkiem chorym na raka. Dysponowali oni 200 euro miesięcznie. A jeden wlew chemii kosztuje 120 euro. A więc 80 euro przesądzało o życiu lub śmierci tego dziecka. Jestem wdzięczny Czytelnikom „Naszego Dziennika”, że od lat interesują się sprawami pomocy humanitarnej i nas wspierają. Liczę na to, że tego serca będzie jeszcze bardzo dużo. Bez tego nie będziemy w stanie pomóc. Wiem, że Polacy patrzą teraz na Ukrainę, ale również w Syrii dzieją się dramaty. Tam masowo są gwałcone kobiety. Najmłodsza wykupiona z niewoli niewolnica seksualna – podkreślam niewolnica seksualna – miała 6 lat. Proszę, pamiętajcie o Syrii, Libanie i Iraku. Chrześcijanie w tych krajach liczą na waszą pomoc.

Dziękuję za rozmowę.

RS