• Środa, 13 maja 2026

    imieniny: Ofelii, Roberty, Serwacego

Z Unią trzeba rozmawiać stanowczo

Wtorek, 19 lipca 2022 (17:19)

Z prof. Tomaszem Grosse z Uniwersytetu Warszawskiego, ekspertem Instytutu Sobieskiego
ds. europejskich, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jaka jest interpretacja Pana Profesora  orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie odwołania spółki Nord Stream 2 AG na dyrektywę gazową
i decyzji Sądu Unii Europejskiej w Luksemburgu, który wcześniej odrzucił skargę szwajcarskiej spółki zależnej od Gazpromu jako niezasadną?

– Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zakwestionował od strony formalnej wyrok sądu niższej instancji – Sądu Unii Europejskiej w Luksemburgu –
i poprosił, aby tenże sąd raz jeszcze rozpatrzył, od strony merytorycznej, skargę spółki Nord Stream 2 AG. Trybunał Sprawiedliwości uznał, że gazociąg Nord Stream 2 jest objęty prawem europejskim, w związku z tym ewentualna skarga tego podmiotu ma uzasadnienie. Jednocześnie
w swoim wyroku Trybunał w Luksemburgu stwierdził jeszcze dwie bardzo ważne rzeczy. Po pierwsze, że wyjątki, które są przewidziane w tzw. dyrektywie gazowej, nie mają zastosowania do Nord Stream. Innymi słowy, ten gazociąg musi podlegać prawu europejskiemu i nie może zostać wyłączony spod tego prawa. Po drugie, władze publiczne, powołując się na wyjątki istniejące we wspomnianej dyrektywie, nie mają możliwości wyłączenia tego gazociągu z prawa europejskiego. Przede wszystkim dotyczy to władz regulacyjnych w Niemczech, które zgodnie z treścią dyrektywy gazowej mają potencjalne możliwości do derogacji, albo też wyłączenia Nord Stream. 

To dobrze z naszego punktu widzenia?

– Treść tego orzeczenia jest zgodna z linią postulowaną przez polski rząd. Otóż polski rząd od kilku lat stoi na stanowisku, że gazociągi zewnętrzne, takie jak Nord Stream 2, powinny być objęte prawem europejskim.
I z tego puntu widzenia orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej jest – w moim przekonaniu – zgodne z polskimi interesami. Natomiast
to orzeczenie i w ogóle cała ta sprawa tak naprawdę nie dotyczyła tego, czy Nord Stream jest legalny, czy też nie,
i czy powinien zostać zamknięty, czy też nie, bo to nie było przedmiotem sprawy ani odwołania szwajcarskiej spółki, której głównym udziałowcem jest Gazprom. Czyli sprawa dotyczy innej kwestii: czy prawo europejskie ma mieć zastosowanie do Gazociągu Północnego. Jest to kwestia na tyle istotna, że prawo europejskie wprowadza dyrektywą gazową zasady, które dotyczą m.in. rozdzielenia usługi sprzedaży gazu od transportu tego paliwa, transparentności cennika, a więc po jakiej cenie będzie ten gaz sprzedawany, oraz możliwości korzystania z gazociągu przez podmioty trzecie. W tym wypadku każda z tych zasad ogranicza monopol Gazpromu w odniesieniu do Nord Stream, a przynajmniej tej części tego gazociągu, która wchodzi na wody terytorialne Unii Europejskiej, czyli do Niemiec.

I Niemcy na własne życzenie mają problem, ale nie chcą same zjeść tej żaby, dlatego też chcą poprzez Komisję Europejską wymóc na pozostałych państwach członkowskich solidarność energetyczną.

– Błędy polityki energetycznej, polityki klimatycznej Unii Europejskiej, która w dużym stopniu opierała się na projekcie rozbudowy Gazociągu Północnego, doprowadziły Niemcy do bardzo poważnego kryzysu energetycznego. Jednak rykoszetem bije to także w inne państwa członkowskie Unii. Pomysłem Niemców, który w tej chwili realizują, jest regulacja mająca wymusić – w przypadku niedoboru w jakimś państwie członkowskim – solidarność energetyczną i dostarczenie gazu z państw sąsiednich.
Ta regulacja ma określać m.in., na jakich zasadach kraje, które będą udzielały pomocy, mają zmniejszać dostawy gazu dla własnych obywateli i do przedsiębiorstw po to, żeby dzielić się tym paliwem z krajami sąsiednimi, które mają jeszcze większe problemy.

Niemcy zawsze myślą tylko o sobie, nawet kosztem innych państw…

– To będzie regulacja, która de facto będzie wymuszać
na takich krajach, jak Polska, które też są pogrążone
w kryzysie energetycznym, aby ratowały Niemcy, jeżeli okaże się, że pod względem niektórych wskaźników ich sytuacja jest gorsza. Ten wymóg w sposób eufemistyczny nazywa się mechanizmem solidarności, ale tak naprawdę jest to kolejny element przymusu, którego celem jest ratowanie gospodarki i obywateli niemieckich na koszt innych państw. Ma to miejsce w sytuacji, kiedy tak naprawdę to Niemcy ponoszą ogromną odpowiedzialność za wywołanie tego kryzysu, a przynajmniej za dopuszczenie do takiej sytuacji, która uzależniła Niemcy
i całą Unię Europejską od woli Władimira Putina i od tego, czy będzie on wywierać presję gazową lub energetyczną, czy też nie. Zatem solidarność energetyczna jest mechanizmem niezwykle kontrowersyjnym, tym bardziej że – tak jak wspomniałem – również Polska w tej chwili odczuwa skutki kryzysu energetycznego wywołanego poniekąd przez wcześniejszą politykę Unii Europejskiej. Problem polega na tym, że ta regulacja, o której mowa, jest zdecydowanie niewystarczającym instrumentem na czas tak poważnego kryzysu energetycznego, z jakim będziemy musieli się zmierzyć w najbliższych miesiącach. W związku z tym należałoby – po stronie Unii Europejskiej – doprowadzić do kolejnych działań antykryzysowych, które będą odpowiadały na kryzys i które będą modyfikowały politykę klimatyczną Unii Europejskiej.

Tylko że Bruksela działa bardzo powoli, podejmuje bardzo często błędne decyzje.
W związku z tym jak w tej sytuacji, wobec próby narzucenia nam solidarności energetycznej, powinien zachować się polski rząd?

– Biorąc pod uwagę błędy wcześniejszej polityki Unii Europejskiej oraz to, że Unia nie reaguje adekwatnie do sytuacji kryzysowych, na barkach polskich władz spoczywa zadanie, żeby jak najszybciej reagować na sytuację kryzysową. Wydaje się, że to, co można zrobić, to po pierwsze – niezależnie od postulatów, które już w tej chwili premier Morawiecki ogłosił, a mianowicie, że zobowiązał spółki Skarbu Państwa do zakupu węgla – trzeba podjąć działania inwestycyjne bądź modernizacyjne, które zwiększą produkcję i wydobycie węgla przez polskie kopalnie. Po drugie – należałoby bardzo poważnie rozważyć, czy w okresie tymczasowym nie złagodzić presji inflacyjnej i w związku z tym wysokich kosztów energii, zawieszając działanie systemu ETS. Przypomnę tylko,
że ten system w bardzo dużym stopniu generuje koszty polskiej energii i ciepłownictwa. Dopóki nie ustabilizuje się cena na rynku energetycznym, dopóty nie wyjdziemy
z tego kryzysu, dlatego wydaje się sensowne zawieszenie systemu ETS, aby złagodzić presję inflacyjną i zmniejszyć ciężary, które z tego tytuły są przesuwane na odbiorców energii i ciepła w Polsce. Po trzecie – trzeba byłoby zintensyfikować prace nad rozbudową Terminalu LNG
w Świnoujściu oraz przyspieszyć prace związane
z uruchomieniem platformy – terminalu regazyfikacyjnego dla tegoż gazu w Zatoce Gdańskiej.

A co z energetyką jądrową?

– Sądzę, że należałoby również przyspieszyć program budowy elektrowni atomowych w Polsce – zarówno tych dużych, jak i małych – na potrzeby dużych zakładów produkcyjnych. Oczywiście realizacja tego typu inwestycji – szalenie kosztownych – wymaga czasu, jednak należy myśleć perspektywicznie i przynajmniej przyspieszyć te prace. Jest to bowiem sprawa bardzo istotna ze strategicznego punktu widzenia.

Krótko mówiąc, nie oglądać się na Unię Europejską i robić swoje, ale czy zważając na politykę Brukseli i Berlina wobec Polski, powinniśmy zasobami gazu dzielić się
z Niemcami?                

– Biorąc to pod uwagę, że rząd niemiecki w bardzo dużym stopniu odpowiada za blokowanie funduszy europejskich do Polski, bo od dłuższego czasu naciska na Komisję Europejską, żeby ta stawiała kolejne warunki i utrudniała przepływ funduszy unijnych do Polski, to choćby z tego powodu „solidarność” w tym wypadku jest co najmniej nieuzasadniona. Natomiast obawiam się, że polski rząd będzie stosować się do prawa unijnego ze względu na potencjalne sankcje, jakie z tego tytułu mogą wynikać, przede wszystkim ze względu na obawę, że nasz sprzeciw będzie kolejnym argumentem dla Komisji Europejskiej, żeby blokować fundusze unijne dla Polski.

A może czas najwyższy rozprawić się
z kierownictwem Komisji Europejskiej,
które popełnia całą masę błędów, i z całym tym kompromitującym się układem liberalno-lewicowym, który rządzi Unią.
Czy nie są potrzebne daleko idące zmiany dotyczące nie tylko rewizji polityki europejskiej, ale też wymiany tychże elit?

– Słuszny postulat, ale obawiam się, że jego realizacja będzie trudna, zwłaszcza dla polskich władz. Rewizja polityki europejskiej jest z całą pewnością konieczna
i jestem pierwszy, który optowałby za sanacją polityki europejskiej, jednak trzeba być realistą. W dzisiejszych warunkach jest to bardzo trudne, szczególnie dla państw Europy Środkowej, takich jak Polska, bo w Unii Europejskiej jednak dominują największe kraje Europy Zachodniej. Natomiast to, co my możemy zrobić, to nie oglądać się na Brukselę, jeśli chodzi o kryzys energetyczny, kryzys żywnościowy, czyli podejmować takie decyzje, które są potrzebne, niezbędne z punktu widzenia polskich obywateli. Należy ich chronić przed skutkami tych dwóch poważnych kryzysów. Jeżeli więc trzeba zawiesić funkcjonowanie niektórych praw Unii Europejskiej, to należy to niezwłocznie zrobić – przynajmniej na jakiś czas. Druga rzecz to fundusze europejskie z tzw. Krajowego planu odbudowy, o których słyszeliśmy już wiele razy,
że już mają być odblokowane, a tymczasem wciąż do nas nie płyną. Zamiast tego słyszymy o kolejnych warunkach zaporowych ze strony instytucji unijnych, które się piętrzą.

Co w związku z tym możemy
i co powinniśmy zrobić?             

– Możemy podjąć dwa działania, które oczywiście są trudne, ale sytuacja również nie jest łatwa. W związku
z tym powinniśmy wyciągać wnioski z doświadczeń.
Po pierwsze, jeśli będziemy blokować na forum Unii Europejskiej pewne wspólne rozwiązania, to – jak pokazuje praktyka – Unia może ustąpić, np. jeśli chodzi
o odblokowanie funduszy w ramach „Krajowego planu odbudowy”. Weto w polityce unijnej jest naszym ostatnim orężem w obronie narodowych interesów. Drugie rozwiązanie dotyczy unijnych pożyczek z „Krajowego planu odbudowy”, który przecież jest adresowany nie tyle do nas, ile do krajów południa strefy euro, które wspólnie żyrujemy. Jeżeli w dalszym ciągu nie będziemy w stanie wyegzekwować należnych nam funduszy, to zawsze możemy się z tego mechanizmu wycofać. Możemy ostrzec naszych partnerów z Europy Zachodniej, że skoro nie możemy otrzymać środków, które zostały zaplanowane
dla Polski, to nie będziemy dłużej partycypować w tym programie i wycofujemy się żyrowania pożyczek, a nasi obywatele nie będą ich spłacać poprzez nowe unijne podatki przez kolejne trzydzieści lat. Uważam, że takie jasne i zdecydowane postawienie sprawy może przynieść pożądany efekt.

             Dziękuję za rozmowę.