Berlin uzależnił się od Rosji na własne życzenie
Wtorek, 12 lipca 2022 (20:50)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Rosja rozpoczęła konserwację gazociągu Nord Stream 1 i wstrzymała do 21 lipca dostawy gazu do Niemiec. Politycy
w Berlinie obawiają się, że przepływ gazu może być wstrzymany na dłużej. Czy Berlin jest w przededniu energetycznej katastrofy?
– Wydaje się, że tak. To, jak bardzo Niemcy uzależniły się od Rosji, widząc w Moskwie swojego strategicznego partnera i w ogóle nie wyobrażając sobie, że między tymi państwami mogłoby dojść do nieporozumień na taką skalę, jak to ma miejsce dzisiaj, jest rzecz wręcz niebywała.
Do tej pory mówiono o Niemczech, że jest to kraj
– a przynajmniej rząd i państwo – racjonalny, bardzo realistycznie oceniający politykę w kategoriach nade wszystko biznesowych itd. Tymczasem okazuje się,
że rzeczywistość skrzeczy. Jak to zwykle u Niemców bywa, wszystko jest logiczne, wszystko jest wspaniałe, ale gdzieś jednak został popełniony błąd, i to błąd nie tyle
w konsekwencjach, co na początku myślenia
– w założeniach. Błąd, który prowadzi do takich,
a nie innych niebezpiecznych rozwiązań.
Innymi słowy założono, że Rosję
da się ucywilizować?
– Założono, że Rosja będzie grać w grę niemiecką, czyli będzie uzależniać biznesowo, może będzie straszyć wojskowo, jednak zasadniczo będzie się dzielić z Niemcami wpływami w centralnej Europie, ale nie rozpocznie wielkiej wojny. Tyle że te założenia walą się jak domek z kart. Rosja testuje dziś wytrzymałość Niemców – na ile tym uzależnieniem od gazu może wymuszać przez Berlin pewne ruchy w Europie, które – dajmy na to – odblokowałyby sankcje, obwód królewiecki itd. Rosjanie cały czas grają swoją grę.
Kiedy polski rząd przestrzegał przed taką polityką, kiedy robił wszystko, żeby się uniezależnić od rosyjskiego gazu, to rząd niemiecki – wprost przeciwnie – robił wszystko, żeby siebie i całą Europę uzależnić od błękitnego paliwa
z Moskwy. To były dwa przeciwstawne bieguny, kierunki. Niestety, w Polsce w określonych kręgach polityka niemiecka była stawiana za wzór. Dziś mamy nie tylko problem dotyczący Nord Stream 1, ale też kwestię
Nord Stream 2. Jeśli popatrzeć z perspektywy kilku lat,
to fascynacje również w Polsce polityką niemiecką
są zupełnie nieuzasadnione.
Dzisiaj Niemcy, stojąc w obliczu problemu energetycznego i przed perspektywą zimnych kaloryferów, ustami szefa Europejskiej Partii Ludowej Manfreda Webera chcą, aby Komisja Europejska zmusiła kraje członkowskie do dzielenia się gazem z takimi państwami jak oni…
– Ta wypowiedź to przykład niesamowitej arogancji,
buty, wręcz bezczelności, ponieważ to właśnie Niemcy
nie zważały na interesy innych państw, tylko omijały je gazowo, pozwalając, żeby Rosja mogła prowadzić politykę uzależniania, a dzięki zyskom ze sprzedaży gazu
– prowadzić bezkosztowo wojnę itd. To Niemcy nie wykazały nawet minimum solidarności czy zrozumienia wobec europejskich partnerów. Natomiast kiedy cała ich polityka bankrutuje, kiedy wszystko z punktu widzenia Niemiec wygląda katastrofalnie, to Berlin nagle wymaga
od Komisji Europejskiej, aby ta wymusiła na krajach członkowskich solidarność energetyczną z Niemcami. Bezczelność Manfreda Webera jest niewyobrażalna
i aż trudno sobie wyobrazić, że można w ten sposób się wypowiadać.
Berlin, który przez lata forsował odcięcie od energetyki węglowej – przecież nie kto inny jak kanclerz Angela Merkel podpisała wyrok na elektrownie węglowe – dzisiaj chce powrócić do węgla. I wszyscy mają się dostosować do nowych trendów,
bo tak sobie zażyczył Berlin…
– Sądzę, że w Polsce, jak i w wielu innych krajach, fascynacja Niemcami jako krajem wiodącym, mądrym, stojącym wysoko gospodarczo, do którego wszyscy mieli dorastać – dzisiaj mija. Niemcy owszem osiągały różne przewagi konkurencyjne dzięki tanim surowcom energetycznym z Rosji, dzięki niemoralnym i z gruntu niebezpiecznym dla całej Europy układom z Rosją. Weźmy chociażby całą tę ideologię klimatyczną, w którą poszły Niemcy, ale nie bez przyczyny, bo wiedziały, że
w konsekwencji ma się to przede wszystkim im opłacić.
Wymagania klimatyczne, cały pakiet „Fit for 55” to jest wręcz absurdalne zamierzenie, ale Niemcy w to wchodziły, ponieważ uważały, że dzięki manipulacji będą mieć zyski, i to niemałe. Tymczasem okazało się, że tego zysku nie ma, ale są potężna strata i poważne zagrożenie energetyczne dla całej niemieckiej gospodarki. Dlatego w obawie o własny interes, nie oglądając się na nikogo, łamią wszelkie zasady, które same ustanowiły. I to pokazuje całą obłudę niemiecką.
Na ile rosyjska presja energetyczna może się okazać skuteczna? Chyba nikt nie ma wątpliwości, że Rosji chodzi o wywarcie wpływu i szantażem zmuszenie Niemiec, aby za cenę powrotu do tanich paliw kopalnych
z Rosji uruchomiły Nord Stream 2 i wpłynęły na inne państwa, żeby te odstąpiły albo przynajmniej ograniczyły wsparcie
dla Ukrainy w toczącej się wojnie.
– Na całe szczęście Niemcy nie są państwem, od którego zależy przyszłość wojny na Ukrainie. Oczywiście spełniają pewną rolę, ale nie jest to rola pierwszoplanowa. Wiemy przecież, jak wyglądają w rzeczywistości obietnice Berlina, jeśli chodzi o dostawy sprzętu wojskowego na Ukrainę.
O wiele większą, nieporównywalnie większą od Berlina
rolę we wspieraniu walczącej Ukrainy spełnia Warszawa,
co wynika chociażby z geografii. Natomiast Niemcy mogą wpływać na sankcje wobec Rosji, zwłaszcza sankcje
ze strony Unii Europejskiej. Myślę, że będą wywierać presję, żeby te sankcje rozszczelniać poprzez różnego
typu działania zakulisowe.
Jak możemy wykorzystać moment, kiedy Niemcy próbują wrócić do energetyki węglowej, i czy nie jest to czas, gdy ideologia klimatyczna, energetyczna forsowana m.in. przez Fransa Timmermansa zacznie umierać śmiercią naturalną.
Może czas najwyższy, żeby zarzucić te oderwane od rzeczywistości pomysły?
– Proszę zwrócić uwagę, że mamy tu do czynienia
z cwaniakami, którzy zarabiali, i to niemało, na całym tym „Europejskim zielonym ładzie”. Mamy do czynienia z ideologami, którzy wierzą w tę ideologię i ją propagują. Mamy też do czynienia z tzw. pożytecznymi idiotami.
Tak czy inaczej nie da się z dnia na dzień odwrócić tego mechanizmu, ponieważ wiele rzeczy już może nie tyle zrobiono, co postanowiono, zaprojektowano.
Natomiast na tym etapie widać coraz większe, bardzo bolesne zderzenie ideologii z rzeczywistością. Bolesne,
bo kosztowne w znaczeniu finansowym, także w znaczeniu drożyzny, jaka dziś jest; w znaczeniu bezpieczeństwa energetycznego, choćby nawet minimalnego. To wszystko powoduje wstrząsy, a co za tym idzie coraz większy upadek autorytetu Brukseli, i to na różnych piętrach. Zobaczymy, do czego to doprowadzi. Pewne jest jedno, że Unia Europejska znalazła się w potężnym kryzysie i czas pokaże, czy i jak się z tego kryzysu wyplącze. Bruksela nie ma chociażby scenariusza, planu awaryjnego na wypadek rosyjskiego szantażu gazowego, taki plan ma dopiero powstać do końca lipca. Zobaczymy, co się w nim znajdzie.
Jak możemy wykorzystać moment niepewności, ideologicznego
i energetycznego kryzysu Unii?
– To nie jest proste, ponieważ Bruksela – mimo kryzysu energetycznego, inflacji i wojny na Ukrainie – nie zmieniła kursu antypolskiego. Niemcy jako kraj dominujący w Unii Europejskiej wiedzą, że Polska w tej chwili w jakimś sensie wymyka się spod kontroli, dlatego używają Brukseli,
żeby przywoływać nas do porządku. My jesteśmy mocno zaangażowani w wojnie na Ukrainie, co jest kosztowne,
ale otwiera pewne perspektywy geopolityczne.
To powoduje, że interesy centralnej Europy coraz bardziej się wyodrębniają od tych wielkich graczy, jak Niemcy, Francja czy Włochy.
Wystarczy spojrzeć na zachowanie krajów nadbałtyckich, takich jak Finlandia czy Szwecja, które wchodzą do Sojuszu Północnoatlantyckiego i w istocie grają w grę antyrosyjską. Proszę też spojrzeć na takie kraje, jak Litwa, która jeszcze kilka lat temu ostro się odnosiła do Polaków. Jednak dzisiaj Litwini rozumieją sytuację i mają świadomość, że bez Polski praktycznie nie ma niepodległej Litwy. O Ukrainie już nie wspomnę. Krótko mówiąc, wojna na Ukrainie pokazuje, że interesy środkowej Europy, tzw. Międzymorza różnią się zasadniczo od interesów Niemiec czy Francji.
Dlatego im dłużej wojna na Ukrainie będzie trwała,
tym ten podział, to pęknięcie będzie bardziej widoczne.
W tej sytuacji trzeba – przynajmniej próbować – wyrywać się ze szponów „Zielonego ładu”, „Fit for 55” i innych ideologicznych odmętów, bo staje się to coraz bardziej kosztowne. Tymczasem wciąż nie ma pieniędzy z budżetu Unii Europejskiej z „Krajowego planu odbudowy” dla Polski. Niemcy chcą nas obłożyć sankcjami i finansowo zagłodzić, a koszty tej unijnej polityki są ogromne. To wszystko nie jest proste i nie jest łatwo wybrać złoty środek. Myślę, że bardzo ważne będą przyszłoroczne wybory parlamentarne w Polsce, które rozstrzygną o kierunku polskiej polityki.