• Środa, 13 maja 2026

    imieniny: Ofelii, Roberty, Serwacego

NATO jest zjednoczone werbalnie

Niedziela, 3 lipca 2022 (19:31)

Z prof. Grzegorzem Górskim, dr. hab. n. prawnych, prof. Toruńskiej Szkoły Wyższej – Kolegium Jagiellońskiego, w latach 2011-2014 sędzią Trybunału Stanu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami szczyt NATO w Madrycie, który zanim się jeszcze rozpoczął, media okrzyknęły jako przełomowy. Czy patrząc z krótkiej perspektywy, rzeczywiście był przełomowy?

– Przed szczytem oczekiwano, że przynajmniej trzy sprawy mają kluczowe znaczenie. Po pierwsze, chodziło o wypowiedzenie umowy NATO – Rosja, która nakłada na Sojusz szereg zobowiązań, a z Rosji czyni „partnera” NATO. Po drugie, konieczne jest pilne wzmocnienie sił sojuszniczych w krajach bałtyckich. Po trzecie zaś, oczekiwano decyzji o przyjęciu Szwecji i Finlandii w szeregi Sojuszu. Rzutem na taśmę udało się osiągnąć sukces w tym trzecim punkcie i z tego powodu szczyt w Madrycie na pewno zostanie zapamiętany. W kwestii pierwszej sukcesu nie było, ale wykreślono z nomenklatury NATO pojęcie partnera w stosunku do Rosji. To jest jakiś postęp.

W kwestii drugiej nie ma niestety żadnego sukcesu. Ale z naszej perspektywy amerykańska decyzja o zainstalowaniu na stałe dowództwa V Korpusu Armii Stanów Zjednoczonych w Polsce ma charakter przełomowy. Pokazuje też, że Amerykanie nie czują się związani umową z Rosją w sprawie stałej obecności w tej części Europy, jest także ważna w kwestii wzmocnienia naszej infrastruktury obronnej. Istotna jest też amerykańska decyzja o relokowaniu brygady do Rumunii. Widzę to jako kontrakcję wobec działań prezydenta Emmanuela Macrona, dążącego do wyłuskania Rumunii z porozumienia krajów Międzymorza. Widać wyraźnie, że w Waszyngtonie nie ma zgody na rozbijanie rodzącego się porozumienia krajów tego obszaru.

Jakie znaczenie ma zwiększenie z 40 do 300 tysięcy sił szybkiego reagowania?

– Na dzisiaj jest to czysta demonstracja werbalna. Nie bardzo wiadomo, jak szef NATO Jens Stoltenberg zamierza zbudować te siły, a zwłaszcza skąd weźmie na to pieniądze. Jest to chyba bardziej wyraz jego pragnień i odległych celów. Ma to pokazać Rosji, że w dłuższej perspektywie stanie ona wobec siły, której po prostu nie da rady. Problem polega jednak na tym, że póki ceny energii są tak wysokie jak teraz, Rosja ma inicjatywę i może kontynuować swoje agresywne działania na różnych wybranych przez siebie kierunkach.

Generał Roman Polko, komentując ustalenia madryckiego szczytu, mówi, że NATO wreszcie przestało być „papierowym tygrysem”… 

– W jakiejś perspektywie tak. Ale powtarzam – jak NATO odpowie, jeśli rozzuchwalona Rosja zaatakuje Litwę? Albo jeśli doprowadzi do destabilizacji Mołdawii? Widać wyraźnie, że ciągle brakuje decyzji, które dawałyby odpowiedź na potencjalne zagrożenia w krótkiej perspektywie czasu.

O ile prezydent Andrzej Duda ocenił, że szczyt w Madrycie spełnił nasze oczekiwania, o tyle Donald Tusk krytykuje polskie władze za minimalizm, co więcej, naszego członkostwa w NATO nie uważa za podmiotowe.

– Ten pan jest ostatnią osobą, która powinna zabierać głos w tej sprawie. Stęka dzisiaj, że załatwiłby Polsce dwie brygady amerykańskie czy NATO, a prezydent Duda tego nie potrafi. Co ciekawe, mówi to człowiek, który był największym destruktorem polskiej armii, kiedy był premierem. Gdyby nie zniszczył tej armii, nie byłoby dzisiaj wielu problemów, a tym bardziej nie musiałby też martwić się o te dwie brygady. Odtwarzanie armii to potwornie ciężki i drogi proces, i to jemu zawdzięczamy to, że jesteśmy w takim punkcie. Poza tym siedział ostatnie siedem lat w Brukseli, podobno wszystkich zna i może załatwić wszystko. No to na co się ogląda? Chyba bezpieczeństwo Polski jest też jego troską. To skoro – jak twierdzi – prezydent nie daje rady, niech on wykorzysta wreszcie do czegoś swoje rzekome układy i załatwi temat. Polska z pewnością się ucieszy. Czekam na te dwie brygady załatwione przez Tuska, tylko radzę mu, żeby szukał poza Niemcami. Dla swojego dobra.

Jaka jest pozycja Polski w NATO i jakie znaczenie z punktu widzenia Polski mają decyzja o utworzeniu stałej kwatery głównej V Korpusu Armii USA i stała amerykańska obecność w Polsce? Co to oznacza?

– Dzisiaj już choćby dlatego, że jesteśmy kluczowym krajem frontowym na głównym kierunku zagrożenia, nasza rola jest pierwszoplanowa. Nasze związki z głównym czynnikiem w NATO czy choćby z Wielką Brytanią i Turcją, w połączeniu z naszym rosnącym z każdym miesiącem potencjałem wojskowym utwierdzają naszą pierwszorzędną pozycję. Trzeba jednak dalej zabiegać o wzmacnianie naszej pozycji.

Kiedyś stałe dowództwo było w Niemczech, teraz będzie w Polsce…

– Tak, to wyraz zmieniającej się sytuacji, a także wzmacniającej się pozycji Polski. I odpowiednio słabnącej pozycji Niemiec. To bardzo dobry znak.

Prezydent Joe Biden stawia nas za wzór?

– Nie przywiązywałbym do tego specjalnej wagi. Joe Biden jest skompromitowany w swoim kraju, ma tragiczne notowania, ciągnie w dół swoją partię. Sprowadzi na nią ciężką klęskę wyborczą w listopadzie. Jego pochwały za chwilę mogą być ciężarem. My nic Bidenowi tak naprawdę nie zawdzięczamy, a zmiana stanowiska jego administracji wobec Polski została wymuszona agresywnością Rosji oraz naszą umiejętną polityką w obliczu właśnie takiej Rosji.

Z doniesień prasy amerykańskiej wynika, że Joe Biden od samego początku poważnie brał zagrożenie ze strony Rosji, stąd też jego późniejsze działania. Czy na pewno tak było? Pamiętamy, kto pozwolił na dokończenie budowy Nord Stream 2 i kto – koncentrując się na rywalizacji z Chinami  pieczę nad Europą chciał oddać w ręce Niemiec…

– To nieprawda. Do momentu przedstawienia przez Rosjan projektu „umowy” ze Stanami Zjednoczonymi i z NATO w połowie grudnia 2021 roku Joe Biden dążył za wszelką cenę do dealu z Rosją, a Europę chciał oddać w całkowitą arendę Niemcom – kosztem Ukrainy, ale i kosztem nas i naszego regionu. To oczywiste i ewidentne. Ponieważ ta polityka spektakularnie się zawaliła, na przełomie lutego i marca nastąpił radykalny zwrot. I teraz mamy zupełnie inną sytuację.

Czy NATO – zważając na niejednoznaczną wcześniejszą postawę Niemiec i Francji wobec Rosji – jest dzisiaj zjednoczone, czy jest jak jedna pięść?

– Może na poziomie werbalnym tak. Ale to nic nie kosztuje. I jak widzimy, pozwala np. Niemcom, niezależnie od pięknych słów, prowadzić zupełnie inną politykę. Sojusz Północnoatlantycki jest zjednoczony werbalnie, ale w działaniach dziś niezbędnych uczestniczą chętni, spotykający się w Ramstein. To jest jednak nowa sytuacja.

Co oznacza decyzja o rozszerzeniu NATO o Finlandię i Szwecję i jakiej ewentualnie reakcji można się spodziewać ze strony Moskwy?

– To największa klęska strategiczna Rosji od 1991-1993 roku, kiedy wycofała się z Europy Środkowo-Wschodniej. Rosja zostaje odcięta od swobody komunikacyjnej w części europejskiej i ma na głowie problem utrzymania „wrzodu” królewieckiego. Jedyną odpowiedzią Rosji może być próba agresji na kraje bałtyckie. Jestem przekonany, że przy pierwszej nadarzającej się okazji Rosja to uczyni. O ile sojusznicy, zwłaszcza Litwy, nie stworzą odpowiednich warunków, aby wybić Rosji z głowy takie działanie.

Swoją drogą, co zyskała Turcja, która była przeciwna przyjęciu Finlandii i Szwecji do NATO?

– Po pierwsze, potwierdziła to, iż każdy musi się z nią liczyć – bardzo poważnie się liczyć. Po drugie, jestem przekonany, że Turcja uzyskała bardzo wiele – zwłaszcza od Amerykanów – jeśli chodzi o rozgrywki na Bliskim Wschodzie i w Azji Środkowej. To był dla Erdogana idealny moment, aby wymusić na Amerykanach zgodę na realizację interesów tureckich w tamtej przestrzeni. Z tej perspektywy to Erdogan jest największym zwycięzcą tej rozgrywki. Szkoda, że nie potrafimy brać przykładu, jak należy wykorzystywać tego typu sytuacje do bezwzględnego realizowania swoich interesów.

Wspomniał Pan Profesor na początku rozmowy, że po raz pierwszy Rosja została uznana za zagrożenie, a nie partnera – jak to było dotychczas. Czy możemy się zatem spodziewać nowych odsłon zimnej wojny?

– Rosja wojnę tę toczy już od 2008 roku na różnych polach. Tylko że Zachód nie chciał i po części ciągle nie chce tego widzieć. Ta zmiana werbalna ułatwi trochę procesy decyzyjne w NATO czy w Unii Europejskiej, trudniej będzie aliantom czy wielbicielom Rosji forsować swoje stanowisko. Ale jak pokazały działania Niemiec wobec Litwy w związku z blokadą Królewca, już na drugi dzień po szczycie, kanclerz Olaf Scholz znowu wystąpił w roli ambasadora Rosji.

Jak długo Zachód jest w stanie wspierać Ukrainę, czy to się nie znudzi? I chyba na to liczy też Putin?

– Jak już wielokrotnie się wypowiadałem – wojna na Ukrainie będzie trwać tak długo, jak długo będzie to leżeć w interesie Stanów Zjednoczonych. Dzisiaj to one wynoszą największe korzyści strategiczne z uwikłania Rosji w tę walkę. Dlatego Amerykanie finansują Ukrainę, dostarczają jej broń, testują swoje nowe środki walki i demolują wizerunek Rosji jako siły wojskowej w świecie. Dzięki temu choćby okiełznali apetyty Chińczyków, którzy święcie wierzyli w potęgę armii rosyjskiej. Każda zmiana ich potrzeb spowoduje automatycznie zamrożenie konfliktu, bo Ukraina bez amerykańskiego wsparcia nie wytrzyma tygodnia. Na razie jednak i w dającej się przewidzieć perspektywie Putin nie może liczyć na to, że tak się stanie.

           Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki