• Środa, 13 maja 2026

    imieniny: Ofelii, Roberty, Serwacego

Unia egoizmów długo nie przetrwa

Sobota, 25 czerwca 2022 (20:04)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W obliczu wojny na Ukrainie i związanego
z nią kryzysu energetycznego unijni decydenci nie ustają w lansowaniu utopijnych wizji „zielonej rewolucji”. Skąd to parcie za wszelką cenę, skoro rzeczywistość weryfikuje te chore pomysły?

– Tak zwany „Europejski zielony ład” zakładający neutralność klimatyczną to nic innego jak kolejna rewolucja, która rozgrywa się zarówno na płaszczyźnie ideologicznej, gospodarczej, jak i federalistycznej. Każda rewolucja posługiwała się pozornie atrakcyjnymi hasłami, które przeznaczone były – jak to określano – dla szerokich mas, dla ludu. Te hasła miały jak gdyby uzasadniać plany spiskowców, rewolucjonistów. Hasłem „Europejskiego zielonego ładu” jest walka z klimatem. I to jest hasło,
motto kierowane do współczesnego ludu europejskiego. Trzeba podkreślić, że Unia Europejska odrzuca pojęcie narodowości, natomiast mówi o tzw. obywatelstwie europejskim i w tym rozumieniu o Europejczykach. Zatem celem tej „zielonej rewolucji” jest poszerzenie – ze względów ideologicznych – właściwości Komisji Europejskiej, która chce zarządzać nie tylko polityką zagraniczną czy polityką klimatyczną, energetyczną, ale także sprawować kontrolę nad gospodarkami poszczególnych państw członkowskich, państw narodowych. I temu podporządkowywaniu, uzależnianiu ma służyć właśnie Europejski Fundusz Odbudowy, który wpisuje się w realizację również celów „zielonej rewolucji”. Tak naprawdę w mniejszym stopniu chodzi o odbudowę po covidzie poszczególnych gospodarek, ale przede wszystkim o kontrolę przez Komisję Europejską działań poszczególnych rządów w sferze gospodarczej
i przekształcanie nie tylko gospodarki, ale też życia społecznego państw według określonych oczekiwań unijnych.

Zatem chodzi tu o ideologię, która nie zna granic…?

– Ideologia nie zna granic, jest zjawiskiem, które jest bardzo szeroko stosowane i obejmuje różne obszary zarówno życia indywidualnego, jak i życia zbiorowego. Przede wszystkim jednak ideologia kieruje się rozwiązaniami propagandowymi, a nie tymi, które mają uzasadniać w sposób racjonalny poszczególne cele. Bardzo często ideologia jest wprowadzana na sposób – nazwijmy to – przemocowy, a więc siłą, pod presją – groźbą niewypłacania unijnych środków. Natomiast na początku każdej ideologii jest słowo, są odpowiednie sformułowania, kategorie. I podobnie jest w przypadku „zielonego ładu”, gdzie mamy realizowany tego typu scenariusz.

Tyle tylko, że te ideologie, cała ta machina destrukcji stosowana przez brukselską administrację, rozjeżdżają się
z rzeczywistością, a ich ideologiczne pomysły idą w kierunku wręcz zubożenia Europy. Jak to powstrzymać?

– To prawda. Trzeba podkreślić, że Unia Europejska
w różnych rozwiązaniach między państwami członkowskimi – także w odniesieniu do różnych grup społecznych – nie kieruje się zasadą sprawiedliwości i poczucia solidarności, czy też zasadą pomocniczości, na którą notabene często się powołuje, ale jest to Unia egoizmów. Unia egoizmów silniejszych, egoizmów państwowych, egoizmów państw silniejszych, dominujących jak Niemcy czy Francja, ponadto jest to unia egoizmów wielkich korporacji międzynarodowych. Innymi słowy jest to Europa, która nie szanuje obywateli, także w wymiarze ich życia egzystencjalnego. W tym konkretnym przypadku mówimy o „zielonym ładzie”, a więc realizacji „zielonej rewolucji”
i myślę, że Bruksela doskonale zdaje sobie sprawę, że koszty finansowe, które poniosą społeczeństwa państw członkowskich, mogą wywrócić czy wręcz uniemożliwić realizację programu „zielony ład”. Dlatego w pakiecie rozwiązań Komisja Europejska wprowadziła różne – zresztą dość ograniczone – działania osłonowe, także ograniczone przepisy umożliwiające pomoc publiczną rządów dla przedsiębiorców dotkniętych wzrostem cen energii. Jednak te działania są oczywiście motywowane nie troską
o zubożone grupy społeczne, ale chodzi w tym wszystkim
o skuteczne przeprowadzenie rozwiązań klimatycznych. Dla przykładu Bruksela ostatnio zatwierdziła niemieckie programy pomocy publicznej, których wysokość wyniesie ok. 30 miliardów euro. Niestety na taką wielką pomoc publiczną mogą liczyć tylko firmy z krajów najbogatszych Unii Europejskiej i Niemcy – przy akceptacji Brukseli – mogą sobie na taką pomoc pozwolić. To sprawia, że wielkie niemieckie koncerny będą tymi działaniami osłonowymi ze strony państwa i Unii Europejskiej objęte, natomiast gorzej jest z małymi przedsiębiorstwami innych państw.

Kryzys energetyczny powoduje, że miliony obywateli Unii Europejskiej w nadchodzącej zimie mogą mieć poważne kłopoty
z ogrzaniem swoich domów.
Czy ta perspektywa zimnych kaloryferów w zimie dla wielu milionów ludzi – Europejczyków
w końcu – nie dociera do unijnych decydentów?

– Rzeczywiście rządy wielu państw, jak chociażby rząd czeski, ostrzegają i podejmują rozmaite działania, które mają służyć oszczędności energii w okresie zimowym, i nie ukrywają, że ceny energii będą wyższe, a dostateczna ilość energii będzie ograniczona. Swoją drogą pamiętamy aroganckie określenia propagandystów komunistycznych – w tym rzecznika ówczesnego aparatu komunistycznego, który mówił, że rząd sam się wyżywi. Myślę, że współczesne elity unijne, brukselscy decydenci oczywiście przenikają się z elitami politycznymi największych państw Unii Europejskiej – dadzą sobie radę. Przede wszystkim można tu mówić o symbiozie elit brukselsko-berlińskich, które są zwyczajnie oderwane od rzeczywistości, od realiów życia zwykłych ludzi. Żyją też w zupełnie innym świecie,w pewnej bańce, w świecie pojęć, do tego
w innej przestrzeni finansowej, możliwości. To powoduje, że Komisja Europejska czy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, a w pewnym stopniu także Europarlament – jego posłowie nie identyfikują się z potrzebami
i problemami zwykłych obywateli państw członkowskich. Nie mówiąc już o tym, że nie wykonują ich woli – woli tych, którzy w przypadku Parlamentu Europejskiego ich wybierają, a jeśli chodzi o kręgi decyzyjne w Brukseli – ich utrzymują.

Może przed nami coraz bliżej moment, kiedy unijne państwa, wolne narody uznają, że bilans członkostwa w Unii jest dla nich niekorzystny i cała ta ideologiczna wypaczona struktura z zieloną histerią w tle nie wytrzyma próby czasu i się rozpadnie?

– To jest ważne zagadnienie. Niestety geografia Unii Europejskiej, dominacja ugrupowań lewicowych
i liberalnych, co ma swoje przełożenie również na układ sił w Parlamencie Europejskim, wszystko to nie pozostawia złudzeń, że tą drogą polityczną może dojść do zmiany właśnie układu politycznego Unii Europejskiej. Unia niestety nie jest już zrzeszeniem wolnych państw i wolnych narodów, ale strukturą – scentralizowaną – zmierzającą
w kierunku federalistycznego państwa pod nazwą Europa. Taka jest rzeczywistość. Natomiast drugą kwestią jest reakcja obywateli poszczególnych państw. Sytuacja nie jest ani łatwa, ani prosta, bo mamy do czynienia z daleko idącym zagubieniem narodów Europy Zachodniej. Jest zatem pytanie: na ile dla narodów Europy Zachodniej cenne jest pojęcie wolności? Mam na myśli wartości chrześcijańskie i narodowe, które przez wieki kształtowały Europę, jej narody. I nie chodzi tu o wolność różnych rozwiązań genderowych, które wprowadzają rządy poszczególnych państw. Widać niestety, że są narody, które uległy nihilizmowi, konsumpcjonizmowi – mam na myśli przede wszystkim narody Europy Zachodniej – przyjęły one np. aborcję na życzenie, eutanazję,
tzw. związki partnerskie jednopłciowe i adopcję dzieci przez te pary. Są narody, które przyjęły i prowadzą politykę wielokulturowości, narody pustych kościołów, i one nie są nawet w stanie ocenić bilansu członkostwa np. w Unii Europejskiej, nie są w stanie rozeznać rzeczywistości. Jak widać ta konstatacja jest dość pesymistyczna z uwagi na proponowane czy wręcz narzucane rozwiązania polityczne. Na razie trudno będzie się temu przeciwstawić, bo – jak wspomniałem – na unijnej arenie jest dominacja ugrupowań lewicowo-liberalnych, ale nie oznacza to, że ten stan będzie trwał wiecznie. Bolączką natomiast jest to, że w Unii Europejskiej są narody, obywatele ubezwłasnowolnieni.

Czy i na ile przeciwwagą dla Europy Zachodniej mogą być państwa naszej części Europy, gdzie tradycyjne wartości są wciąż żywe?

– Można mieć nadzieję graniczącą wręcz z przekonaniem, że kraje Europy Środkowej, które doświadczyły komunizmu i sowieckiej dominacji we wszystkich obszarach życia państwowego i narodowego, także indywidualnego, które przeszły przez ideologiczne eksperymenty sowieckiego komunizmu, jednak nie zatraciły właściwego rozeznania wolności. Myślę więc, że można tu upatrywać jakichś możliwości oporu wobec tych wszystkich federalistycznych z jednej strony i ideologicznych z drugiej strony rozwiązań unijnych.                    

Jak zatem Pana zdaniem może rysować się przyszłość Unii Europejskiej?

– Dla elit Unii Europejskiej hasło „więcej Europy”, którym się posługują, którym wręcz szafują, oznacza mniej państw. To powoduje, że te elity traktują manifest
z Ventotene – dokument z 1941 roku, dla przypomnienia napisany przez włoskich komunistów Altiero Spinellego
i Ernesto Rossiego, stanowiący niejako fundament, na którym budowana jest Unia Europejska – jako wyrocznię. W tym dokumencie mówi się o budowie federacji europejskiej, a jako pierwsze wymienia się rozwiązanie zniesienia Europy suwerennych państw narodowych. Nic więc dziwnego, że w myśl tej marksistowskiej dialektyki rozwoju manifest z Ventotene to nie tylko dokument
o znaczeniu historycznym, ale drogowskaz w rozwoju Unii Europejskiej. W 1984 roku Parlament Europejski przyjął projekt traktatu ustanawiającego Unię Europejską – zwany również projektem Spinellego, bo był on sprawozdawcą i koordynatorem tego dokumentu – i wprawdzie ten dokument nie został przyjęty przez parlamenty narodowe poszczególnych państw, ale stał się inspiracją dla jednolitego aktu europejskiego z 1986 roku i traktatu
z Maastricht z 7 lutego 1992 roku, wprowadzających już wstępne rozwiązania federalistyczne. Jak wiemy,
w 2010 roku w Parlamencie Europejskim powstała grupa im. Altiero Spinellego, w skład której wchodzi ponad stu posłów. Zatem te tendencje federalistyczne są wciąż bardzo silne i obecne. Kiedy Polska i inne kraje Europy Środkowej wstępowały w szeregi Unii Europejskiej, to była to już inna Unia niż ta, którą określały traktaty rzymskie
z 1957 roku. Unia, do której wstępowaliśmy, to już Unia zmierzająca w kierunku federalizmu, chociaż inna była retoryka decydentów unijnych. Dzisiaj ten proces trwa nadal, co powoduje, że na naszych oczach dokonuje się proces samodestrukcji Unii Europejskiej.                  

Smutna konstatacja...

– Przede wszystkim to Bruksela niszczy Europę, to Bruksela jest przeciwko właściwie rozumianej i utworzonej przez ojców założycieli Unii Europejskiej. To sprawia, że przyszłość Unii Europejskiej można opisać w ten oto sposób, że prędzej ten projekt się rozpadnie – właśnie
w wyniku tych samodestrukcyjnych, federalistycznych działań – niż te koncepcje, zwłaszcza Niemiec przy poparciu kręgów brukselskich, doczekają się realizacji.

        Dziękuję za rozmowę.   

 

Mariusz Kamieniecki