• Czwartek, 19 marca 2026

    imieniny: Józefa, Bogdana

Konina zamiast wołowiny

Niedziela, 3 marca 2013 (19:33)

W trzech polskich zakładach mięsnych znaleziono mięso wołowe z domieszką końskiego DNA. Sprawę bada prokuratura. A w całym kraju rozpoczęły się kontrole zakładów mięsnych.

Główny lekarz weterynarii Janusz Związek poinformował, że wciąż badane są próbki mięsa, więc na razie nie podano nazwy zakładów, gdzie stwierdzono obecność koniny w wołowinie. Na razie wiadomo tylko, że chodzi o zakłady w województwach: łódzkim, mazowieckim i warmińsko-mazurskim, i że są to zakłady produkujące gotowe wyroby, gdzie mięso jest dostarczane z ubojni. Ogółem przebadano 121 próbek wołowiny i w trzech stwierdzono koninę.

Teraz więc służby weterynaryjne skoncentrowały się na kontroli dostawców mięsa. Są już pierwsze efekty, bo wiadomo, że jedna z firm sprowadziła z Rumunii ponad 870 ton koniny, ale nie ma dokumentów, które wskazywałyby, co się stało później z tym mięsem, gdzie zostało sprzedane - właściciel twierdzi, że wszystko zostało sprzedane na paragony klientom indywidualnym. Bardzo prawdopodobne jest, że innym źródłem koniny może być import z Holandii.

Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych oraz Inspekcja Handlowa rozpoczęły zaś w całym kraju kontrole zakładów produkcyjnych i sklepów pod kątem ewentualnej obecności mięsa końskiego. Łącznie w ciągu miesiąca ma zostać przebadanych 150 próbek wyrobów wołowych. Te kontrole nakazała Komisja Europejska – odbywają się one także w innych państwach członkowskich. Jeśli zajdzie potrzeba, testy zostaną przedłużone do końca maja.

Eksperci podkreślają, że w tym przypadku mamy oczywiście do czynienia z fałszowaniem mięsa wołowego, ale dodanie do niego koniny nie jest zagrożeniem dla zdrowia, oczywiście pod warunkiem, że zwierzę przed ubojem było zdrowe.

- Konina jest zdrowa dla ludzi, jej spożywanie niczym nie grozi - mówi "Naszemu Dziennikowi" Piotr Podemski, technolog żywności.

Podkreśla, że trzeba przede wszystkim zbadać, czy mają podstawy podejrzenia, że w mięsie odkryto ślady fenylobutazonu. To lek stosowany przy leczeniu koni sportowych, którego nie można jednak używać w przypadku zwierząt przeznaczonych na rzeź. Złamanie tego zakazu to już przestępstwo polegające na narażeniu na zagrożenie zdrowia ludzi. I to by też wskazywało na to, że afera mięsna może świadczyć o tym, że w ten biznes weszły grupy przestępcze.

Takie podejrzenia sformułował też minister rolnictwa Stanisław Kalemba. - Musi być odpowiedzialność firm, które fałszują żywność. Być może, że część tego biznesu przerzuciła się z narkotyków na biznes żywności – powiedział minister na spotkaniu z rolnikami. I jak dodał, z tego powodu sprawą zajął się Europol.

- W Polsce jada się niewiele koniny. Nie jest to popularne mięso, więc te informacje wywołują takie emocje, bo część ludzi traktuje koninę jako „gorsze mięso” – dodaje Podemski i zaznacza, że sytuacja jest dziwna z ekonomicznego punktu widzenia.

Zakładom mięsnym nie opłaca się dodawanie koniny do wołowiny, bo ta pierwsza jest droższa, i to grubo ponad 1 zł na kilogramie. - Dlatego dla mnie ta sytuacja jest dziwna. Chyba że konina pochodzi na przykład z przemytu. Wtedy może być tańsza - tłumaczy Piotr Podemski.

Z kolei Witold Choiński, prezes związku branżowego "Polskie Mięso", przypuszcza, że do wołowiny może być dodawany tak zwany trim, czyli tańsze mięso pochodzące z przedniej części konia.

- Nie jest ono mniej wartościowe, ale ma gorszy smak - wyjaśnia Choiński. Sprawę mięsa bada już prokuratura. Ale bez względu na wynik śledztwa, już możemy mówić o znacznym, bo 30-proc. spadku eksportu polskiej wołowiny. To zaś oznacza mniejsze zamówienia dla naszych zakładów mięsnych.

Przypomnijmy, że skandal z końskim mięsem wybuchł w styczniu w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Potem ten sam problem dotknął inne kraje.

 

Krzysztof Losz