• Wtorek, 17 marca 2026

    imieniny: Patryka, Zbigniewa, Gertrudy

Ukraina: Brakuje sprzętu w szpitalach

Środa, 11 maja 2022 (10:26)

Sytuacja lwowskich szpitali, które leczą dzieci ranne w bombardowaniach i ostrzałach rakietowych, staje się coraz trudniejsza.

We Lwowie funkcjonują trzy szpitale dziecięce, z których każdy posiada inną specjalizację. Jednak od początku trwającej na Ukrainie wojny to do Szpitala Świętego Mikołaja trafiają dzieci najciężej ranne podczas ostrzałów i bombardowań we wschodniej i w południowej części kraju.

– Mniej więcej dwa razy w tygodniu przyjeżdżają do Lwowa pociągi ewakuacyjne, najczęściej z Charkowa i Dniepra. Wtedy mamy zdecydowanie więcej pacjentów. Są to bardzo często ofiary min i bomb z amputowanymi kończynami, skomplikowanymi złamaniami i głębokimi ranami od odłamków – mówi dr Zoriana Iwaniuk, zastępca dyrektora lwowskiego szpitala dziecięcego św. Mikołaja.

Jak tłumaczy, ranne dzieci uzyskują pierwszą pomoc w szpitalach znajdujących się tuż przy froncie. Później są transportowane do Lwowa, gdzie przeprowadzane są zabiegi, operacje i wdrażane jest długotrwałe leczenie.

Wśród pacjentów lwowskiego szpitala jest rodzina z Kramatorska, która czekała na ewakuację podczas ostrzału tamtejszego dworca kolejowego. Na początku kwietnia na stację w Kramatorsku spadły bomby, zabijając ponad 50 osób starających się wydostać na zachód.

– To mama z dwójką dzieci. Nie ucierpiał jedynie chłopiec. Jego siostra straciła dwie nogi, a mama jedną. Teraz to 8-latek opiekuje się matką i siostrą. Jako jedyny ma nogi i chodzi – opowiada dr Iwaniuk. Kobieta i jej córka czekają na wyjazd za granicę, gdzie możliwe będzie założenie protez.

Jak dodaje, nie wszystkie dzieci pozostają w szpitalach lwowskich. Część z nich jest wysyłana do placówek na Zachodzie. Szpital musi bowiem posiadać rezerwy dla tych, którzy stale przybywają i będą przybywać.

Doktor Iwaniuk pytana, czego najbardziej potrzebują teraz ukraińskie lecznice dziecięce, odpowiada bez wahania: „Sprzętu!”.

– Mamy szpital, mamy dobrych specjalistów, mamy pacjentów. Jedyne czego nam brakuje, to sprzęt i środki medyczne. Nasz szpital nie był przygotowany na tak wielkie liczby pacjentów z różnymi poważnymi schorzeniami. Bo przecież mamy nie tylko rannych pacjentów, ale też dużo dzieci z wadami rozwoju różnego rodzaju, które wymagają przeprowadzenia kardiochirurgicznych, neurochirurgicznych czy oftalmologicznych zabiegów – wskazuje Iwaniuk.

Wśród najpilniejszych potrzeb swojego szpitala doktor wymieniła m.in. maszyny dla anestezji, w tym Maquet Flow, który pozwoli na przeprowadzenie zabiegów na najmłodszych dzieciach oraz portatywny rentgen cyfrowy. – Brakuje nam też szczególnie oksygenatorów neonatalnych i pediatrycznych dla zabiegów na otwartym sercu, setów i kateterów dla dializy ostrej – wylicza lekarka.

Zwraca przy tym uwagę, że duża pomoc dla lwowskich szpitali płynie z Polski. – Pomagają nam szczególnie fundacje. Jesteśmy naprawdę wdzięczni za tę pomoc. Dzięki niej dzieci szybciej wracają do normalnego życia – podkreśla.

Jak zauważa, największe wsparcie jej szpital otrzymał na początku wojny. Po dwóch miesiącach konfliktu pomoc z zagranicy jest jednak kilkakrotnie mniejsza. A potrzeby nie zmniejszyły się.

– Z czasem ludzie przyzwyczajają się do wojny i uczą się żyć w jej cieniu. Ale to nie koniec. Nadal potrzebujemy pomocy. W najbliższym czasie spodziewamy się pacjentów z ciężkimi chorobami z Mariupola – zwraca uwagę dr Iwaniuk.

Lekarka przyznaje, że nie wyobrażała sobie, jak trudne jest funkcjonowanie szpitala podczas wojny. Jak dodaje, nie chodzi tu o alarmy bombowe czy problemy z zaopatrzeniem. – Musimy w jednej chwili nauczyć się robić rzeczy, których do tej pory nie robiliśmy. Każdy z nas staje się nie tylko lekarzem, ale też menadżerem, organizatorem, psychologiem, a nierzadko matką i ojcem, bo przyjeżdżają do nas też dzieci, które nie mają nikogo – mówi.

Przekonuje, że praca z ofiarami wojny jest wyjątkowa, a trauma wojenna dopada ze szczególną siłą dzieci. – Dużo zależy od tego, czy rodzice dzieci żyją. Bo kiedy na oczach dziecka zmarła matka, to dziecko jest psychicznie załamane. Te dzieci nieustannie płaczą, wołają mamę. A mamy nie ma – relacjonuje Iwaniuk. – One tego nie rozumieją, nie pojmują. A lekarz wtedy musi do nich dotrzeć – dodaje.

Elementem wojennej codzienności szpitala św. Mikołaja i jego młodych pacjentów stały się także alarmy bombowe, które we Lwowie ogłaszane są niemal każdego dnia. Podczas alarmów szpital pracuje jednak dalej. Lekarze nie przerywają rozpoczętych zabiegów, a pacjenci intensywnej terapii transportowani są na korytarze.

 

AB, PAP