Wojna na Ukrainie przebudowuje cały świat
Poniedziałek, 2 maja 2022 (13:14)Z prof. Piotrem Grochmalskim, dyrektorem Instytutu Studiów Strategicznych Akademii Sztuki Wojennej, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Panie Profesorze, jak konflikt na Ukrainie może się rozwinąć?
– Wygląda na to, że Federacja Rosyjska jest na granicy wyczerpania potencjału możliwości swoich wojsk lądowych. Bez powszechnej mobilizacji nie jest w stanie wprowadzić do walki znaczących, nowych sił. Ale nawet wówczas przeszkolenie takich formacji i zgranie ich będzie wymagać czasu. Straty poniesione przez formacje rosyjskie – według danych ukraińskiego sztabu generalnego – sięgają ponad 22 tys. zabitych. Brytyjskie ministerstwo obrony ocenia je na 15 tys. zabitych, ale razem z rannymi to około 45 tys. wyłączonych z walki. W pierwszej fazie agresji Rosja użyła blisko 190 tys. wojsk. Teraz, według danych ukraińskich, walczy do 70 tys. wrogich wojsk. Wiele formacji wycofano z walki, niektóre wręcz odmówiły dalszego udziału w nich. Ogromne straty ponieśli też Rosjanie wśród wyższych oficerów. Łącznie zostało zabitych ponad 44 z rangą od podpułkownika wzwyż, w tym 10 generałów, jak choćby gen. Witalij Gierasimow, zastępca dowódcy 41. Armii Okołowojskowej; gen. Andriej Kolesnikow z 29. Armii czy płk Siergiej Suchariew, dowódca elitarnego 331. Pułku Powietrznodesantowego. Ten ostatni ścigany był za zbrodnie wojenne na żołnierzach ukraińskich dokonane w 2014 r. pod Iłowajskiem.
Amerykanie oceniają, że Rosja już przegrała tę wojnę?
– Tak. Nie osiągnęła bowiem zamierzonych celów. Pierwszy etap – operacja kijowska – zakończył się katastrofą, największą przegraną bitwą w dziejach Rosji od zakończenia II wojny światowej. Po 18 kwietnia rozpoczął się drugi etap, choć gen. Aleksandr Dwornikow – nazywany „rzeźnikiem z Aleppo”, objął dowództwo nad całą operacją już dziesięć dni wcześniej. Rosja nie dysponuje jednak siłami, które pozwoliłyby na dokonanie miażdżącego, przesądzającego uderzenia i uzyskania przewagi strategicznej. Federacja Rosyjska podejmuje działania na wielu odcinkach frontu – począwszy od ataków zgrupowania wokół Iziuma, ataku na kierunku Barwinkowe siłami formacji 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej i 20. Armii ze Wschodniego Okręgu Wojskowego wspartej przez niedobitki formacji 35. Armii, czy działania wzdłuż głównego odcinka frontu, pod Rubiżnem i Siewierodonieckiem, gdzie próbuje się przebić 90. Dywizja Pancerna z 41. Armii. Pod Charkowem wiąże siły ukraińskie 6. Armia. Jednak na żadnym z tych kierunków, gdzie prowadzone są wspomniane działania, nie doszło do znaczącego złamania ukraińskich linii obrony, choć pewien sukces Rosjanie odnotowali na kierunku Barwinkowe. Natomiast mamy do czynienia ze stopniowym wyczerpywaniem rosyjskiego potencjału, a z drugiej strony Ukraińcy gromadzą potencjał uderzeniowy poza strefą walk liczący około 100 tys. nowego żołnierza. Co więcej, Ukraińcy z dnia na dzień wzmacniają swój potencjał zarówno w wymiarze sprzętu, jakim dysponują, morale, jak i w umiejętnej dyslokacji swoich formacji. Rotują na pozycjach wyczerpanymi walką formacjami i wprowadzają w to miejsce świeże siły. Wiele wskazuje, że są gotowi do kontrofensywy. Zresztą na dwóch kierunkach takie lokalne kontruderzenia miały już miejsce, co potwierdza dużą zdolność operacyjną sił ukraińskich w stosunku do sił rosyjskich.
Nie byłoby to możliwe bez wsparcia ze strony Zachodu…
– To bardzo istotny element. Do niedawna sprzęt wojskowy przekazywało 28 państw, ale po ostatnim spotkaniu w bazie NATO w niemieckim Ramstein ta grupa poszerzyła się do 40 krajów. Przy czym najważniejsze jest wsparcie ze strony Stanów Zjednoczonych, Polski i Wielkiej Brytanii. To, co charakterystyczne, to ciągła analiza terenowych warunków konfliktu, który trwa w obszarze Donbasu. Pod tym kątem są dedykowane dostawy broni – głównie ciężkiej, w tym artylerii. Amerykanie – w ramach pakietu pomocy wojskowej – rozpoczęli dostarczanie Ukraińcom 90 haubic 155 mm, a więc w NATO-owskim standardzie. Podobnej klasy sprzęt zapewnili Kanadyjczycy i Brytyjczycy. Idą też dostawy czołgów, bojowych wozów piechoty, a także ogromnych ilości amunicji. Tylko Amerykanie przekażą 144 tys. sztuk amunicji do haubic. To, że Ukraina otrzymuje sprzęt w formatach NATO-wskich, ułatwia uzupełnianie zapasów amunicji.
Trzeba też wspomnieć, że w ramach najnowszej transzy Amerykanie zaczynają dostarczać sprzęt tworzony specjalnie z myślą o ukraińskim konflikcie – tak jest m.in. w przypadku dronów bojowych Phoenix Ghost, czyli dronów samobójców. W tej chwili USA skanują też możliwości swojego przemysłu zbrojeniowego pod kątem określonych rozwiązań, typów broni dedykowanych obecnemu etapowi operacji na Ukrainie. To jest przedsięwzięcie, które nie ma precedensu w najnowszej historii USA i NATO. USA intensywnie dopracowują też technologię uderzeń inteligentną chmurą dronów jako rozwiązania, które mogą być przekazane armii ukraińskiej. Stany Zjednoczone rozważają przekazanie dla Kijowa dronów MQ-9 Reaper, które są znacznie groźniejszym sprzętem od tureckich Bayraktar TB2. Tego rodzaju dron jest trzy razy szybszy i ma dziesięć razy większy zasięg od TB2, a więc byłby w stanie skutecznie zagrozić Moskwie ostrzałem rakietowym.
Stany Zjednoczone uznały, że Rosja, która zachowuje się jak terrorysta, tej wojny nie może wygrać?
– USA deklarują, że nie dopuszczą do sukcesu Rosji. To pokazuje szerszy, geopolityczny kontekst. Ta wojna zmienia nie tylko nasz region, ale przebudowuje cały świat. Klęska Rosji oznaczać będzie ogromny wzrost znaczenia Europy Środkowej i Polski na Starym Kontynencie. Amerykanie przekładają to na bardzo konkretne działania, bo to sojusz z Waszyngtonem nadaje nowej dynamiki całej tej przestrzeni, w tym mocno zakotwicza w przestrzeni Trójmorza samą Ukrainę. Rosja jest na równi pochyłej. Rozpaczliwie będzie dążyła do uzyskania choćby drobnych sukcesów militarnych, aby przedstawić je jako wielkie zwycięstwo. W związku z tym cały jej wysiłek koncentruje się teraz na zdobyciu Azowstalu i całkowitym opanowaniu Mariupola, aby uczynić z tego istotny element propagandowy podczas obchodów Dnia Zwycięstwa 9 maja w Moskwie. Rosja rzeczywiście zachowuje się jak państwo bandyckie – mamy więc groźby użycia broni atomowej, o czym ostatnio mówił chociażby minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. Mamy ciągłe próby zastraszania – najpierw było to ostrzelanie dwóch elektrowni atomowych w Czarnobylu oraz w Zaporożu i eksperymentalnego reaktora atomowego w Chabarowsku, a więc tworzenie potencjalnego zagrożenia skażeniem radioaktywnym, co z jednej strony ma oddziaływać na ludność ukraińską, a z drugiej strony – na polityków zachodnich i opinię publiczną. Jeśli do tego dodamy straszenie użyciem broni biologicznej czy chemicznej, co cały czas trwa, to tylko potwierdza, że Rosja jest państwem bandyckim, terrorystycznym. Co więcej, przekaz do rosyjskiej opinii publicznej płynie taki, że to Ukraina może zaatakować enklawy separatystów bronią chemiczną. Mamy też prowokację w Naddniestrzu, co ma wciągnąć ten region w konflikt trwający na Ukrainie. Pamiętajmy jednak, że te terrorystyczne, dywersyjne, bandyckie metody będą dalej stosowane przez Moskwę i będzie ich przybywało, w miarę jak Rosja będzie przegrywała. Takich aktów dywersyjnych możemy się też spodziewać w wielu państwach europejskich.
Zatem rosyjska agentura nie śpi?
– Skalę przenikania agentury rosyjskiej w Europie pokazuje ujawniona przez stronę ukraińską lista aktywnych 620 szpiegów FSB, a to przecież tylko drobna część zasobów operacyjnych Rosji. Ma to zastraszać polityków europejskich, co Rosja już wielokrotnie robiła. To wszystko dopełniają zbrodnie rosyjskie i wywózki ok. 800 tys. Ukraińców w głąb Rosji. Jest to coś, co historycznie – jako Polacy – doskonale znamy, nie mówiąc już o mordach polskich oficerów w Katyniu. I to wszystko jest także dzisiaj widoczne w działaniach Rosji na Ukrainie. Widać, że z prowadzenia w sposób barbarzyński działań wojennych Rosja nigdy nie zrezygnowała.
Zdaniem niektórych analityków odbudowa rosyjskiego potencjału do pozycji wyjściowej może potrwać nie mniej niż dekadę.
– W tej chwili bez ogłoszenia stanu wojennego czy wyjątkowego, który umożliwiłby powszechną mobilizację, Rosja nie jest w stanie dokonać sprawnych uzupełnień. To, co robi – czyli lifting oddziałów przetrzebionych podczas uderzeń na kierunku kijowskim czy charkowskim, nie zapewnia odtworzenia pełnej wartości bojowej oddziałów przegrupowanych do drugiej fazy agresji. Tak jest choćby w przypadku formacji 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej gen. Siergieja Kisiela czy 35. Armii Ogólnowojskowej gen. Aleksandra Sanczika. To tylko pokazuje, jaki jest realny poziom stanu posiadania rosyjskiej armii. Nie zmienia jednak faktu, że Rosja posługiwała się i posługuje działaniami o charakterze bandycko-terrorystycznym, prowadząc wojnę hybrydową, czego przykładem jest granica polsko-białoruska. Ta wojna jest zresztą cały czas kontynuowana przez reżim Alaksandra Łukaszenki i jest elementem szerszej, rosyjskiej operacji. Proszę też pamiętać, że Rosja przez lata budowała relacje korupcyjne i kiedy zwijała swoje wpływy z Niemiec Wschodnich po rozpadzie ZSRS, to Władimir Putin jako rezydent w Dreźnie uczestniczył w operacji przekazania aktywów dotyczących agentury sowieckiej w Niemczech, czyli tych wszystkich, którzy pracowali dla Stasi i KGB. Większość dokumentów spalono, ale wyselekcjonowano kluczowe zasoby. Wybrane teczki personalne w liczbie 12 do pełna załadowanych ciężarówek zostały wywiezione do Rosji i stały się podstawą do budowania siatki wpływów, które Putin wykorzystywał w momencie dojścia do władzy. Niemcy w ten sposób stały się swoistym hubem ukrytych działań ze strony Rosji obejmującym inne państwa europejskie. Również poprzez Gazprom, poprzez tzw. miękkie korumpowanie polityków holenderskich, fińskich, szwedzkich oddziaływano także na instytucje Unii Europejskiej.
Zatem Nord Stream 1 i Nord Stream 2 służył do korumpowania zachodnich polityków?
– Oczywiście. Przy okazji budowy tych gazociągów skorumpowano wielu polityków europejskich. Pojęcie „schröderyzacji” weszło wręcz do kanonu politycznego, a współpracownicy czy agenci rosyjscy pracowali na bezpośrednim zapleczu chociażby kanclerz Angeli Merkel i te oddziaływania nie zniknęły. Lista 620 agentów, o której wspomniałem, to był tylko drobny element aktywów budowanych po to, żeby niszczyć Zachód, aby przejmować kontrolę nad poszczególnymi instrumentami, jak media, kluby piłkarskie, środowiska naukowe, biznesowe – aby tworzyć enklawy oddziaływania ruskiego miru i poprzez wielkie pieniądze korumpować różne osoby do współpracy na rzecz Rosji. Tego typu oddziaływań – im bardziej Federacja Rosyjska będzie słabła – ukaże się cały szereg. Tonący chwyta się brzytwy, a Rosjanie przez lata stworzyli przecież różnego rodzaju mechanizmy nie tylko oddziaływania, lecz także zastraszania czy wręcz mordowania polityków. Ta skala zabójstw dokonywanych przez Kreml wobec innych państw była więc ogromna.
Dotknął Pan ciekawego wątku – niemieckiego. Czy wynika z tego, że nie tylko Rosja, ale również Niemcy mogą być zagrożeniem dla pokoju? Na antenie Radia Maryja wysunął Pan tezę, że Niemcy, wzmacniając Putina w jego tendencjach, wręcz prowadzą do wywołania III wojny światowej…
– To drażliwy temat, bo zależy nam obecnie na jedności europejskiej wobec Rosji. Z drugiej strony właśnie z tego powodu trzeba twardo stawiać sprawy i nie pudrować rzeczywistości. Trzeba wymusić na Niemcach zdecydowaną postawę wobec Moskwy. Są na właściwej drodze. Ale jest jednoznaczne i oczywiste, że polityka Schrödera, polityka Merkel, także polityka Scholza wobec Rosji układa się w spójną strategię. Od lat ostrzegałem, że Nord Stream 1 doprowadzi do wojny na Ukrainie, i tak się stało w 2014 r. Berlin miał świadomość, że budując Nord Stream 1, otwiera Putinowi drogę do zmiany granic w Europie. Projekt Nord Stream 2 został podpisany już po wojnie z 2014 r., kiedy kanclerz Merkel niby wspierała sankcje wobec Rosji, a z drugiej podpisywała kontrakt będący uzupełnieniem Nord Stream 1 i de facto wzmacniający rewizjonistyczne ambicje Putina. Tu jest źródło obecnej wojny, która w każdej chwili mogła nabrać dynamiki globalnego konfliktu.
Otrzymał więc silną kartę, którą mógł szachować polityków europejskich, mogąc sobie pozwolić na porządkowanie świata po swojemu…
– Jeśli ktoś mi dzisiaj powie, że politycy niemieccy nie wiedzieli, że w ten sposób zachęcają Putina do rewizji granic europejskich, to uznam, że taka osoba jest naiwna, bo nie jestem w stanie uwierzyć, że niemieccy politycy, którzy przecież realizują długofalowe strategie, są tak głupi. Niemcy budują wspólne relacje z Moskwą oparte na polityce energetycznej, co zaczęło się jeszcze w czasach ZSRS. Zatem ta silna oś nie pojawiła się nagle, ale jest koncepcją geopolityczną realizowaną od dawien dawna, praktycznie od czasów Rapallo, a więc od 1922 r., a patrząc współcześnie – od zwrotu, który nastąpił w epoce Willy Brandta. Jest to realizacja wizji niemieckiego generała Karla Haushofera, który po klęsce Niemiec w I wojnie światowej próbował rozwiązać strategiczne dylematy Rzeszy i uznał, że kluczem jest oś niemiecko-rosyjska, czyli ogromne zbliżenie gospodarcze w ramach symbiozy – połączenia potencjałów, co ma umożliwić panowanie nad światem. Dzisiaj ten swoisty resentyment jest również widoczny w postępowaniu elit niemieckich.
Były jednak głosy, które przestrzegały przed polityką zbliżenia Berlina i Moskwy i tym, do czego może doprowadzić wojna na Ukrainie. Ale ich nie słuchano…
– Owszem i to nie tylko ze strony Polski, ale też innych państw, które wiedzą, czym dla Europy i świata jest sojusz rosyjsko-niemiecki. Również generał Leonid Iwaszow – emerytowany wysoki funkcjonariusz sowiecki, który uczestniczył w planowaniu pewnych elementów wojny afgańskiej, a jako żołnierz uczestniczył w pacyfikowaniu Czechosłowacji, ostrzegał Putina, że jeśli Rosja wywoła wojnę, to spadnie na nią za to cała moralna odpowiedzialność i zostanie obciążona tą zbrodnią na pokolenia. Skutkiem czego będzie izolowana bardzo długo, ale ta wojna – jak twierdzi Iwaszow – będzie jej groziła katastrofą łącznie z ewentualnym rozpadem tego państwa.
List do Putina – to ostatnie ostrzeżenie, w którym zawarł swoje tezy – podpisało też wielu oficerów rezerwy. Iwaszow wskazał ponadto, że wojna ma być elementem konsolidacji rosyjskiego społeczeństwa wobec wykreowanego, pozornego zagrożenia z Zachodu. Kreml nie był w stanie rozwiązać rosnących problemów wewnętrznych, a wojna ma niejako obronić Kreml przed zagrożeniem wybuchu społecznego, a więc jest to ten sam mechanizm obrony interesów skorumpowanych elit, który wcześniej wykorzystywał Stalin po zakończeniu II wojny światowej.
Władze Kremla nie boją się reakcji społeczeństwa? Po zatopieniu na Krymie krążownika „Moskwa” rodziny marynarzy nie są nawet informowane, co stało się z ich bliskimi.
– Ten brak szacunku do ludzkiego życia to historycznie długa tradycja Rosji. Sztab generalny nie martwi się dużymi stratami własnymi w wymiarze odpowiedzialności za życie tych ludzi, ale jedynie od strony technicznej – jak uzupełnić braki. Tu się nic mentalnie i kulturowo nie zmieniło od czasu Piotra I. Skala skorumpowania i barbarzyństwa tej armii jest naprawdę ogromna – dotyczy to także dowódców.
Jaką przyszłość ma rosyjskie społeczeństwo?
– Według badań socjologicznych Rosjanie chcą, aby ich państwo wzbudzało przede wszystkim lęk w świecie. Jeśli żona żołnierza zachęca go do gwałtów na Ukrainkach, to jest to symboliczna kwintesencja mówiąca wiele o kondycji tego społeczeństwa. Siergiej Kowalow, sumienie Rosji, powiedział po masakrach w Czeczenii, że Rosjanie dali przyzwolenie do tego ludobójstwa. Te obecne mordy żołnierzy Putina na Ukrainie to jest dokładnie ten sam model bestialstwa, który był ich dziełem w Gruzji, Czeczenii czy w Syrii, gdzie Rosjanie zniszczyli jedno z najstarszych miast w historii ludzkości – Aleppo. Tego ostatniego barbarzyństwa dokonał dowodzący dzisiaj rosyjską agresją na Ukrainie gen. Dwornikow – nie bez przyczyny nazwany „rzeźnikiem Syrii”.
Gdyby nie inicjatywa i interwencja prezydenta Lecha Kaczyńskiego, to taki sam los spotkałby wcześniej, w 2008 r., stolicę Gruzji, Tbilisi. Jak widać, jest pewien tragiczny ciąg zdarzeń, który charakteryzuje Rosję za każdym razem jako bandyckie państwo, i szkoda tylko, że w Europie Zachodniej wciąż są państwa i społeczeństwa, które chcą widzieć w Rosji jakiś fenomen wielkiej kultury europejskiej. Fakty są jednak takie, że rosyjskie społeczeństwo ma na swoim koncie nierozliczone zbrodnie ludobójstwa z okresu II wojny światowej, zbrodnie dokonywane na innych narodach: na Czeczenach, na Tatarach krymskich, Baszkirach, Ukraińcach, Litwinach, Łotyszach, na Inguszach, ale także na Polakach. Na Rosji nadal ciąży ogromna historia zbrodni ludobójstwa, które nie zostały rozliczone i osądzone. Trzeba mieć świadomość, że tak jak Katyń jest czystym przykładem ludobójstwa na polskich elitach, tak podobnych zbrodni rosyjskich doświadczały inne narody. Trzeba zrobić wszystko, aby za zbrodnie popełniane na Ukrainie winni ponieśli sprawiedliwą karę przed Trybunałem Międzynarodowym.