Potrzeba jedności w czynach
Niedziela, 3 kwietnia 2022 (18:55)Z prof. Grzegorzem Górskim, doktorem habilitowanym nauk prawnych, profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Toruńskiej Szkoły Wyższej – Kolegium Jagiellońskiego, w latach 2011-2014 sędzią Trybunału Stanu, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Każda wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych w Polsce była doniosła i obfitowała w realne efekty. Co niedawna wizyta Joe Bidena przynosi Polsce?
– Czy rzeczywiście każda wizyta obfitowała w realne efekty? Z pewnością nie. Wiele z nich miało charakter raczej symboliczny. I tak też widziałbym wizytę prezydenta Joe Bidena. Symbolicznie ważna wizyta, stanowiła uznanie dla dorobku Polski w dziedzinie uświadomienia „kolektywnemu Zachodowi” skali jego naiwności w traktowaniu Rosji jako normalnego elementu relacji międzynarodowych. I to było na pewno ważne. Jednak ważniejsze na dzisiaj jest to, iż bezpośrednie zagrożenie dla Polski ze strony Rosji to nie jest już żadna iluzja ani kwestia lat. Ono jest bardzo realne tu i teraz. I śmiem twierdzić, że po ujawnieniu się polskiego potencjału w mobilizowaniu opinii międzynarodowej przeciw Rosji, a także roli Polski w Europie (i to już nie tylko Europie Środkowej), wyeliminowanie nas jako tak ważnego czynnika awansowało w strategii rosyjskiej na najwyższe miejsce.
Co z tego może wynikać?
– To oznacza, że zamiast okrągłych słów prezydenta Bidena potrzebujemy stałych baz amerykańskich w Polsce, większej liczby ich żołnierzy i sprzętu, ochrony naszego nieba przed rosyjskimi rakietami i samolotami, wreszcie wsparcia w wymiarze cybernetycznym. W żadnym z tych obszarów nic nie uzyskaliśmy. Dlatego o to musimy walczyć, tym bardziej że Amerykanie nie mają obecnie w Europie kontynentalnej poważniejszego od nas sojusznika. Muszą więc o niego realnie zadbać, ale w praktyce to my musimy im to wyrwać z gardła.
Prezydent Stanów Zjednoczonych w tak trudnym czasie po szczycie NATO udał się nie do Berlina, ale do Warszawy. To chyba dobry sygnał?
– Chcemy bardzo widzieć w tym geście całkowitą zmianę układu sił w Europie, czy wręcz marginalizację Niemiec. Myślę, że trochę za szybko. Tym bardziej że obecna administracja amerykańska w ciągu roku udowodniła, iż nie jest przywiązana do żadnej opcji i jest zdolna do radykalnych wolt z dnia na dzień. To jej chwiejność i zmienność utwierdziła Moskwę w przekonaniu, że można próbować podjąć wysiłek radykalnej zmiany układu sił, i to nie tylko w Europie. A ponieważ Niemcy szły w tym ręka w rękę z Rosjanami przy wsparciu Francuzów, to teraz Amerykanie pokazują im swoją niechęć. Proszę jednak mieć na uwadze, że Amerykanie są pragmatyczni (w negatywnym znaczeniu), i za parę dni mogą znowu zmienić optykę, i Berlin znów powróci do łask. Mając to na uwadze, tym bardziej musimy działać szybko i zdecydowanie, aby maksymalnie wykorzystać swój czas.
Czy na razie możemy mówić o końcu przywództwa Niemców w Europie (odniesień do Niemiec podczas tej wizyty nie było) i kto może być teraz głównym partnerem Stanów Zjednoczonych na Starym Kontynencie?
– To niemieckie „przywództwo” w Europie udało się de facto złamać Polsce i Węgrom, kiedy organizowane przez Niemców krucjaty pod hasłem „praworządności” nie przyniosły rezultatów. Niemcy nie zdołali nas i Węgrów złamać – nawet na etapie wstępnej fazy postępowania prowadzonego przez Radę Europejską. Skowyty Parlamentu Europejskiego nic nie dają, a bezzębne próby podgryzania nas przez Niemców i ich ramię w postaci Komisji Europejskiej prowadzą jedynie do paraliżu instytucji europejskich. Ten wariant „przywództwa” traktowanego wyłącznie jako narzędzie realizacji własnych interesów niemieckich załamał się i dzisiaj ani w Unii Europejskiej, ani względem Stanów Zjednoczonych Niemcy nie mają już takiej pozycji, jaką miały przez pierwsze dziesięć lat rządów kanclerz Angeli Merkel. Natomiast z tak marną postacią jak Olaf Scholz na czele rządu z pewnością nic nie odzyskają.
Wracając jeszcze do wizyty Joe Bidena, mieliśmy podkreślenie – nie pierwszy zresztą raz – „artykułu piątego”, co – owszem – ładnie brzmiało, ale konkretów nie było za wiele.
– Tak jak wspomniałem, kolejna – osiemnasta, czy może dwudziesta druga – zapowiedź „obrony każdego centymetra” NATO relatywizuje znaczenie tych oświadczeń. Wydawać by się mogło, że lider takiego mocarstwa, jakim są Stany Zjednoczone, powinien wiedzieć, iż mówi się raz, dobitnie i – co ważne – niezmiennie. Powtarzanie wielokrotnie tego samego czyni z przekazu komunał. Tym bardziej, gdy nie idą za nim realne działania.
Co z naciskami na Moskwę? Czy zważając na politykę Berlina i Paryża, pomysł Joe Bidena, żeby poprzez sankcje skurczyć rosyjską gospodarkę o połowę, jest realny?
– Nie wiem, czy prezydent Joe Biden sam to wymyślił spontanicznie, czy może ktoś mu to napisał. Jednak niezależnie od tego opowiadanie takich – przepraszam za określenie – niedorzeczności kompromituje tego polityka jako poważnego przywódcę. To, co powiedział, oznaczałoby, że Rosja musiałaby stracić w ciągu roku – dwa PKB o wartości ok. 900 mld dol. Nie ma takich sankcji ani narzędzi, by osiągnąć w tym czasie choćby 15 proc. spadku, co już byłoby epokowym sukcesem. Ale tak jak powiedziałem – opowiadanie tego powoduje, że trudno traktować poważnie inne wypowiedzi prezydenta Bidena.
Czy zatem Joe Biden to lider, którego może obawiać się Putin? Jedyne, co twardo zaakcentował, to to, że Putin nie powinien dłużej być przywódcą, po czym służby prasowe Białego Domu przez kilka dni tłumaczyły, że nie to na myśli miał Biden…
– Pomijając ten kolejny lapsus, to łatwo odpowiedzieć sobie na to pytanie dwoma innymi pytaniami. Czy pogróżki Joe Bidena przed agresją na Ukrainę odwiodły Putina od tego? I czy kolejne zapowiedzi „straszliwych sankcji”, które dają niewiele, w czymkolwiek wpłynęły na Putina? Odpowiedź może być tylko jedna. Stąd Putin raczej nie obawia się Joe Bidena.
Chciałbym nawiązać jeszcze do szczytu NATO w Brukseli. Prezydent Joe Biden mówił o jedności działań NATO i Stanów Zjednoczonych z Unią Europejską. Jak w praktyce mogłoby to wyglądać?
– W praktyce wygląda to tak, że takie kraje, jak Niemcy, Francja, Holandia czy Belgia negują prawie wszystkie bardziej zdecydowane próby działania przeciw Rosji. Po wielu dniach czy tygodniach ucierania, robi się malutki i zwykle niewiele znaczący kroczek do przodu i następuje ogłoszenie o wyjątkowej jedności. Tym samym Putin zyskuje czas i może budować dzięki temu rozmaite obejścia „sankcji”, ale w retoryce Zachodu mamy „jedność”, tyle że zupełnie nieefektywną. Wszyscy jednak udają zadowolenie, że jesteśmy „zjednoczeni”. Tyle że taką „jedność” można mieć, nawet niczego nie ustalając.
Jaka może być rola Chin w konflikcie na Ukrainie? Prezydent Biden już wcześniej ostrzegł Pekin, że wsparcie Rosji może być dla Chin kosztowne…
– Widać wyraźnie, że po klęskach rosyjskich na Ukrainie zachwiała się wiara Pekinu w to, iż armia rosyjska będzie znaczącym wsparciem dla chińskiej ekspansji. Szok, jaki przeżyli nie tylko przecież Chińczycy, zmusił ich do zrewidowania dotychczasowej polityki. Dlatego będą bardziej zdystansowani wobec Rosji, a jednocześnie chyba przeszła im ochota na próbę desantowania Tajwanu. Po doświadczeniach ostatnich tygodni dotarło do nich, że wynik takiej operacji na Tajwan mógłby być dla nich katastrofalny.
Trwają rozmowy strony ukraińskiej z rosyjską, jest krok w kierunku ogłoszenia rozejmu, zawieszenia broni, ale chyba tylko w retoryce. Jak ocenia Pan pomysł, żeby Ukraina została państwem neutralnym w zamian za gwarancję bezpieczeństwa?
– Mam umiarkowaną wiarę w taką konstrukcję. Co warte są tego typu gwarancje, zwłaszcza skierowane przeciw Rosji, szczególnie my, Polacy, wiemy dobrze z historii. Podstawą jakiegokolwiek rozejmu jest wyleczenie Rosji – i to solidne – z agresywnych zamiarów. W przeciwnym razie będzie to jedynie iluzja.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki