• Piątek, 13 marca 2026

    imieniny: Krystyny, Bożeny, Rodryga

Relatywizm upokarza rozum

Czwartek, 28 lutego 2013 (02:06)

Benedykt XVI to Papież, który ukochał prawdę. Stąd też nic dziwnego, że charakterystycznym i bardzo ważnym rysem nauczania Ojca Świętego był zdecydowany sprzeciw wobec coraz bardziej narzucanej nam postawy relatywizmu, która toruje drogę nowemu totalitaryzmowi.

W komentarzach podsumowujących pontyfikat Ojca Świętego Benedykta XVI ktoś zauważył, że jest on ostatnim Papieżem, który czynnie uczestniczył w Soborze Watykańskim II. Był bowiem najpierw doradcą ks. kard. Josefa Fringsa, arcybiskupa Kolonii, a następnie został powołany na eksperta soborowego.

Nic też dziwnego, że w czasie swego pontyfikatu często odwoływał się do nauki Soboru Watykańskiego II. Refleksji nad Soborem poświęcił także swoje ostatnie spotkanie z duchowieństwem diecezji rzymskiej 14 lutego 2013 r., wyrażając ubolewanie, że dzieło Soboru zostało przez niektóre środowiska źle odczytane, że w związku z tym można mówić o prawdziwym „Soborze Ojców” – mniej znanym, i fałszywym „soborze mediów” – bardziej rozpowszechnionym.

Jedyny Zbawiciel świata

Warto przypomnieć w tym kontekście krótki tekst zapisany w konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium et spes”, który harmonizuje z nauczaniem Benedykta XVI i występuje wyraźnie przeciwko postawie relatywizmu religijnego.

„Kościół wierzy, że Chrystus, który za wszystkich umarł i zmartwychwstał, może człowiekowi przez Ducha swego udzielić światła i sił, aby zdolny był odpowiedzieć najwyższemu swemu powołaniu; oraz że nie dano ludziom innego pod niebem imienia, w którym by mieli być zbawieni. Podobnie też wierzy, że klucz, ośrodek i cel całej ludzkiej historii znajduje się w jego Panu i Nauczycielu. Kościół utrzymuje nadto, że u podłoża wszystkich przemian istnieje wiele rzeczy nie ulegających zmianie, a mających swą ostateczną postawę w Chrystusie, który jest Ten sam, wczoraj, dziś i na wieki” (GS, nr 10).

Gdy czytamy ten tekst, możemy sobie uświadomić, że na jego przedłużeniu pojawiła się deklaracja „Dominus Iesus”, wydana przez Kongregację Nauki Wiary, kierowaną za czasów pontyfikatu Jana Pawła II przez ks. kard. Ratzingera. W tym dokumencie promowane są dwie główne tezy: że jedynym Zbawicielem świata jest Jezus Chrystus i że Chrystus założył jeden Kościół. Zatem to nie jest tak, jak mówią liberałowie i zwolennicy relatywizmu, że jednych zbawia Budda, drugich Jezus, a jeszcze innych Mahomet – w zależności od tego, w kogo i komu się wierzy.

Świat ma jednego Zbawiciela, który ma imię Jezus Chrystus. Także nie może być wiele prawdziwych kościołów, w przypadku, gdy zachodzą między nimi istotne różnice. Poszczególne religie nie mogą być jednakowo prawdziwe i nie mogą mieć tej samej wartości. Stąd też nic dziwnego, że cały pontyfikat Benedykta XVI to było głoszenie Jezusa z Nazaretu, któremu poświęcił też trzy książki.

Niezmienne wartości

Warto zauważyć, że przytoczony tekst soborowy występuje wyraźnie nie tylko przeciwko postawie relatywizmu religijnego, ale także przeciw relatywizmowi moralnemu, który w posoborowym pięćdziesięcioleciu ogromnie się nasilił. Relatywizm ten podważył tezę Soboru, że w zmieniającym się świecie, w ludzkiej kulturze, są pewne wartości niezmienne, ponadczasowe, ogólnie ważne, których trzeba strzec. Stąd też Benedykt XVI , uczestnik Soboru, w swoim nauczaniu zdecydowanie sprzeciwiał się dyktaturze relatywizmu.

Przypomnijmy, że relatywizm moralny jest poglądem głoszącym, że sądy etyczne, oceny wartościujące, normy moralne oraz przedmiot ich ocen i norm, czyli prawda, dobro, wartości i powinności moralne, mają charakter względny, uzależniony bądź od podmiotów wypowiadających te sądy, bądź od obyczajów, kultury czy zachowań społecznych w danym okresie historycznym. Relatywizm twierdzi, że nie ma i że być nie może obiektywnej prawdy i obiektywnego dobra, prawdy i dobra dla wszystkich, na każdy czas, jako stabilnych wartości. Każdy człowiek ma „swoją prawdę” i „coś”, co uznaje za dobro, ale są to wartości doraźne, tylko na jakąś okoliczność i na jakąś sytuację. Jutro prawda może być inna niż dziś, podobnie rzecz się ma z dobrem.

Z niniejszego założenia relatywiści wyprowadzają wniosek, że nie ma nad nami żadnych ponadczasowych, ważnych dla wszystkich norm, praw i zobowiązań. Człowiek sam – według nich – może ustalać sobie, co jest złe, a co dobre. Prawdę może przegłosować i – jak mówią podstępnie – należy ona do większości.

Wychowani na antychrześcijańskiej filozofii oświeceniowej, marksistowscy bądź marksizujący lewicowi intelektualiści, artyści, nauczyciele, dziennikarze, politycy od ponad siedemdziesięciu lat pouczają nas, że w przeszłości świat był szalony, ponieważ żyli na nim ludzie, którzy uważali, że znają prawdę obiektywną i niezmienną. Ich zdaniem, takie przekonania prowadziły do wojen, prześladowań, ksenofobii, antysemityzmu, rasizmu, szowinizmu itd.

Żeby się pozbyć owego „zarzewia” – jak twierdzą – należy przestać spierać się o to, kto ma rację, jaka jest prawda, i przyjąć za pewnik, że nikt nie ma racji poza tymi, którzy właśnie głoszą, „że nikt nie ma racji”. Konsekwencją takiego przekonania jest teza, że wszystkie kultury, religie, obyczaje i zachowania są jednakowo wartościowe. Uważają, że małżeństwo i związki partnerskie należy zrównać i włożyć do jednej szuflady. Forsujący takie poglądy mogą mieć jednak kłopot z odpowiedzią na pytanie, czy tyle samo warte jest odepchnięcie i skopanie biedaka, co udzielenie mu pomocy, czy mają równą wartość czyny Rudolfa Hoessa i św. Maksymiliana Kolbego.

Pomieszanie normy z patologią

Konsekwencją relatywizmu jest pomieszanie albo też zrównanie tego, co w tradycji uznawano za normę i za patologię, dewiację. Śledząc dzisiejsze dyskusje medialne, zauważamy, że jako obowiązującą normę narzuca się to, co dotąd uważane było za patologię, a pozostawanie przy dotychczas uznawanych normach uważa się za przejaw ksenofobii, szowinizmu i zacofania.

Co więcej, istnieje ogromna presja, żeby tego rodzaju poglądy i postawy zalegalizować, dać im zabezpieczenie prawne oraz wprowadzić je oficjalnie i legalnie w życie społeczne, jako uprawnione i normalne.

Niniejsze tendencje są dziś tak bardzo widoczne np. w promowaniu ideologii „gender”. Przed tą ideologią wielokrotnie przestrzegał nas Benedykt XVI. W ostatnim czasie tej sprawie poświęcił dłuższy passus swego przemówienia do pracowników Kurii Rzymskiej przed świętami Bożego Narodzenia 2012 r., które w polskich mediach, poza Radiem Maryja, Telewizją Trwam i „Naszym Dziennikiem”, w ogóle nie zostało zauważone.

W tym ważnym przemówieniu Papież wskazał na wielkie zagrożenie wobec naszej cywilizacji, jakie płynie z nagłaśnianej dziś ideologii „gender”, która zbudowana jest na fałszywej antropologii. Jedną z błędnych tez tej ideologii jest forsowanie nowej definicji płci, niezgodnej nie tylko z Biblią, ale także z biologią, genetyką i psychologią. Człowiek wedle tej – zaczerpniętej z ideologii „gender” – definicji nie rodzi się ani mężczyzną, ani kobietą.

Dopiero społeczeństwo i kultura, w której żyje, narzuca mu pewne role, czyniąc z niego kobietę lub mężczyznę. Płeć zatem nie jest domeną natury, ale kultury. Tego rodzaju ideologia, jak podkreśla Benedykt XVI, prowadzi do odrzucenia Boga Stwórcy, do przekreślenia ludzkiej tożsamości i do unicestwienia i tak już osłabionej rodziny. Papież stwierdza wprost, że ideologia ta „upokarza rozum” i „detronizuje prawdę”, czyli jest nierozumna i nieprawdziwa.

Należy przyznać rację Roberto de Mattei, który w książce „Dyktatura relatywizmu” wskazał na trzy etapy marszu w kierunku totalitaryzmu – drogą relatywizmu. Pierwszym jest negacja istnienia prawa i prawdy obiektywnej, czego konsekwencją jest zrównanie dobra i zła, grzechu i cnoty.

Drugim jest instytucjonalizacja dewiacji moralnych objawiająca się w przemianie prywatnej niegodziwości w publiczną cnotę, a trzecim – wprowadzenie ostracyzmu społecznego i prawnej karalności dobra. Zamykając tę krótką refleksję nad pontyfikatem ustępującego Ojca Świętego, należy stwierdzić, że Benedykt XVI odchodzi do historii Kościoła i chrześcijaństwa jako kolejny wielki obrońca prawdy, zdobywanej na drodze wiary i rozumu, jako odważny stróż ogólnoludzkich wartości, których pierwszym źródłem i ostatecznym celem jest Bóg.

Ks. bp Ignacy Dec, ordynariusz świdnicki