Potrzeba solidarności całej Unii
Środa, 30 marca 2022 (17:01)Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Polska ogłosiła plan odejścia od surowców energetycznych z Rosji. Jednak został on przyjęty przez rząd bez akceptacji Unii Europejskiej. Czy nie powinno to być działaniem solidarnościowym całej Unii Europejskiej?
– No właśnie. To jest coś, co do końca trudno zrozumieć. Z jednej strony mamy krzyk, że zbrodnicze działania Putina należy potępiać i wprowadzać nowe sankcje, które mogą zatrzymać tę agresję na wolny, suwerenny kraj Ukrainę, ale jak przychodzi co do czego, to w Unii Europejskiej – niestety – brakuje działania solidarnościowego. Solidarność jest potrzebna, żeby Putin nie mógł wyłuskiwać sobie ofiar i po kolei rozgrywać poszczególnych państw. Jako Polacy przerabialiśmy to już w naszej historii.
Przypomnę tylko słynną akcję, kiedy Rosja wprowadziła embargo na polskie mięso i owoce, i z tym problemem zostaliśmy sami. Chodzi o to, że pozostałe państwa Unii Europejskiej w ramach solidarności nie z nami, tylko z Putinem robiły w najlepsze interesy z Rosją. Pamiętamy też akcję z ropą i gazem – szczególnie z gazem, kiedy w ramach tzw. solidarności ceny tego paliwa dla Polski zostały podniesione, a koledzy z Niemiec położyli rurę na dnie Bałtyku i robili interesy gazowe z Putinem. Tak czy inaczej jest to niebezpieczna sytuacja, dlatego że kiedy wszystkie państwa mówią jednym głosem, to Putin musi mieć na względzie, że dotyczy to całej Unii. Natomiast jeśli – jak w tym wypadku – tylko Polska ogłasza plan odejścia od surowców energetycznych z Rosji, a koledzy z Unii Europejskiej się wyłamują i nie podejmują tematu, to w tym momencie stajemy się dla Rosji potencjalnym celem.
Nic więc dziwnego, że polski rząd długo się opierał, bo miał świadomość, że jeśli będziemy sami, to czekają nas po prostu procesy sądowe za zerwanie umów, kontraktów z tytułu poniesionych strat, procesy o zwroty należności itd. Jak znam życie, to może się okazać, że nasi partnerzy z Unii się z tego wykręcą, uznając, że jest to sprawa Polski i nasze ryzyko, nasz problem, z którym zostaniemy sami.
Jaka jest szansa, żeby Bruksela odpowiedziała na wezwanie Mateusza Morawieckiego? W końcu wciąż są państwa, które – jak stwierdził premier – „nie robią sobie nic z wojny” i dalej korzystają z rosyjskich surowców…
– W tym momencie należy przywołać do tablicy kolegów z opozycji, lidera Europejskiej Partii Ludowej – największej frakcji w Parlamencie Europejskim, Donalda Tuska, a także europosłów opozycji i zadać im pytanie, jak to jest z tą solidarnością europejską. Mianowicie jeśli chodzi o Polskę, to krzyczą, że trzeba zamykać kopalnie, że należy ograniczać import węgla, a kiedy rząd wychodzi z taką inicjatywą, to nie robią nic, by obudzić solidarność europejską w tym zakresie. Co więcej, ich koledzy z innych państw – w odróżnieniu od Polski – nie kwapią się, by podjąć podobne kroki ograniczające import rosyjskiego węgla.
Dlatego trzeba im uzmysłowić, czy są w ogóle świadomi, co nas czeka, bo – powtórzę raz jeszcze, że jest to działanie w myśl idei putinowskiej – rozbić jedność, wyłuskać najsłabszych, uzależnić ich od siebie i swobodnie rozgrywać bądź nakładać na nich kary itd. Bez nacisków, bez przynaglenia wszystkich państw Unii nic z tego nie będzie. Uważam, że polski rząd powinien przejąć metodę prezydenta Zełenskiego, który w rozmowach z przywódcami poszczególnych państw mówi jasnym, konkretnym językiem, nie owijając w bawełnę. I tego samego oczekujemy dzisiaj od polskich i europejskich władz.
Nie ma Pan wrażenia, że Niemcy grają na czas i zależy im na szybkim zakończeniu tego konfliktu, by móc powrócić do współpracy energetycznej z Moskwą?
– Za nami już 34 dni wojny na Ukrainie i widać, że czas działa na korzyść Niemców, których postawa jaka jest – każdy widzi. Mam wrażenie, że po pierwszych emocjach powietrze już nieco schodzi czy zeszło, i powoli wracamy do rzeczywistości. O ile na początku unijni politycy się wstydzili – być może mieli nawet jakieś wyrzuty sumienia, tak dzisiaj próbują się bawić w głuchy telefon, robią swoje i udają, że niczego nie słyszą. W tej sytuacji konieczne jest wypracowanie na gruncie unijnym jasnej postawy i zabezpieczenie się przed konsekwencjami zerwanych kontraktów.
Rząd premiera Morawieckiego musi jasno powiedzieć, że z uwagi na sytuację wywołaną przez Rosję i Białoruś Polska nie ponosi żadnych konsekwencji z tytułu zerwanych kontraktów itd. To musi być bardzo jasny, klarowny komunikat. Musimy to ogłosić na arenie międzynarodowej, bo wojnę wywołała strona rosyjska. Do momentu, kiedy konflikt za naszą wschodnią granicą nie zostanie rozwiązany, Polska nie może ponosić żadnych konsekwencji działań sprowokowanych przez reżim Putina.
Jak proces dywersyfikacji, który nie jest łatwy, może się odbić na naszym budżecie?
– Sankcje mają to do siebie, że są obosieczne i biją zarówno w tego, kogo dotykają, ale też w tego, który je nakłada. Tak to działa i dotyczy to różnych dziedzin. W tym momencie trzeba sobie uświadomić, że jeśli podjęliśmy decyzje o inwestycjach, to ci, którzy zainwestowali na terenie Rosji, mają dzisiaj problem. Strona rosyjska równie dobrze może powiedzieć, że skoro wy nam blokujecie, konta, aktywa itd., to my w takim razie zamrażamy wasze inwestycje na gruncie rosyjskim. Pamiętajmy też, że eksporterzy produktów rolno-spożywczych, z branży meblarskiej i wielu innych, których wyroby trafiały na rynek rosyjski, będą mieli problem ze zbytem swoich wyrobów.
To może też spowodować zawirowania na rynku pracy, a także w systemie podatkowym, co było w dużej mierze nastawione na rynek wschodni. Potrzebne są więc działania wyrównawcze, będzie potrzebna pomoc. Ważne też, żeby sobie uświadomić, że to nie jest wina Polski, polskiego rządu, ale winna jest strona rosyjska, więc wszelkie roszczenia powinny być skierowane pod adresem Rosji. Pierwsze pozwy – jako efekt naszej postawy, a więc odejścia od surowców energetycznych z Rosji – mogą się zacząć już wkrótce. Jest to – moim zdaniem – kwestia dni, może tygodni.
Jak skomentuje Pan blokady TIR-ów na polsko-białoruskiej granicy? Unia Europejska zachowuje się bardzo asekurancko, ponadto są głosy, żeby nie przepuszczać towarów do Rosji…
– Polska leży na skrzyżowaniu największych arterii drogowych na kierunku Wschód – Zachód, więc ruch tranzytowy jest u nas duży. Blokady, które miały miejsce, niewiele dały. Myślę, że warto zastanowić się nad skierowaniem tych transportów przez Ukrainę. Skoro są to towary z przeznaczeniem dla Rosji, a według Kremla na Ukrainie nie ma żadnych działań wojennych, tylko „specjalna operacja wojskowa”, to dlaczego te transporty TIR-ów rosyjskich i białoruskich nie mogłyby zostać puszczone przez Ukrainę? Zatem na Ukrainę powinniśmy przekierować cały ten ruch. To jest – moim zdaniem – jedyny sposób, żeby nikt nas za chwilę nie obłożył karami. Pamiętajmy też, że na granicy oczekują TIR-y z transportami z całego świata, a Unia Europejska też zachowuje się bardzo asekurancko, twierdząc, że sprawa jest indywidualna i każdy kraj niech sam rozwiąże ten problem. Innymi słowy, jest to chowanie głowy w piasek, bo kiedy pojawią się problemy, to każdy ma odpowiadać sam, ale nie Unia. Unia zostawia nas na lodzie, a my zaczynamy się poddawać naciskom międzynarodowym.
Czy Polska mimo wszystko nie wybiega przed szereg? Czy podejmując różne – skądinąd ważne – inicjatywy, nie angażujemy się zbytnio w sprawy Ukrainy? Czy zbyt dużo nie bierzemy na swoje barki, podczas gdy inni tylko się przyglądają?
– Dokładnie tak jest. Dlatego nasuwa się pytanie, czy nie podchodzimy do wielu spraw zbyt emocjonalnie. Jak pan redaktor zauważył, co do zasady, że pomagać trzeba – jest słuszność i tu nie ma żadnych wątpliwości. Dotyczy to także sankcji i restrykcji, jakie podejmujemy. Jednak jeśli te restrykcje czy sankcje nie będą solidarne i nie będzie jasnego przekazu, że na gruncie granic unijnych jest zdecydowane zamknięcie ruchu dla towarów z Rosji czy Białorusi, co jeśli chodzi o granice strefy Schengen jest zadaniem Unii Europejskiej, to będziemy mieli problem i niestety będziemy musieli sami sobie z tym radzić. Tu wymagane jest działanie solidarne wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej.