Oni chcą żyć na Ukrainie
Czwartek, 17 marca 2022 (16:39)Z ks. Leszkiem Kryżą TChr, dyrektorem Zespołu Pomocy Kościołowi na Wschodzie przy Konferencji Episkopatu Polski rozmawia Krzysztof Gajkowski.
Wrócił Ksiądz z umęczonej wojną Ukrainy. Gdzie Ksiądz był i jakie wsparcie udało się przekazać?
– Tak, kilka dni temu powróciłem z Ukrainy. Udało nam się dotrzeć do Drohobycza i Truskawca.
Do Drohobycza zawieźliśmy wsparcie dla miejscowego szpitala, a do Truskawca – dla szkoły, która obecnie pełni funkcję ośrodka pomocy dla uchodźców z terenów objętych wojną albo tych znajdujących się bardzo blisko nich.
Rozmawiałem z wicemerem Truskawca i proszę sobie wyobrazić, że do tej miejscowości, liczącej na co dzień około 22 tys. mieszkańców, przybyło 27 tys. uchodźców! Każde dostępne miejsce staje się dziś noclegownią. Część uchodźców chce wyjechać do Polski i do innych krajów Europy, a część jasno deklaruje, że gdy tylko sytuacja się uspokoi, wracają do siebie, do swoich domów, obojętne, czy jeszcze stoją, czy trzeba będzie je podnosić z gruzów.
To wielkie wyzwanie dla miasta. Jaką pomoc przekazał Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie?
– Nasza pomoc była odpowiedzią na zgłoszone zapotrzebowanie. Nie byłoby to możliwe bez współpracy z Fundacją św. Antoniego w Drohobyczu. Zawieźliśmy to, co było najbardziej potrzebne: żywność, koce, materace, wózki inwalidzkie, bandaże, lekarstwa. Bardzo potrzebne są materace. Brakuje miejsc do spania. Każdy kąt jest wykorzystany, by mieć gdzie położyć głowę i odpocząć.
Trudno sobie wyobrazić, jak w ciągu kilkunastu dni zmieniło się codzienne życie na Ukrainie…
– Życie na Ukrainie toczy się dalej. Ale gdy się tam jest, rozmawia się z uchodźcami i osobami kierującymi do nich pomoc, to wszystko jest bardzo przejmujące. Dla mnie ma to także osobisty kontekst. Wiele miejsc, o których słyszę, że są bombardowane, znałem, miałem kontakt z ich mieszkańcami i kapłanami tam pracującymi. Wiele tych miejsc dziś leży w gruzach, ludzie uciekli, część może nawet zginęła.
Dziś codzienne życie całej Ukrainy podporządkowane jest sprawom wojennym. Nie ma rozmowy, która by nie poruszyła tematu wojny i dramatów, jakie ona rodzi. Tam nikt nie rozumie, czemu to się dzieje. Ludzie pytają siebie, co my zrobiliśmy, że na nas to spadło? Czym zawiniła Ukraina Rosji? Co jest przyczyną ostrzałów, bombardowań bloków, szpitali, szkół i otwierania ognia do transportów humanitarnych? Tego nie da się zrozumieć.
Czy rozmawiał Ksiądz z uchodźcami?
– Rozmawiałem z uchodźcami. Jedni opowiadają, jak uciekali z kilkoma rzeczami zabranymi z płonącego domu, jak przez trzy, cztery dni niczym nędzarze uciekali ze swoich rodzinnych stron.
Niektórzy nie mogli nic powiedzieć. Na pytanie, skąd jesteście, odpowiadali: „z Wasilkowa”, a resztę już mówił ich wzrok. Po prostu brakuje słów wobec ogromu cierpienia, jakie ich dotknęło, i zła, które widzieli.
Wśród uchodźców są kobiety i dzieci.
– Zdecydowana część uchodźców, a z tych uciekających za granicę przytłaczająca większość to matki z dziećmi. To widok rozdzierający serce, a jednocześnie pouczająca lekcja, czym jest miłość macierzyńska.
Matki robią wszystko, co mogą, by uchronić dzieci przed cierpieniem, przed grozą i złem wojny. Uspokajają i pocieszają, nie chcą, by dzieci wiedziały, przed jak wielkim złem uciekają. Te mniejsze dzieci tego jeszcze nie rozumieją, niektóre to traktują jak jakieś wakacje, podróż. Inne łóżeczko i inne zabawki na noclegu postrzegają jako coś ciekawego. Tylko syreny bombowe zakłócają tym dzieciom spokój i powodują niezrozumiały jeszcze w ich wieku strach.
Jedna z matek opowiadała, że przygotowała się do ucieczki, spakowała potrzebne rzeczy i zaopatrzyła dziecko na podróż. Wzięła wózek i ruszyła do ewakuacji. Do autobusu mogła wejść tylko z dzieckiem, na więcej nie było miejsca. Walizka i wózek został na przystanku. Dziś nie ma nic poza miłością do dziecka.
W transporcie na Ukrainę zabrał Ksiądz też różańce?
– Wojna, zagrożenie życia, niepewne jutro – to sytuacje, które rodzą pytania, na które odpowiedzieć może tylko Bóg. Ludzie szukają duchowego wsparcia. Różańce trafiły do żołnierzy, którzy prosili o nie swoich kapelanów. Nie będą to amulety, ale przedmiot kultu służący do modlitwy. Jedni żołnierze się modlą, inni to widzą i – jak opowiadał jeden z kapelanów – podchodzą i proszą: naucz mnie modlić się na różańcu. Wiara daje siłę. Cieszymy się, że mogliśmy im je przekazać.
Ukraina jest silna duchem?
– Ukraińcy wiedzą, że prawda jest po ich stronie, że oni się bronią przed agresją. Gdziekolwiek byłem i rozmawiałem z ludźmi, to widziałem siłę ducha. Oni chcą żyć na Ukrainie, a nie w Rosji, i będą za to walczyć.
Pomoc trafiła także na samo przejście graniczne pomiędzy Ukrainą a Polską?
– Wracając, przekraczaliśmy granicę w Medyce, gdzie po stronie ukraińskiej, kilkadziesiąt metrów od szlabanów granicznych, swoje namioty rozwinęła służba humanitarna. To polscy wolontariusze z Wrocławia, którzy postanowili służyć ludziom oczekującym na przejście do Polski. Czekają na to trzy ogromne kolejki: aut, autobusów i ludzi zdążających pieszo. Kolejki zmotoryzowane mają długość nawet kilkudziesięciu kilometrów.
Ludzi pieszych też jest bardzo dużo, czekają po kilkanaście godzin. Wśród nich są chorzy i potrzebujący. Pomoc zaczęła się od jednego prostego namiotu, teraz są już cztery, w tym także namiot medyczny. Jest w nich ogrzewanie, można tam się napić czegoś ciepłego i zjeść gorący posiłek.
Wolontariusze mieli już wiele trudnych sytuacji – poród, śmierć jednej ze starszych osób oczekujących na przejście na granicy, odmrożenia nóg u dzieci i wiele innych sytuacji. Oni chcą odpowiedzieć na podstawowe potrzeby tych osób, których wojna pozbawiła normalnego życia, zmusiła do opuszczenia domów, a nawet kraju. My temu centrum humanitarnemu dostarczyliśmy kilka lamp do ogrzewania namiotów. Nocą temperatura spada poniżej zera stopni, a ludzie czekają na odprawę na mrozie.
Od lat organizuje Ksiądz pomoc na Wschodzie. Czy te wcześniejsze działania i nawiązane kontakty przynoszą dziś dobre owoce?
– Tak. Przykładów jest wiele. Podam jeden. Jako Zespół Pomocy na Wschodzie i Górnośląski Oddział Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” na rok przed wojną zainicjowaliśmy powstanie na Ukrainie kilku Stacji Pomocy Charytatywnej „Dobre Serce”. Powstały cztery takie punkty. Ich założeniem była pomoc niesiona niepełnosprawnym, starszym, szczególnie naszym rodakom, którym bez pomocy trudno byłoby nawet wyjść z domów.
Po wybuchu wojny te miejsca okazały się opatrznościowe. One dziś służą już nie tylko niepełnosprawnym, ale wszystkim potrzebującym. Do nich także wysłaliśmy już jeden transport z pomocą i przygotowujemy kolejny.
Pomoc będzie potrzebna w dłuższej perspektywie czasu.
– Daj Boże, żeby wojna się skończyła jak najszybciej. To jednak nie zakończy potrzeby pomocy, jaką niesiemy Ukraińcom. Skutki wojny będziemy jeszcze długo odczuwać, a pierwszym z nich będzie odbudowa infrastruktury, w tym zrujnowanych kościołów.
Jest też drugi poważny skutek – rany duchowe. Pomoc, jaką daje Polska, doceniają na Ukrainie wszyscy – nawet ci, którzy nie chcą uciekać i deklarują, że do końca pozostaną u siebie. Niesiemy wielką pomoc i wsparcie, ale czas zweryfikuje ten cudowny poryw serca. Dlatego egzamin z solidarności ciągle trwa i jeszcze potrwa. On się nie zakończy wraz z zakończeniem wojny. Oby na długo wystarczyło nam otwartości serc i siły do pomagania.