Ze skrajności w skrajność
Poniedziałek, 14 lutego 2022 (13:14)Z prof. Grzegorzem Górskim, doktorem habilitowanym nauk prawnych, profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Toruńskiej Szkoły Wyższej – Kolegium Jagiellońskiego, w latach 2011-2014 sędzią Trybunału Stanu, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Rosja rozbudowuje infrastrukturę po stronie Białorusi, ok. 25 km od granicy z Ukrainą. Prezydent Biden zaapelował do swoich obywateli, aby niezwłocznie opuścili terytorium Ukrainy. Czy to oznacza, że wojna jest nieunikniona, a jej początek coraz bliższy?
– Niestety, mam obawy, że administracja prezydenta Joe Bidena znajduje się obecnie pod presją niedawnej przeszłości. Blamaż w Afganistanie powoduje, że za wszelką cenę nie chcą go powtórzyć w sprawie Ukrainy. Najpierw zatem szukali „ścieżek porozumienia z Moskwą”, czego najdalej idącym wyrazem było stwierdzenie Bidena, że jeśli Rosjanie wykonają „niewielką agresję”, to Stany Zjednoczone nie będą reagować.
Teraz jest dosyć paniczne rzucanie się w drugą skrajność. Wezwanie obywateli amerykańskich, aby opuszczali Ukrainę, jest wyrazem jakichś wielkich emocji w Białym Domu. Wysyłanie do Polski komandosów z 82. Dywizji Powietrznodesantowej wyraźnie dowodzi, że Amerykanie myślą raczej o akcjach związanych z ewentualną koniecznością wykorzystania ich do ewakuacji swoich ludzi i innych aktywów z Ukrainy. Bo dla wzmocnienia samej wschodniej flanki obecność spadochroniarzy i komandosów ma znaczenie raczej względne. Chyba że ktoś będzie chciał ich wykorzystać w akcji ofensywnej, np. do odbijania Kijowa…
Słyszymy jednak, że kiedy doszłoby już do rosyjskiej inwazji na Ukrainę, Biden wyklucza wysłanie żołnierzy do ewakuacji obywateli amerykańskich. Zaznaczył, że nie wyśle na Ukrainę wojsk, bo „kiedy Amerykanie i Rosjanie zaczną strzelać do siebie, będziemy mieć wojnę światową”…
– No właśnie. A jeśli za rok, dajmy na to, okaże się, że podobną sytuację mamy na wschodniej granicy Polski? Wtedy też Joe Biden powie, że Amerykanie i Rosjanie nie mogą do siebie strzelać, bo będziemy mieli wojnę światową? I przerzuci 82. Dywizję Powietrznodesantową dywizję w okolice Drezna? Działania amerykańskie niestety nie mogą wzbudzać zaufania, bo teraz przypominają rzucającego się od ściany do ściany. A to oznacza, że musimy – niestety – spodziewać się każdej możliwej wolty w ich zachowaniu.
Niedawno Joe Biden w obecności kanclerza Olafa Scholza podkreślił, że jeśli Putin zaatakuje Ukrainę, to Nord Stream 2 nie ruszy. Czy zważając na to, że z całego świata w stronę Europy kierują się statki z gazem, w tym momencie Putin jest na pozycji przegranej?
– Putin już poniósł całkowitą klęskę. Uwierzył Bidenowi, że ma zielone światło do „rozwiązania sprawy Ukrainy” po swojej myśli, o ile nie dojdzie do gwałtownych wydarzeń. Dlatego zdołał wyizolować Ukrainę na arenie międzynarodowej i wydawało się jeszcze kilka tygodni temu, że jego cel jest na wyciągnięcie dłoni. Jednak rosyjska buta i bezczelność wyrażona przez szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa postawiła na nogi prawie całą Europę – nawet znaczną część niemieckiej opinii publicznej, choć niestety nie rząd. Do tego doszła nadzwyczajna aktywność Polski, która rozruszała i pobudziła do działania dużą grupę państw, a zwłaszcza wymusiła zmianę stanowiska Amerykanów. Stąd sytuacja teraz jest diametralnie inna. Putin znalazł się w defensywie, ale jest to stan przejściowy. Z pewnością za chwilę dostosuje swoją agresywną strategię do zmienionej sytuacji. Dlatego ważną rzeczą byłoby, zamiast czekania na jego kroki, pójść za ciosem i spychać go do defensywy. Nie ma innej drogi.
Jaka jest przyszłość gazociągu Nord Stream 2, skoro nawet analitycy z rosyjskiego Centrum Energetycznego Skołkowo ostrzegają, że polityka Putina może doprowadzić do kryzysu rosyjskiej gospodarki, zwłaszcza gdy Europa skoncentruje się na gazie LNG sprowadzanym drogą morską?
– Lekcja ostatnich tygodni, jaką przechodzą Europejczycy, z pewnością będzie zapamiętana, bo skutki stanu obecnego są dla nich bardzo dotkliwe. Jednym z rezultatów tego awanturnictwa będzie zapewne także i to, że Rosja w szerszym zakresie poniesie straty ekonomiczne. Niezależnie od tego, czy będzie wojna, czy jej nie będzie, gospodarka rosyjska poniesie ogromne konsekwencje, a to będzie miało w perspektywie dwóch-trzech lat daleko idące dla Putina skutki, i międzynarodowe, i wewnętrzne.
Czy nie mając nic do stracenia, czując, że traci wiarygodność, że grunt wali mu się pod nogami, Putin może być zdecydowany na wszystko? Jego stwierdzenie, że wejście Ukrainy do NATO będzie oznaczało wojnę z Rosją – wojnę, w której nie będzie wygranych i przegranych – jest bardzo niepokojące…
– Jest rzeczą dość zdumiewającą, że ani w Polsce, ani szerzej na Zachodzie wiedza o samym Putinie, jego decyzyjnym otoczeniu i systemie funkcjonowania ośrodka władzy jest tak porażająco niewielka. Sprowadzanie tego wszystkiego, co się dzieje w Rosji i wokół Rosji jedynie do stanu kondycji psychicznej Putina, jest po prostu śmieszne. Rosja to jest pewien system władzy, a Putin jest jego, owszem, ważną, ale tylko częścią. Rosjanie umiejętnie skoncentrowali uwagę świata na mimice Putina, jednak nie on sam o wszystkim decyduje. I w tym jest nadzieja – bowiem mający wpływ na politykę Rosji ludzie nie są tymi, którzy zbiorowo chcieliby popełniać samobójstwo.
Niewątpliwie na linii Moskwa – Zachód trwa wojna nerwów. Kto ma większe szanse, żeby wytrzymać presję, czy i kto może ustąpić?
– Obserwując zachowanie administracji Joe Bidena i liderów niektórych państw europejskich, mam niestety obawy, że więcej zimnej krwi jest po stronie Rosjan. Co też istotne, to Rosjanie mają w tej chwili więcej pól manewru i ciągle nie stracili inicjatywy. My – Zachód – cały czas zachowujemy się defensywnie, a to nie jest dobra pozycja względem Rosjan. Tego uczy nas historia.
Celem Putina jest rozbicie NATO. Swoją drogą, czy to mu się nie udaje?
– NATO było na ścieżce do samodzielnego rozkładu. Sojusz Stanów Zjednoczonych z Wielką Brytanią i Australią dowodzi, że ten proces się rozpoczął. Jednak rękę znowu wyciągnęli Rosjanie. Ich buta i bezczelność zmobilizowały nawet Szwecję i Finlandię do pogłębienia współpracy z Sojuszem Północnoatlantyckim. Putin scementował teraz NATO. Pytanie jednak, na jak długo. Tu jednak nie jestem optymistą.
Cały czas trwa ofensywa dyplomatyczna. Czy Polska, która jest tu – jak Pan Profesor zauważył – bardzo aktywna, wraca do gry, czy wobec niedwuznacznej postawy Berlina Warszawa ma szansę na powrót stać się głównym partnerem Stanów Zjednoczonych w Europie?
– Tu gra musi iść o coś więcej. Wobec amerykańskich wolt musimy wyzwolić się z takiego myślenia. Pokazaliśmy w ostatnich tygodniach inicjatywę i daleko idącą samodzielność. Wyjazd prezydenta Andrzeja Dudy do Pekinu był najlepszym sposobem pokazania Amerykanom, że nie damy im się zwasalizować i zinstrumentalizować, że mamy jednak jakieś dodatkowe opcje. Jak widać, oni rozumieją tylko taki język. Ale Polska zdołała też zbudować pewną większą spoistość już nie tylko regionu Międzymorza. Pogłębienie relacji z Wielką Brytanią i Turcją, a wspólnie z Ukrainą, tworzy w Europie zupełnie nową sytuację, i to nie tylko w dziedzinie bezpieczeństwa.
Dość wspomnieć, że połączony potencjał wojskowy tych czterech państw nie tylko równoważy możliwości Rosji w Europie, ale również przytłacza militarnie całą resztę kontynentu. To jest właśnie droga do gruntowania naszej pozycji w Europie jako gracza ekstraklasy. I tego panicznie boją się Berlin, Paryż czy Bruksela i dlatego nas tak próbują kąsać. Również potencjał ekonomiczny tego kwartetu (prawie 250 milionów ludności, skumulowane PKB tych krajów plus reszta Grupy V4 to trzecia gospodarka świata!) to jest wielka alternatywna perspektywa. Polska ma dzisiaj w ręku niezwykle silne karty i oby chciała nimi odważnie zagrać.
W czwartek w Warszawie gościł Boris Johnson. Z ust brytyjskiego premiera usłyszeliśmy, że kluczem dla bezpieczeństwa Europy jest bezpieczeństwo Polski. Wielka Brytania, która jest poza Unią Europejską, bardziej rozumie sytuację niż państwa Unii?
– Wielka Brytania, inaczej niż Stany Zjednoczone, nie może sobie pozwolić na to, aby Stary Kontynent stał się obszarem kombinacji niemiecko-rosyjskich. Historia najlepiej pokazuje, jak to się zawsze dla Europy, ale i dla niej kończyło. Dlatego Brytyjczycy wypchnięci z Europy muszą znaleźć twardy grunt dla tej swojej obecności i nie znajdą tu w dającej się przewidzieć perspektywie żadnej innej poważniejszej alternatywy niż Polska. Polska, Grupa V4, Rumunia, Turcja, Ukraina i Norwegia to swoista oś interesów brytyjskich na najbliższe lata.
Co by nie powiedzieć, dla nas ta sytuacja jest wprost wymarzona. Mamy całkowicie zbieżne interesy strategiczne z Brytyjczykami i właściwie żadnych sprzeczności. Do tego Brytyjczycy – póki Ameryka będzie miała ambicje imperialne – są partnerem, bez którego Stany Zjednoczone nie mogą istnieć w Europie. To poprzez związek z Brytyjczykami możemy silniej i skuteczniej wręcz przymusić Amerykanów do związków z Polską. I wtedy niektórzy publicyści i pseudopolitycy nie będą musieli przekonywać nas do tego, że naszą jedyną nadzieją jest zwasalizowanie się wobec Niemiec.
Z Wielką Brytanią, która choć jest poza Unią, mówimy jednym głosem, ale są i tacy, którzy zastanawiają się, jak ważne są sojusze, także jeśli chodzi o Wielką Brytanię, gdzie już raz się zawiedliśmy?
– Gdyby myśleć w ten sposób, to po co rozmawiamy z Amerykanami? Przypomnijmy sobie, co zrobił z nami prezydent Roosevelt. Idąc dalej, po co rozmawiamy o czymkolwiek z Francuzami, którzy tyle razy nas wystawili do wiatru? Jaki jest sens rozmawiania z Czechami, przecież w 1036 roku Brzetysław dokonał straszliwego najazdu? O Niemcach to już w ogóle nie ma co wspominać, o Rosji także. Szwecja – trzy straszliwe wojny i niezrealizowany do dzisiaj traktat oliwski z 1660 roku kończący potop szwedzki. Nawet z Litwą, z którą łączyło nas przymierze, nie powinniśmy mieć stosunków. Co to za argumenty, jak ktoś normalny, zajmując się polityką, może o tym mówić?
Z tej perspektywy Anglicy nie powinni mieć żadnych relacji ze Stanami Zjednoczonymi, bo zdaje się, że kiedyś to były ich tereny. Mówiąc żartobliwie, ludzie, którzy są zakładnikami takiego płytkiego myślenia, powinni być trzymani w klatkach, a jeśli już wypowiadają się publicznie w ten sposób, czy nie daj Boże, o czymś mogą decydować, są de facto największymi szkodnikami. Jeśli się nie wyzwolimy z takiego myślenia, to rzeczywiście pozostanie nam jedynie posłuszne wykonywanie woli Berlina i Brukseli.