• Piątek, 15 maja 2026

    imieniny: Zofii, Izydora, Berty

Zatrzymać Rosję

Niedziela, 6 lutego 2022 (19:42)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W podrzeszowskiej Jasionce lądują kolejne samoloty z amerykańskimi żołnierzami elitarnej 82. Dywizji Powietrznodesantowej. Jaki sygnał płynie do Putina?

– Przede wszystkim zacznę od tego, że nie o ilość tu chodzi, bo liczba 1700 żołnierzy nie jest powalająca i na pewno nieprzesądzająca, ale tu chodzi o pokazanie, że sytuacja na wschodzie Ukrainy – przy granicy z Rosją, staje się coraz bardziej skomplikowana i że Stany Zjednoczone nie mają zamiaru udawać, że nic się nie dzieje. Na razie rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Pekinie i można domniemywać, że przez najbliższe dwa tygodnie Putin będzie prowokował, ale raczej nie zaatakuje. Natomiast sam fakt, że do Polski i Rumunii przybywają doborowi żołnierze, pokazuje, że jest coś na rzeczy, że problem jest poważny. Dlatego musi pójść bardzo mocny i zdecydowany komunikat, że Zachód, że Stany Zjednoczone nie żartują.    

Po blamażu w Afganistanie i początkowych rozmowach z Putinem Joe Biden wreszcie się obudził. Może wcześniej należało postawić tamę Putinowi?

– Prezydent Joe Biden długo miał nadzieję i liczył, że problem uda się załatwić poprzez rozmowy, negocjacje. Nie mam zamiaru tłumaczyć Bidena, ale nie wszyscy przywódcy z ochotą wysyłają swoich żołnierzy na scenę potencjalnego konfliktu, a raczej przyjmują założenie, że dyplomacja jest najlepszą „armią”, która najmniej kosztuje. Natomiast widocznie są materiały wywiadowcze, które mówią wyraźnie, że Putin się nie zatrzyma. Oczywiście można dywagować co do poziomu czy skali działań z jego strony i jak może to wyglądać – czy agresja będzie w formie prowokacji, czy może otwartego ataku. Najnowsze informacje wywiadowcze mówią, że Rosjanie przygotowują film propagandowy, gdzie stroną atakującą, dokonującą agresji, jest Ukraina, i Rosji nie pozostaje nic innego, jak się bronić.

Nie można wykluczyć też nagłych działań rosyjskich na obszarze Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej przejawiającej intensywne tendencje separatystyczne. To może być dzisiaj dużym zaskoczeniem, zwłaszcza że skupiamy się stricte na Ukrainie, tymczasem Rosjanie patrzą szerzej i dla nich terenem – stosunkowo łatwym do uruchomienia – jest właśnie Naddniestrze i Mołdawia, która jest niewielka. Co więcej, jest to państwo, które łatwo i szybko można spacyfikować, przybliżyć się do granicy z Ukrainą i otworzyć kolejny front.

To znaczy otoczyć Ukrainę ze wszystkich możliwych stron?

– Dokładnie tak. Dlatego działania ze strony Rosji mogą być bardzo różne. Proszę zwrócić uwagę, że Rosjanie są już dzisiaj zarówno na Białorusi, w Donbasie, jak i na Krymie. Nie wspomnę już o obecności i działaniach w regionie Morza Czarnego, gdzie Rosja także wzmacnia swój potencjał ofensywny. Zatem Moskwa ma do dyspozycji różne warianty działań. Jednak im dłużej trwa ten teatr, to sytuacja się coraz bardziej zagęszcza i wydaje mi się, że Putin w jakimś sensie się zakiwał, przelicytował, co może oznaczać, że prawdopodobieństwo jego sukcesu zaczyna topnieć. W dyplomacji jest zasada tzw. otwartej furtki, która pozwala zachować twarz i spowoduje, że Putin może wykonać krok do tyłu, ale w taki sposób, żeby nie wyszło, że przegrał.

Z drugiej strony Putin chyba też nie ma za bardzo wyjścia, bo Rosjanie mu nie wybaczą porażki, z tym że koszty, jakie mógłby ponieść za ewentualną agresję, są też ogromne. Co zatem może zrobić Putin?

– Myślę, że dla Putina to okienko wciąż jest otwarte i rosyjski przywódca jest w stanie przekuć to w sukces. Takim sukcesem na użytek wewnętrzny może być jeszcze głębsza integracja z Białorusią. W tym scenariuszu rosyjska armia – po trwających właśnie manewrach – zostanie na stałe na Białorusi, a reżim Łukaszenki będzie jedynie marionetkowym rządem w rękach Putina. Putin może to też sprzedać na zewnątrz jako sukces. Pamiętajmy też, że na terenach zbuntowanych na Ukrainie, gdzie ciągle są rozruchy, trwa masowa akcja rozdawania rosyjskich paszportów.

Wydano już ponad siedemset tysięcy rosyjskich paszportów i w tym momencie cóż stoi na przeszkodzie stworzenia czegoś w rodzaju parapaństwa czy struktury, gdzie w formie referendalnej – bardzo szybko przeprowadzonej – ogłosi się chęć przyłączenia do Rosji. Wtedy Putin staje po stronie „swoich” i komunikuje – ja nie najeżdżam, ale to suweren przemówił, ci ludzie chcą być Rosjanami, większość zdecydowała. W tej sytuacji nie mogę odmówić, bo to obywatele Rosji – mają rosyjskie paszporty. W tym momencie bez jednego wystrzału Putin może zająć terytorium, uznając je za rosyjskie. I to też byłby sukces.

Tylko czy uległy – jak dotąd – Zachód powinien mu na to pozwolić? Chodzi o to, że z wszelkich konfliktów, które wszczynał Putin, wychodził wzmocniony…

– Owszem, to prawda, Putin wychodzi wzmocniony, tylko że na jego nieszczęście zima w Europie nie przypomina mroźnych czasów sprzed kilkudziesięciu lat. Wprost przeciwnie: meteorolodzy mówią nawet o wczesnej wiośnie. To oznacza, że Europa bez gazu dałaby radę. Tylko czy Putin bez pieniędzy da radę i jak długo…? Nieprzypadkowo w Pekinie podczas spotkania z chińskim przywódcą była mowa o kontrakcie na dostawy 10 mld m3 gazu. Z punktu widzenia Rosji pojawiło się więc coś w rodzaju odwróconej dywersyfikacji i nowe źródło finansowe. Jest to też pokazanie Europie, że jeśli wy nie chcecie, to Chiny wezmą wszystko. Pewne jest, że Putin – żeby rządzić – potrzebuje pieniędzy. Gospodarka rosyjska jest słaba, ale Putin ma żołnierzy i gaz. To jest cała siła i potęga Rosji uzależnionej od kroplówki ze źródeł energetycznych. W momencie kiedy nie ma sprzedaży i ruch w interesie zamiera, to Rosjanie nie mają jak funkcjonować.

Powstaje pytanie, jak będzie wyglądała jedność, solidarność państw europejskich w stosunku do Rosji. Czy nie wygrają partykularne interesy? Dotyczy to zarówno Niemiec, jak i Chorwacji oraz Węgier i premiera Orbána, który ostatnio gościł w Moskwie…

– Rzeczywiście jest kilka państw w Europie, które grają nie do końca uczciwie i są bardziej niebezpieczne niż sto tysięcy rosyjskich żołnierzy na granicy z Ukrainą. Węgrzy próbują ugrać swoje sprawy na Ukrainie, jeśli chodzi o Zakarpacie. Stąd premier Orbán też musi się określić, po której stronie stoi, podobnie jak kilka innych państw. Same frazesy o solidarności europejskiej, o politycznej sile sojuszy, o budowie wspólnej europejskiej armii – to są wszystko puste słowa.

Niemcy, które trzymają z Rosją, jak się wydaje – też zmieniają front i mówią Putinowi, że jeśli przekroczy czerwoną granicę, to z Nord Streamu będą nici?

– Niemcy nie robią tego w sposób nieprzymuszony, bo chcą. Działają tak tylko dlatego, że sytuacja wymusza na nich takie stanowisko. Mają świadomość, że są samotną wyspą wśród europejskich liderów, a ich polityka zakrawa na śmieszność. Tym sposobem sami się izolują, co staje się bardzo niebezpieczne także dla samych Niemiec. Stąd po stronie Berlina pojawia się refleksja – może trochę wymuszona, ale jednak. Założenie było chyba takie, że to Polacy będą krzyczeć najgłośniej – w pojęciu Unii Europejskiej będą się awanturować, ale nikt tego nie będzie słuchał, Putin szybko zrobi swoje, a wszyscy będą siedzieć cicho.

Tymczasem dzieje się zupełnie inaczej, i to głos Polski stał się ważny…

– Dwa państwa dzisiaj w Europie stają się liderami w tym obszarze – Polska i Wielka Brytania. Nie należy też zapominać o państwach bałtyckich i krajach skandynawskich – o Szwecji i Finlandii. Cała ta sytuacja związana z agresywnym zachowaniem Putina uświadomiła przywódcom europejskim, że problem z Rosją nie jest tylko wymysłem „złych Polaków” i rozbieranych po kawałku Ukraińców, ale że dotyczy on całej Skandynawii – Finlandii i Szwecji, że jest to również problem państw bałtyckich, również problem Rumunii, Naddniestrza, a zatem problem znacznie szerszy.

Sądzę, że dochodzimy dzisiaj do momentu, kiedy – po 30 latach w miarę stabilnej, pokojowej sytuacji w Europie, musi przyjść moment przesilenia. Putin chyba już wie, że jego marzenie, aby odsunąć NATO od swoich granic sprzed 1997 roku, a także uzyskać gwarancje, że granice Sojuszu Północnoatlantyckiego nie przybliżą się do jego granic poprzez członkostwo Ukrainy – dzisiaj spełzło na niczym. Ukraina wyraźnie zgłasza swoją akcesję do NATO, a Stany Zjednoczone – lider NATO, odpowiada jasno, że jeśli Kijów wyrazi taką wolę i będzie przygotowany, to nie ma przeszkód.

To jest bardzo ważne, bo mamy zupełnie inną sytuację niż rysowało się to na początku. Zwróćmy też uwagę na detal, który nieco umyka – mianowicie że prezydent Andrzej Duda po drodze do Pekinu odwiedził Tbilisi. Gruzja to kraj, który – podobnie jak Ukraina – jest rozgrywany przez Rosję. Przypomnę też, że kiedy był konflikt gruziński i Rosja zaatakowała Gruzję, a wojska rosyjskie rozpoczęły marsz na Tbilisi, to inicjatywa prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który wraz z prezydentami Litwy, Estonii, Ukrainy i premierem Łotwy przybył do Gruzji, zatrzymała marsz Rosjan. Wtedy Gruzini wyraźnie opowiedzieli się, że chcą wejść do NATO, tylko po stronie sojuszu nie było wtedy takiej woli. Dzisiaj może się okazać, że na skutek polityki prezydenta Andrzeja Dudy wkrótce możemy mieć niespodziankę i Gruzja ponownie zadeklaruje chęć wstąpienia w szeregi NATO i ze strony Sojuszu zostanie to zaakceptowane.

Trzeba też mieć świadomość, że wszystkie zabiegi, które hamują działania militarne, są dobre – nawet jeśli oznaczają nieznaczne zwiększenie liczby wojsk sojuszniczych na wschodniej flance…

– Owszem, to jest plus i jak widać – na razie dyplomacja zdaje egzamin. Przesunięcia żołnierzy amerykańskich są elementem pewnej symboliki, bo proporcja 2 tys. żołnierzy amerykańskich do 120 tys. żołnierzy rosyjskich przy granicy z Ukrainą, to jest proporcja na niekorzyść NATO. Natomiast tu chodzi o pewien akcent i wyraźne stwierdzenie, że jeżeli będzie trzeba, to nie tylko Stany Zjednoczone, ale też inni członkowie Sojuszu Północnoatlantyckiego przerzucą w rejon konfliktu nie tylko dwa tysiące, ale kilkanaście i więcej tysięcy żołnierzy. I to jest bardzo ważny komunikat, to jest też sukces samego NATO i bez wątpienia sukces Polski oraz polskiej polityki zagranicznej. Pamiętajmy, że to, co się dzieje od lipca, sierpnia ubiegłego roku, od kryzysu migracyjnego na granicy Litwy i Polski z Białorusią, to nie jest przypadek, ale to są elementy jednej spójnej układanki wyreżyserowanej przez Putina.

Szkoda tylko, że nawet na gruncie polskim wielu polityków zachowuje się bardzo dziecinnie, naiwnie i nieodpowiedzialnie, nie czytając faktów…

– Dzięki Bogu, że dzisiaj tacy politycy nie rządzą Polską. Jako poseł VIII kadencji z Warmii i Mazur, Olsztyna, Ełku miałem okazję zobaczyć, jak po latach rządów koalicji PO-PSL wyglądał stan polskiej armii na granicy z Rosją. Widziałem zamykane, likwidowane jednostki, które przestawały działać, istnieć. Widziałem też ogromną eksplozję inwestycji za rządów Zjednoczonej Prawicy w takich miastach, jak Orzysz, Ełk, Giżycko, Pisz, Węgorzewo, Gołdap, i odrodzenie tych ośrodków poprzez inwestycje w armię i całą infrastrukturę. Widziałem stan początkowy i widziałem, jak przez cztery lata odbudowano to, co zniszczyli poprzednicy.

Uważam, że w sytuacji kryzysu, jaki trwa za naszą wschodnią granicą, powinniśmy być szczęśliwi, że jesteśmy gotowi, że mamy bazy i infrastrukturę do tego nawet, żeby w obliczu zagrożenia granicy z Białorusią przyjąć żołnierzy, którzy dzień i noc strzegą bezpieczeństwa. Tego za rządów Platformy nie mielibyśmy. Pozostawałyby pola namiotowe w szczerym polu lub w lesie. Dzisiaj mamy odpowiednią infrastrukturę, którą rządy PO-PSL skutecznie przez osiem lat zamykały i degradowały. Takie są fakty. Ściana wschodnia za poprzednich rządów była bezbronna w sensie militarnym.

         Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki