Wywłaszczenie bez odwołania
Niedziela, 24 lutego 2013 (19:18)Zajęcie prywatnej działki, bez możliwości odwołania – takie m.in. działania podjęły władze Warszawy, by poszerzyć jedną z ulic. Właściciel bezskutecznie domaga się sprawiedliwości. Wskazuje, że cała sprawa świadczy o zmowie pomiędzy organami samorządowymi i zamiarze celowego wywłaszczenia.
W czerwcu 2012 r. burmistrz dzielnicy Białołęka Piotr Smoczyński (Platforma Obywatelska), działając z upoważnienia prezydenta m.st. Warszawy Hanny Gronkiewicz- Waltz (PO), wszczął postępowanie administracyjne w celu poszerzenia i budowy infrastruktury ul. Brzeziny na Białołęce.
– Momentem przełomowym w postępowaniu było wydanie 13 września 2012 r. decyzji (487/ZRID/2012), na podstawie której zostałem wywłaszczony bez odszkodowania – twierdzi Janusz Kubiak, właściciel dziełek zajętych przez samorząd miasta.
Ku jego zaskoczeniu, zawiadomienie o wydaniu decyzji wywłaszczeniowej (487/ZRID/2012) wysłano 25 września i tego samego dnia wystawiono zawiadomienie o terminie wydania nieruchomości.
Wygląda na to, że wysyłając 25 września (piątek) zawiadomienie o wydaniu 13 września decyzji 487/ZRID/2012, czyli 2 dni przed jej ostatecznym uprawomocnieniem się i terminem odwołania, naczelnik Wydziału Architektury i Budownictwa Jerzy Leszczełowski nie mógł nie wiedzieć, że zostanie ono z całą pewnością doręczone po 27 września (niedziela), czyli wtedy, gdy decyzja stanie się ostateczna i nieodwołalna.
Nasuwa się pytanie, czy nie jest to świadome i celowego współdziałanie naczelnika WAB i burmistrza Białołęki Piotra Smoczyńskiego, by uniemożliwić potencjalne odwołanie? Obaj działali z upoważnienia prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz.
Urząd dzielnicy zarzeka się, że doszło do przypadkowego zbiegu okoliczności. „Prawdopodobnie to zbieg okoliczności, że zawiadomienie o wydaniu decyzji nr 487/ZRID/2012 i zawiadomienie o terminie wydania nieruchomości mają tę samą datę. Przypomnę tylko, że decyzja miała rygor natychmiastowej wykonalności, co w praktyce oznacza, że zgodnie z przepisami nie musieliśmy czekać na jej uprawomocnienie i już we wrześniu mogliśmy wystąpić o wydanie nieruchomości. Właściciel oczywiście miał prawo złożyć odwołanie od przytaczanej decyzji do 22 października (zawiadomienie odebrał 12 października i miał 10 dni na odwołanie ) z tego prawa jednak nie skorzystał. Dodatkowo pragnę wyjaśnić, że właściciel nieruchomości w trakcie trwania sprawy dwa razy spotkał się z pracownikami urzędu. Po pierwsze, urzędnik zaproponował mu zapoznanie się z treścią decyzji, ale właściciel odmówił, po drugie, poinformował go o przysługującym mu prawie odwołania od decyzji. Pragnę zaznaczyć, że prawomocność decyzji z 13 września 2012 r. (nr 487/2012/ZRID) została odroczona i potwierdzona dopiero 5 listopada 2012 r., po to aby właściciel miał więcej czasu na złożenie odwołania. Nieruchomość została przejęta przez miasto 17 grudnia ub.r.” – tłumaczy w przesłanym komunikacie Bernadeta Włoch-Nagórny z Wydziału Promocji i Komunikacji Społecznej dla Dzielnicy Białołęka m.st. Warszawy.
Tymczasem według Kubiaka, trudno określić postępowanie władz miasta jako przypadkowe.
– To nie jest zbieg okoliczności, lecz działanie obliczone na uniemożliwienie odwołania się od decyzji. Decyzję wywłaszczeniową wydano 13 września 2012 i moim zdaniem od tej daty należy liczyć termin odwołania (14 dni). Decyzji nie przysłano mi. Podobno wywieszono ją w gablocie urzędu, o czym powiadomiono mnie dopiero 12 października 2012 r. Zawiadomienie o wydaniu decyzji i wywieszeniu jej w gablocie urzędu na Białołęce wysłano do mnie w piątek, 25 września 2012, czyli na dwa dni przed upływem 14-dniowego terminu odwoławczego. Początek był podobny: burmistrz Smoczyński wszczął postępowanie 26 czerwca 2012, zawiadomienie o wszczęciu napisał prawie miesiąc później, 20 lipca, zaś doręczono mi je dopiero 4 sierpnia, a w tym czasie bez mojej wiedzy zmieniono wpisy w księdze wieczystej nieruchomości – wskazuje Kubiak w rozmowie z portalem NaszDziennik.
Według niego, nie jest prawdą, że nie chciał się zapoznać z decyzją wywłaszczeniową. – Przeciwnie, odmówiono mi wglądu w akta, zasłaniając się ochroną danych osobowych – zaznacza Kubiak.
Wskazuje ponadto, że władze miejskie zajęły działki 23/4 i 23/5, które powstały z podziału działki nr 23. Przy czym za działkę 23/5 w ogóle nie zamierzają zapłacić.
Władze Białołęki mają na to swoje wytłumaczenie, powołując się na istniejące ustawodawstwo. „W związku z planowaną budową ulicy Brzeziny na podstawie decyzji nr 487/2012/ZRID z dnia 13.09.2012 r. działka 23/4 stała się własnością m.st. Warszawy (decyzja miała rygor natychmiastowej wykonalności). Natomiast działka 23/5 została zajęta pod drogę publiczną zgodnie z art. 73 ustawy z dnia 13 października 1998 r. przepisy wprowadzające ustawy reformujące administrację publiczną (DzU z 1998 r., nr 133, poz. 872 z późniejszymi zmianami). W przypadku tej ostatniej nieruchomości odszkodowanie wypłacane jest na wniosek właściciela, pod warunkiem jednak, że w terminie określonym w ustawie złożył stosowne dokumenty” – napisała Włoch-Nagórny.
Tymczasem Kubiak podkreśla, że grunt stanowiący działkę 23/5 został trwale zajęty pod drogę po 31 grudnia 1998 roku. – Jeszcze w 2006 r. na gruncie wydzielonym jako działka 23/5 rosły na nim krzewy, więc nie mógł być we władaniu gminy jako droga publiczna. Gmina napisała wówczas do mnie pismo o zgodę na usunięcie krzewów na granicy z działką. W ten sposób chciano poszerzyć drogę, oczywiście nie płacąc, na co nie mogłem się zgodzić. Zatem art. 73 nie ma tu zastosowania. Jeśli miasto chce mieć na ten grunt na własność, to może go kupić – zauważa.
Dodaje, że w sierpniu 2012 r., po wszczęciu postępowania, wezwał władze miasta, by przystąpiły do negocjacji w sprawie wykupu ziemi pod drogę.
– Ale na moje pismo wysłane do urzędu w tej sprawie nie dostałem odpowiedzi. Podkreślam: budowie drogi i wykupowi gruntu według wartości rynkowej nie sprzeciwiam się, ale na grabież zgody nie będzie – zastrzega Kubiak.
W jego opinii, takim działaniom urzędników sprzyja ustawa z dnia 10 kwietnia 2003 r. o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych. – Ta ustawa znosi równość stron postępowania, narusza zagwarantowaną w Konstytucji ochronę prawa własności i stwarza możliwość nadużyć. Sami urzędnicy nazywają ją gangsterską lub zbójecką, co potwierdza jej „szczególną” skuteczność. To bandyckie prawo, gorsze od tzw. dekretu Bieruta – oznajmia właściciel.
Podkreśla, że zapewne jest ono skuteczne „wobec pieniaczy i awanturników, którzy nie uznają żadnego wywłaszczenia, uderza jednak w uczciwych ludzi”. – Ta ustawa powinna być jak najprędzej uchylona lub zmieniona, ponieważ wyrządza ogromne szkody moralne i materialne – ubolewa Kubiak.
Jacek Dytkowski