• Piątek, 15 maja 2026

    imieniny: Zofii, Izydora, Berty

Wojna jest tylko kwestią czasu

Piątek, 21 stycznia 2022 (15:40)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy rozwój wydarzeń – brak porozumienia z Rosją, która stawia zaporowe żądania, wskazuje, że wojna na Ukrainie jest nieunikniona?

– Po lotach do Kijowa, do Moskwy, rozmowach, spotkaniach międzynarodowych dziś chyba już nikt nie ma wątpliwości, że wojna będzie, że zamiast spodziewanej deeskalacji konfliktu będzie eskalacja działań Rosji przeciw Ukrainie. Dlatego dzisiaj świat polityki już nie pyta, czy będzie, ale kiedy i jak mocne może być uderzenie Putina i jaki ostatecznie los spotka Ukrainę.

Tylko Ukrainę?    

– No właśnie, czy odpryski tego, co się będzie działo na Ukrainie, nie uderzą rykoszetem w państwa sąsiadujące – w tym także w Polskę i państwa środkowej Europy. Zatem wiadomo, że coś będzie, niewiadomą pozostaje tylko data rosyjskiej agresji i jak mocna będzie ta agresja oraz jakie pociągnie za sobą skutki. Jedno trzeba podkreślić na tym etapie, że o ile w roku 2014, kiedy Krym zaatakowały tzw. zielone ludziki i Moskwa cały czas wypierała się, że to nie rosyjscy żołnierze – śmiejąc się w twarz Zachodowi, tak dzisiaj Putin już nie mówi o „zielonych ludzikach”, ale oficjalnie jest mowa o interwencji rosyjskiej. Nie ma więc czarowania, nie ma przebierańców, ale jest mowa o ewentualnej interwencji rosyjskiej przy udziale reżimu białoruskiego.

I nie ma szans na wyjście z tego klinczu?   

– Wprawdzie dzisiaj spotykają się jeszcze amerykański sekretarz stanu Antony Blinken z szefem rosyjskiej dyplomacji Siergiejem Ławrowem, ale nie sądzę, żeby te rozmowy odmieniły bieg wydarzeń, który wydaje się przesądzony. Odnoszę wrażenie, że te wszystkie rozmowy: Putin – Biden, rozmowy ekspertów rosyjskich z przedstawicielkami amerykańskimi, na szczeblu NATO – Rosja czy Rosja – OBWE to była gra na czas ze strony Moskwy. W międzyczasie Rosjanie realizowali swój plan i przerzucali swoje wojska na granicę z Ukrainą. Proszę zwrócić uwagę, że podczas tego cyklu spotkań Rosjanie się nie cofnęli, a wprost przeciwnie, proces rozmieszczania swoich wojsk realizowali konsekwentnie. Te spotkania były grą na czas dającą możliwość uśpienia uwagi społeczności międzynarodowej i przedłużenia tej gry na korzyść Kremla.

Dlaczego Zachód nie podejmie bardziej zdecydowanej gry wobec Putina, który uznaje tylko język siły i nie czując wyraźnego oporu, będzie parł do przodu?   

– Mam wrażenie, że Zachód pogodził się już, że wojna jest nieunikniona, a Ukraina w krótkim czasie może być już inna, że będzie pod wpływami Moskwy. Nie wykluczałbym, że po dzisiejszym spotkaniu Ławrow – Blinken weekend może być tym czasem, kiedy obudzimy się z nową mapą Europy. To pokazuje, że administracja amerykańska jest słaba, polityka bezpieczeństwa jest prowadzona w sposób nieskuteczny, jest dużo słów, gróźb, ale – jak sądzę « mało realnych działań. Tymczasem Putin przez ostatnie miesiące przetestował Zachód, co tylko utwierdziło go, że może prowadzić swoją grę i eskalować napięcie.

Czy zachowanie Bidena nie zachęciło Putina do eskalacji konfliktu?

– Ostatnie tygodnie dla naszej polityki były o tyle ważne, że przynajmniej wiemy, kogo mamy obok siebie. Joe Biden jest słabym prezydentem, to prawda, ale jednak nastąpiła u niego pewna refleksja i zrozumiał, że nie można prowadzić polityki ponad głowami zainteresowanych stron, a więc Ukrainy, Polski i krajów bałtyckich, że nie można lekceważyć swoich partnerów, sojuszników. To m.in. dzięki prezydentowi Andrzejowi Dudzie, który po pierwszych, bodajże grudniowych rozmowach z Putinem zwrócił uwagę, że Polska nie godzi się na takie postawienie sprawy przez stronę amerykańską, Biden zaczął rozmawiać z sojusznikami.

A jak ocenia Pan postawę NATO?

– Myślę, że system NATO zdał tu egzamin. Nie było cienia wątpliwości, że jesteśmy członkami Sojuszu i możemy liczyć na wsparcie. Wyraził to jasno po rozmowach ze stroną rosyjską sekretarz generalny Sojuszu Północnoatlantyckiego, Jens Stoltenberg.

Niestety, tego samego nie można powiedzieć o postawie Berlina.

– Po ostatnich rozmowach i nie tylko najwięcej znaków zapytania czy wręcz zastrzeżeń jest właśnie po stronie Berlina. Niemcy nie zgodziły się na pomoc militarną dla Ukrainy, podczas gdy zarówno Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, w ogóle NATO wysyłają sprzęt obronny do Kijowa. Ta oportunistyczna postawa Berlina musi budzić obawy. Niewiele albo nic nie dały też wczorajsze rozmowy Antonego Blinkena w Berlinie z szefami dyplomacji Niemiec, Wielkiej Brytanii oraz Francji. Wprawdzie podczas konferencji Antonego Blinkena z szefową MSZ Niemiec Annaleną Baerbock padło zapewnienie, że Stany Zjednoczone i ich europejscy sojusznicy „zaprezentują wspólny front” w przypadku naruszenia integralności granic Ukrainy, ale wygląda to tylko na retorykę. Nic to nie da, bo zwłaszcza jeśli chodzi o Niemcy, to mają oni na względzie przede wszystkim interesy. Nie po to Niemcy przez lata czarowali Europę, zdobywając kolejne gospodarcze przyczółki, realizując z konsekwencją projekt Nord Stream, żeby dzisiaj to utraciły. Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Możemy się zatem spodziewać milczącej zgody Berlina na to, co się wydarzy.

Jakie scenariusze są teraz możliwe?   

– Myślę, że jeśli dojdzie do konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, to będzie to konflikt o wodę. Mało się o tym mówi, ale Krym nie ma własnych ujęć wody pitnej. Dlatego będzie to konflikt w okolicach Krymu. W tym względzie niepokojąca była wypowiedź prezydenta Joe Bidena, który stwierdził, że konsekwencje wobec Rosji mogą być mniejsze w przypadku „mniejszego najazdu”. Wprawdzie po ostrym sprzeciwie strony ukraińskiej administracja Białego Domu wycofała się z tego, twierdząc, że prezydent miał co innego na myśli, ale niesmak pozostał. Tak czy inaczej interwencja rosyjska może zawsze nastąpić pod pretekstem rzekomo zagrożonych rosyjskich interesów, obrony Rosjan. I dzisiaj tematem numer jeden, jaki do ataku mogą wykorzystać Rosjanie, jest twierdzenie, że Ukraina odcina dostawy wody na Krym. To jest główne źródło ewentualnego konfliktu i agresji rosyjskiej.

Czy mimo wszystko Putin nie czuje się zbyt pewnie?

– Sytuacja jest bardzo niebezpieczna, bo wszelka fizyczna odpowiedź państw NATO wobec działań Putina może się skończyć III wojną światową. Nieprzypadkowo rosyjskie rakiety są rozmieszczone na trenie Białorusi i Polska jest w ich zasięgu. Zagrożone są także Łotwa, Litwa i Estonia. W związku z tym mamy pewien klincz, w którym Putin będzie trzymał wszystkich. Nic więc dziwnego, że grozi i mówi jasno Zachodowi – niech wam nawet do głowy nie przychodzi ruszyć z jednostkami wojskowymi w moim kierunku.

Jest jakaś czerwona granica, której Zachód nie da przekroczyć Putinowi, bo inaczej będzie szedł z żądaniami dalej?

– Intensywność spotkań, rozmów na różnych szczeblach ze stroną rosyjską może wskazywać, że ta czerwona linia i wariant krytyczny są brane na serio pod uwagę. Sytuacja jest dynamiczna, mamy ruchy wojsk rosyjskich przy granicy Ukrainy, a także działania wojsk rosyjskich na Białorusi – tzw. manewry, które Rosja rozpoczyna, okalając Ukrainę.  

Tylko czy w swych zapędach Putin nie przelicytuje?

– Nie wiem, czy nie przelicytuje, otwierając „kocioł krymski” na wzór kotła bałkańskiego, który równie dobrze może się okazać piekłem dla Rosjan. Gdyby rzeczywiście doszło do interwencji i Rosjanie zaatakowali Ukrainę od wschodu i od strony białoruskiej, to Ukraińcy nie będą mieli innego wyjścia, jak walczyć do końca. Mają jednocześnie świadomość, że militarnie nikt specjalnie im nie pomoże, ewentualnie mogą otrzymać sprzęt, co już się dzieje. Politycznie może trwać dyskusja i presja na Putina, ale niepodległość i przyszłość Ukrainy będzie tylko w rękach Ukraińców. I to dla Rosjan może się okazać piekłem, drugim Afganistanem, a może nawet czymś znacznie gorszym. Nie chce mi się wierzyć, że Ukraina odpuści, że tanio sprzeda swoją skórę. Co więcej, Ukraina, podejmując działania obronne, zawsze będzie miała ochronę międzynarodową jako państwo napadnięte, broniące swojego terytorium. I te kwestie Putin – zanim podejmie ostateczną decyzję o ataku – musi rozważyć. Rozpętanie tego piekła może być dla niego bardzo niebezpieczne i kosztowne finansowo, co przy ewentualnych sankcjach może spowodować dla Rosji lawinę konsekwencji gospodarczych, które są dla Putina i Rosjan największym zagrożeniem.

Zakładając, że grożenie sankcjami to nie są tylko słowa, to czy Zachód jest rzeczywiście przygotowany do tego, żeby nałożyć dotkliwe sankcje na Rosję?  

– Sankcje są jak najbardziej wskazane, tylko powinny być ostre i zdecydowane, odstraszające. Na dzisiaj, wbrew przewidywaniom, największym sojusznikiem Putina nie jest słaba administracja prezydenta Joe Bidena czy słaby rząd kanclerski w Niemczech, ale covid i piąta fala, która zbiera żniwo w Europie. Zatem przed Putinem jest alternatywa – teraz albo nigdy. W tej sytuacji, kiedy rządy myślą, czy służba zdrowia wytrzyma, nikogo specjalnie nie interesuje, co się dzieje na Wschodzie. I Putin ma tego świadomość. Wie, że jeśli na przestrzeni najbliższego miesiąca nic nie zrobi, to takiej okazji, żeby mógł zrealizować swój imperialny plan, w przyszłości historia może mu więcej nie stworzyć.

Komu Putin chce udowodnić swoją wyższość?

– To ważna kwestia – mianowicie ten konflikt jest skierowany do wewnątrz, a mniej na zewnątrz. Jest po to, żeby uzmysłowić wszystkim Rosjanom, którzy mają w głowach pomysły rewolucji czy przewrotu, że ich ewentualne działania – tak jak to było na Białorusi w przypadku reżimu Łukaszenki – że tego typu pomysły będą likwidowane i gaszone w zalążku działaniami wyprzedzającymi. To pokazuje, że Putin chce odbudować wielką Rosję z czasów ZSRS. Białoruś już ma w garści, podobnie Kazachstan, gdzie posadowi marionetkowy rząd posłuszny – jak w przypadku Białorusi – woli Kremla. Pozostaje jeszcze Ukraina.

Tylko czy imperialne zapędy Putina kończą się na Ukrainie?

– Jeżeli apetyt Putina będzie nienasycony, to jestem przekonany, że połamie zęby już na Ukrainie. Z drugiej strony nie można wykluczyć konfliktu przy naszej wschodniej granicy, który będzie trwał nie tygodnie, a miesiące. Odpryskami konfliktu za naszą wschodnią granicą będą prawdziwi uchodźcy wojenni, a nie ekonomiczni jak w przypadku imigrantów muzułmańskich. Oprócz tego należy się liczyć z konsekwencjami fali uchodźczych, jak choroby, jak ranni, i może się okazać, że będziemy zapleczem medyczno-socjalno-bytowym dla Ukrainy.

   Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki